środa, 31 grudnia 2014

Nowe rzeczy.

  Rok się kończy ponoć, nie? To jakiś czas podsumowań jest podobno. Ja nie czuję żebym miał coś podsumowywać, robić jakieś postanowienia. Każdy dzień przynosi nam nowe rzeczy i nigdy nie wiemy co się wydarzy przecież, a to co było to było i nie wróci (chyba, że głód, on wraca zawsze) i nie warto się tym zadręczać, jeśli dobrze nie było, a jak było to powspominam innym razem.
(źródło zdjęcia oryginalnego: cc.com)
  Tyle by to było na wstępie. Gdzieś wyżej, dwukrotnie padł epitet "nowe rzeczy". To zupełnie dwie różne rzeczy. Mimo, że nowe to różne. Dzisiaj zajmę się rzeczami, głównie ubraniami, które są nowe. No. Soundtrack tu, trochę bardziej imprezowo dziś (kliknij se). 
 
  Mam tak, że jak kupię sobie nowe ubranie to przechodzi próbę czasu, głównie chodzi o spodnie, buty i jakieś dodatki. Nie wiem czemu, robię to podświadomie. Przykładowo nowe spodnie zdarza mi się nosić do oporu. Mimo zalegających w szafie kilku innych par ja będę nosił tę nową, powiedzmy przez 3 dni z rzędu, a zdarza się, że i cały tydzień. No bo w sumie czemu nie? Spodnie to nie majtki czy skarpetki. A że nie chodzę w jakichś mega oczojebnych to jestem w stanie codziennie dobrać resztę tak żeby to wszystko pasowało, no. Teraz taką próbę czasu będzie przechodził pewnie zegarek, na szczęście jest tak jak w przypadku spodni - kolorystycznie da się dopasować. 
 
  Tak samo w sumie mam z muzyką. Nowe płyty mogę katować w nieskończoność. Pierwsza rzecz z rana to odpalenie nowego CD na wieży a potem mogę się budzić. To samo w autobusie czy gdzieś tam na nożnych tripach - słuchawki w uszach i katuje. A po jakimś czasie, głównie kiedy wchodzi coś nowego, to czym się jarałem odchodzi do lamusa, tak jakby ta wcześniejsza płyta mi się przejadła i jaram się czymś nowym. Są też wyjątki, kiedy coś nowego mi nie siada aż tak dobrze jak to wcześniejsze i wracam. Albo jak zbiega się kilka dobrych premier w jednym terminie. Wtedy miejsce na telefonie nie do końca się zgadza, muszę zrobić wstępną selekcję i zgrywam to co mi podeszło najlepiej. 
 
  I tak się zastanawiam czy tylko ja tak mam, że to co nowe uważam za najlepsze... Czy tylko moja podświadomość tak działa, czy to nie tylko mój wymysł. A może jednak? Chuj wi.

  Przy okazji życzę dobrego nowego roku! Jeśli ten mijający nie był dobry to niech kolejny będzie lepszy, a jeśli był w porządku to niech nadchodzący będzie przynajmniej tak dobry jak ten! No. Widzimy się w 2015!

wtorek, 23 grudnia 2014

Karma na dwadzieścia procent.

  Słucham sobie nowego Bonsona i Matka (kliknij tu to Ci się otworzy mój ulubiony numer z tej płyty + cały odsłuch na jutubku) i przypomniałem sobie, że się zobowiązałem do w miarę regularnego pisania. Chuj z tego wyszedł, więc muszę nadrobić.
(źródło zdjęcia oryginalnego: movieweb.com)
  Sytuacja sprzed dwóch sobót i wcześniejsza sprzed miesiąca ponad, jakoś tak. Zacznę od tej drugiej. Prosta historyjka, czekam na autobus, nic się nie dzieje, stoję, marznę, bo wiatr mocny był i zimny, słucham sobie czegoś tam na słuchawkach, w miarę głośno, ale tak żeby słyszeć co się dzieje wokół mnie. Idzie sobie typek z kobietą, wiekowo jakoś tak okolice trzydziestki, niezbyt zadbani, wydaje mi się, że takie bardziej osiedlowo-blokowe towarzystwo. Gość przede mną schyla się tak, jakby chciał zawiązać mi buta. Myślę sobie "co Ty typie odpierdalasz...?". Zerkam w dół, patrzę... A on podnosi PIĘĆDZIESIĄT ZŁOTYCH, które leżało koło mojej prawej nogi... Szok, niedowierzanie! Patrzy na mnie i pyta: "Twoje?". Szok, niedowierzanie x2, zaniemówienie... Wydusiłem z siebie "yyy... nie", zatkało mnie, szok x3. Poszedł dalej. Wyzywam się w myślach od idiotów - jak ja mogłem tego nie zobaczyć wcześniej?! Kurwa, no nie. Sytuacja na tyle marna, że przeżywałem to przez tydzień. No ale dobra, przejdźmy do historyjki numer dwa. Tu już konkrety, trzynasty grudnia, godzina jakoś przed dwudziestą. Skoczyłem sobie po kebsa, klasycznie studencki, ciasto, baranina, ostry sos - 7,50 zł. Zapłaciłem, zjadłem, wyszedłem. Czegoś bym się jeszcze napił... Wstąpiłem sobie do jednego ze sklepów na trasie kebabownia - klub, wziąłem sobie jabłkowe Cappy (#product_placement) w małej butelce - 2,50 zł. Podbijam do kasy, Pani ze sklepu podchodzi ażeby mnie "skasować". Chwyciła butelkę w dłoń, przejechała czytnikiem kodów kreskowych, piknęło - "2,50 poproszę". Wyciągam portfel z tylnej kieszeni moich bordowych chinosów, a ona wzięła dyszkę, która leżała cały czas na tym takim szklanym pojemniczku na hajs, wydała mi 7,50 zł. Jako, że człowiek ze mnie zły i niedobry, nic nie mówiąc wziąłem resztę i wyszedłem ze sklepu. HEHEHEHE.

  Mniej więcej po miesiącu od dnia, w którym przed nosem przeszło mi pięć dyszek "wydałem" nieswoje dziesięć złotych. Nie wiem czy to karma, za to, że byłem tak dobrym człowiekiem, czy po prostu raz na rok uśmiechnie się do mnie szczęście. Jeśli w najbliższym czasie znajdę jeszcze pozostałe osiemdziesiąt procent z tej pięćdziesiątki to uwierzę w istnienie karmy w stu procentach.

  Dycha to niby tak niewiele, a jednak cieszy. Nie wystarczy nawet na szlugi, ale idzie sobie pojeść i się napić. A jeśli Wy wierzycie w karmę to chciałbym Was zaprosić do wzięcia udziału w fajnej akcji, zupełnie przy okazji, wpadłem na to w trakcie pisania posta. Ja udział wziąłem już kilkanaście dni temu. Więcej dowiecie się tutaj tutaj (no weź kliknij w ten link no!).

niedziela, 7 grudnia 2014

W autobusie.

  Myślałem nad specjalną playlistą pod ten wpis. Miały na niej być numery, które najdłużej katowałem/katuję w autobusie, ale stwierdziłem, że jest tego tak dużo, że i tak większości nie pamiętam a sporą ich część katuję także w innych okolicznościach. Mimo wszystko, niech Mes wprowadzi nas w autobusowy klimat... (kliknij se)
(źródło zdjęcia oryginalnego: entertainment.ie)
  Mam furę. Fajna jest, czarna, mała, wystarcza mi. No i ogólnie to sobie nią jeżdżę. Niestety nie jestem w stanie jeździć wszędzie samochodem, bo jednak nie zawsze mi się to opłaca, dlatego też częściej niż moją Czarną Szczałą aka Eryką Badu jeżdżę autobusem - Jelczem, Otokarem, chuj wie co to tam jeszcze jeździ po Tarnowie. Nie ważne. Ważne jest to, że autobus to miejsce dla mnie szczególne (jak właśnie dla Mesa w tym numerze tam wyżej). W Jelczu, którym podróżuję praktycznie dzień w dzień od jakichś 6 lat sporo myślę, sporo obserwuję, czasem czytam. Ogólnie spędzam w nim dość dużo czasu. To nie tylko tripy po Tarnowie, dalsze wyjazdy też się zdarzają i w zasadzie wszędzie zauważam jedną zależność...

  Zauważyliście, że ludzie mają jakąś taką dziwną tendencję do siadania na oddzielnych, w 100% wolnych siedzeniach? Rzadko spotykam się z tym żeby ktoś dosiadł się do kogoś jeśli wolna jest jakaś "dwójka". No wiadomo, nie liczę tutaj ludzi starszych, którzy zazwyczaj dosiadają się do innych starszych ludzi i prowadzą zażyłe dyskusje. Podziwiam i żałuję. Podziwiam za to, że są w stanie bez problemu dosiąść się do bardzo często całkiem obcej im osoby i zacząć rozmowę, jakby to znali się od kilkudziesięciu lat, magia. Żałuję, że ludzie w moim wieku, w tym też ja, nie posiadają takiej supermocy, na pewno dużo spraw w życiu by nam to ułatwiło. Na przykład - strony typu "Spotted: Chujwiegdzie" miałyby mniej wpisów. Typ, któremu podoba się jakaś typiara, po prostu by do niej podbił i zagadał w autobusie, a nie wypisywał bzdety w internetach, że oszołomiła go jak pierdolnięcie bejsbolem w ryj, że miała na sobie sukienkę w kolorze kupy młodej kaczki, włosy o wyglądzie (kolor, kruchość itp.) słomy oraz pryszcza na czole wielkości pięciogroszówki. Bo jak bardzo poetyckie by te wpisy nie były, to i tak najprawdopodobniej nie odpisze, albo dowiesz się, że już kogoś ma, życie. 

  Chodzi mi głównie o to, że ludzie stali się zamknięci na świat, bardzo aspołeczni. Klepanie w klawisze, czy tam szuranie palcem po ekranie stało się jakimś marnym substytutem rozmów i kontaktu twarzą w twarz z innym człowiekiem. Ludzie boją się, że jak przysiądą się do kogoś to ta osoba jeszcze się do nich odezwie - tragedia. Ktoś zapyta nas o godzinę - o nie! Jeszcze ktoś się do nas dosiądzie i będziemy go przepraszać, bo chcemy wyjść - kurwa, najgorzy. Jakby siedzenia nie mogły być pojedyncze... Ja osobiście mam za bardzo wyjebane na to wszystko, praktycznie zawsze mam na uszach słuchawki, zdarza mi się zignorować nawet swoich znajomych. Po prostu w autobusie mam swój świat i nie zawsze mam ochotę na rozmowy. Czasem potrzebuję się po prostu wyciszyć, odpocząć (rano obudzić) i obserwować.

  Jakby jednak ktoś zobaczył typa w nie do końca naciągniętej na uszy czapce, trochę wyglądającego jak menel, chociaż trochę bardziej zadbanego, to można się śmiało dosiadać. Nie gryzę. Znaczy czasem, jeśli już to staram się gryźć tak żeby było przyjemnie, więc też nie warto się bać. Bądźcie bardziej otwarci, po prostu. Do następnego razu (temat autobusów został dopiero lekko nadgryziony, spodziewajcie się kontynuacji)!

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Przerwy.

(źródło zdjęcia oryginalnego: abcnews.go.com)
  Został miesiąc do końca roku, to stosunkowo niewiele. Coś się zmieniło u mnie? Chyba całkiem sporo. Zmiana, która chyba najwięcej wniosła do mojego życia jest tutaj. Tak, chodzi mi o bloga. To jedna z najlepszych decyzji jakie w życiu podjąłem. Mogę sobie na poważnie napisać coś niezbyt poważnego i ktoś (całkiem niewielkie grono, któremu jestem wdzięczny, mam nadzieję, że z czasem się rozrośnie) nawet to przeczyta, fajnie, nie? Jakbym nie pisał to bym sobie zazdrościł, serio. To na swój sposób fajna zabawa. Dość często zaniedbywałem mojego małego blogspocika (od miesięcznych po ponad dwumiesięczne przerwy), ale ostatnimi czasy staram się pisać możliwie najczęściej.

  Dobra, ale skąd te przerwy, Kac? Szczerze powiem, że sam nie wiem. W życiu każdego człowieka przychodzą takie momenty, że nie dzieje się nic ciekawego, albo dzieje się zbyt dużo. Tak też bywa i u mnie, no bo przecież jestem całkiem normalny (na swój sposób, ale normalny). Czasem naprawdę nie mam czasu, mimo że na fejsiku koło mojego ryja i nazwiska świeci się zielona kropka, serio. Czasem mam tego czasu tak duuuuuuużo, że nie wiem co z nim zrobić i zazwyczaj w takich chwilach nie robię nic, czyste lenistwo. Zdecydowanie stwierdzam, że w moim przypadku zwycięża ta druga opcja i nie jest mi przez to wstyd, nie jest mi przez to źle, wręcz przeciwnie, dobrze mi z tym. Nie wiem w sumie czemu, ale tak już jest, o. A czasem mam milion (no dobra, może trochę przesadziłem, mniej) pomysłów na (...czy ja o tym przypadkiem nie pisałem?) wpis, ale za chuj nie wiem jak ubrać dany temat w słowa, no tak jest. Albo po prostu, kurwa, nie mam weny. Do tego zauważyłem, że moje wpisy wyglądają bardzo niespójnie - wiadomo, wszystkie są ładnie wyjustowane, ale czasem sobie przypierdolę jakąś interlinię (bo czasem piszę w edytorze, a później dopiero to wrzucę na bloga), czasem nie, czasem jebnę więcej spacji (bo tabem sobie wcięcia w akapicie nie zrobię), czasem przypierdolę entera między akapitami. Myślałem o tym żeby to jakoś ogarnąć, ale chuj, nie chcę mi się, niech ludzie wiedzo, że krejzol ze mnie (huehue).

  Jak widać, listopad był jak dotąd najowocniejszym miesiącem dla mnie, w tym miesiącu napisałem 36,(36)% notek na blogu. Założenie jest takie, że będę chciał podtrzymać formę i mam nadzieję, że mi się to uda, ale jak już kiedyś wspomniałem - założenia się zmieniają. Nie pozostaje mi nic innego jak życzyć sobie szczęścia, a Was prosić o to, żebyście trzymali za mnie kciuki. Cze.

poniedziałek, 24 listopada 2014

Nie chce mi się.

  ELOOO! Dziś lecimy na nowej kompilacji od Flirtini (jak na razie z SoundClouda, tyle ile jest, czekam aż moje zamówienie na empik.com zostanie zrealizowane i będę mógł odebrać CD z salonu, a zapomniałbym, kliknij sobie tu to Ci się odpali playlista). Na tę chwilę sam nie wiem o czym będzie dzisiejszy wpis dlatego też nie określam się z góry czy zaszaleję (czy też nie).
(źródło zdjęcia oryginalnego: funnyordie.com)
  Są w życiu człowieka takie chwile, że nam się nie chce. Na pewno też tak macie. Najczęściej wtedy kiedy macie coś zrobić - uczyć się, zmyć naczynia, odkurzyć, zjeść obiad na kacu, zacząć pisać pracę semestralną z literatury romantyzmu itp. Ile ludzi tyle niechceń, proste. Ja teraz jestem w tym ostatnim położeniu, przed itp. Niemalże od tygodnia (a w zasadzie to nawet dłużej) na biurku leży mi egzemplarz naszej epopei narodowej - "Pana Tadeusza, czyli ostatniego zajazdu na Litwie, historii szlacheckiej z roku 1811 i 1812 we dwunastu księgach wierszem" (wiedzieliście, że tak brzmi cały tytuł? bo ja tak, ale zawsze zapominam jak to idzie, dlatego też sięgnąłem po książkę i przepisałem, cwaniaczek), i czeka... Czeka, w sumie sam nie wiem na co. Prawdopodobnie na to aż mi się zachce. Mam ładnie zaznaczony fragment, nad którym mam pracować (był zaznaczony jak zdjąłem z półki) ale to, że jest zaznaczony wcale nie znaczy, że mi się chce. Bo kurwa mi się nie chce. Proste. Zamiast interpretowania tekstu wolę napisać krótką, w zasadzie bezsensowną notkę bez ładu, składu i wszystkiego co potrzebne do tego, żeby miło się to czytało. 

  Lenistwo to strasznie głupia cecha. Nie wiem czy jest dziedziczna, możliwe, nie wnikam, niby zdawałem biologię na maturze (40%, huehue), ale nie dowiedziałem się czy cechy takie jak lenistwo są dziedziczone ze starszych pokoleń. W każdym razie lenistwo jest złe, naprawdę. Ale bywa też dobre, naprawdęnaprawdę. Kiedy? A no wtedy, kiedy nie gonią nas żadne terminy, możemy sobie błogo leniuchować leżąc w wyrze i czytając coś przyjemnego (niekoniecznie pożytecznego, chociaż czytanie jest bardzo dobre, rozwija naszą wyobraźnię itp. itd. - czytajcie! możecie czytać mnie, huehue). Ja w zasadzie nie mogę, bo pracę mam oddać za jakieś 3 tygodnie (albo trochę więcej, przed świętami w każdym razie), ale kurwa. Do pisania rocznej zabrałem się 4 dni przed terminem oddania, zdążyłem się w międzyczasie poopierdalać, 2 razy podesłać do sprawdzenia, wydrukować, oprawić w skoroszyt (i tu ciekawostka - świadomie wybrałem taki z zielonymi elementami, bo to kolor nadziei a ja miałem nadzieję na ocenę dobrą w chuj), opierdalać się jeszcze trochę i dostać bardzo satysfakcjonujące 4,5. Kilkanaście dni później jeszcze poszedłem na egzamin, nie powiedziałem kompletnie nic, ale ze względu na "świetnie napisaną pracę roczną" dostałem 3,5. Historii koniec.

  Morał jest taki, że warto się opierdalać, lenić, niechciećczegośzrobić. Bo to może zaprocentować. Upływający czas motywuje, serio. Przynajmniej mnie (pierwszy semestr: 4 kolokwia [z czego 3 to poprawki, czwarty z bieżącego materiału] z najtrudniejszego przedmiotu na studiach w jeden tydzień? - no problem). Jak macie tak jak ja to polecam się opierdalać, serio serio.

piątek, 21 listopada 2014

Kobiety.

   Jouz. Dzisiaj polecimy sobie bardzo schematycznie, ogólnikowo i w ogóle dziwnie. W tle od dobrej godziny leci mi mash up Mesa (o, tu se kliknij, TU!) i raczej nieprędko mi się znudzi. Odpalamy i jazdaaaaaaaaaa!
(źródło zdjęcia oryginalnego: celebfetishes.weebly.com)
   Jaki jest cel życia faceta? Nie wiem. Napierdolenie się co weekend? Pójście z ziomeczkami na mecz i napierdolenie się? Napierdolenie się i wyrwanie jakiejś dupy w klubie? To chyba kwestia indywidualna. Co nie zmienia faktu, że alkohol zajmuje dosyć wysokie miejsce w rankingu męskich rozrywek, ale, mam nadzieję, że również w przypadku Was/Waszych mężczyzn, nie jest on najważniejszy. Cofnijmy się dwa zdania wstecz i jeszcze o trzy słowa przed pytajnik. „Dupy”. Tak, słowo klucz, podkreślę sobie (podkreśliłem, obie!). Z reguły używam raczej bardziej przystępnych określeń na kobiety, ale tutaj idealnie siedziały mi te „dupy” (hoho, jaki żarcik [tę w sumie też podkreślę]).

   Kwestią indywidualną, jak te wspomniane wcześniej życiowe cele mężczyzny, jest też typ kobiety, jaki każdy z nas lubi. Jedni lubią smukłe, wysokie blondynki, czasem lekko przechudzone, innym odpowiadają najbardziej niskie brunetki z wydatniejszymi krągłościami tu i ówdzie. Jednym do gustu przypadnie cicha, spokojna i nieśmiała marzycielka, inni wolą te otwarte, przebojowe imprezowiczki, które śmiało kroczą przez życie w kierunku z góry określonych celów. Jak jest ze mną? Kurwa, tak serio to nie wiem. Doszedłem do wniosku, że jestem na tyle skomplikowanym człowiekiem, że nie potrafię często dookreślić się w dosyć prostych sprawach. Tak też jest z moim gustem, jeśli chodzi o kobiety. Jestem w stanie obiektywnie ocenić, która jest ładna, a która mniej, jestem w stanie również ocenić, która naprawdę mi pasuje wyglądem, a która, mimo że jest ładna, mi by nie odpowiadała. Ale naprawdę nie potrafię odgórnie określić jakichś ram, w których powinna znajdować się ta jedna jedyna, wyjątkowa, idealna (człowiek fajna istota – potrafi zapomnieć o wadach innego człowieka i stwierdzić, że jest idealny, mimo że takich ludzi nie ma). Podoba mi się naprawdę wiele kobiet, masa, serio, ale to nie o wygląd tak naprawdę tu chodzi (przynajmniej w moim przypadku). Ja muszę taką poznać, dowiedzieć się o niej co nieco, wyczuć, czy jestem w stanie takiej zaufać, otworzyć się przed nią, a ona przede mną. Po jakimś czasie jestem w stanie z większą lub mniejszą pewnością stwierdzić, że akurat ta jest naprawdę w porządku, w każdym aspekcie (#nieoceniajksiążkipookładce), i nie musi mieć wyglądu supermodelki żebym chciał ją poznać, może być po prostu przeciętna (powtórzę, nie chodzi o wygląd). W kobietach strasznie kręci mnie intelekt, nie wiem czemu, ale jak czuję, że moja współrozmówczyni jest inteligentna i oczytana, od razu wzrasta moje zainteresowanie. Czasami i to da się wyczytać z gestów czy z oczu uprzednio nie poznając jej bliżej, nie wszystko da się ukryć (albo nie wszystko chce się ukryć). Tak to wygląda.

   Kobiety to temat rzeka, wszystkiego nie da się o nich napisać, a na pewno nie w jednym poście. To będzie dobry wstęp do tematu, pewnie kiedyś będę kontynuował swoje przekminy. Ale zapamiętaj czytelniku – kobieta to istota wspaniała, bez niej byłbyś nikim. Kobieta cię urodziła, kobieta cię wychowała, kobieta to w pewnym stopniu również sens twojego istnienia. Dlatego szanuj każdą, bez względu na to czy ją znasz czy nie i czy ci odpowiada jej zachowanie. Tak naprawdę nigdy nie wiesz, kiedy będziesz którejś z nich naprawdę potrzebował. Tyle, nara (jak zauważyłeś, drogi czytelniku/droga czytelniczko, żartowałem z tymi ogólnikami itp. na początku, szydera).

wtorek, 11 listopada 2014

Krótko o piciu i niepiciu.

  Hejka (kurwa, jakie to było pedalskie)! Nie, nie było tego. No cześć. Tak jest lepiej, zdecydowanie. Zrobiłem sobie wiśniowy kisiel w moim wygranym podczas rekolekcji, jakieś 10-12 lat temu, kubku. Jest spoko. W tle leci mi nowy 2sty (link do całej płyty i chyba mój ulubiony numer na czele).
(źródło zdjęcia oryginalnego: filmgarb.com)
  Ostatnio zauważyłem, że mój instagram (#instaboy #yolo) wygląda jak profil osoby, która dość często pije. I w sumie nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie to, że ostatnio od jakiegoś czasu nie piłem. Znaczy wiadomo, strzelę sobie browara, częściej nawet jakiegoś regionalnego, jedną butelkę wieczorkiem i to by było na tyle. Ostatni raz najebałem się w połowie sierpnia roku bieżącego. Od tego czasu nic.  Do zeszłego czwartku, tego sprzed dwóch tygodni, z czym nie czuję się jakoś świetnie. No i tak sobie myślę, że przypadkowa osoba przeglądająca mojego instagrama (#polishboy #beerstagram) stwierdzi, że chleję dzień w dzień - 5 ostatnich postów to 3 piwa, foto z klubu i zdjęcie zza kierownicy mojej Czarnej Strzały. To ostatnie jest kluczowe, ostatnio na imprezy jeżdżę samochodem. Jakoś prowadzenie fury sprawia mi więcej frajdy niż picie, serio. Chyba zacząłem dorastać. Albo tak mi się wydaje. Dawniej nie było miesiąca żebym nie schlał mordy minimum w 2-3 weekendy, do tego dorzucając kilka piw raz w tygodniu. Od połowy sierpnia kilka piw to ja piłem łącznie w miesiącu, a nie zdziwiłbym się gdyby zdarzył się jakiś, w którym nie wypiłem żadnego. Takie buty (#sneakerhead).

  Najebany wieczór + słabe samopoczucie od tego czasu + najebany trip na uczelnię + prawiezaśnięciewautobusie = ? No właśnie, czemu to się równa? Chujowej alko-formie po przerwie czy może raczej zmęczeniem materiału? Albo wspomnianym już wejściem w dorosłość? Matka mi zawsze mówiła, że robienie sobie przerw od picia nie ma negatywnych skutków w postaci chociażby szybszego napierdolenia się czy tam kaca giganta następnego dnia. Jakoś nigdy mi się w to wierzyć nie chciało, bo sam po sobie czułem, że jak nie pochleję dłużej to się szybciej napierdolę na najbliższym party (kieeeeerwa, jaki ja #americanboy). Wniosek jest prosty - nie zawsze warto słuchać matki, uświadom to sobie zią/dziewczyno i słuchaj, znaczy czytaj, tylko mnie! 

  W ten tamten czwartek, kiedy to się napierdoliłem, ogarnąłem, że zasada białych skarpetek (tu se kliknij jak nie wiesz o co chodzi) przestała działać. Wyszedłem w zielonych skarpetkach - wróciłem chyba też w zielonych skarpetkach, ale jak to już nie pamiętam...

  No i w sumie to nie wiem czemu nie piję - powodów jest mnóstwo, a ja nie mogę się zdecydować na to, że akurat ten jeden przeważył wszystko. No cóż, nie ważne. Ważne jest to, że nie jest mi z tym źle, serio serio.

środa, 5 listopada 2014

Kebab z cebulą.

  No czee... Konwencja ostatnio się strasznie zmieniła, więc wracam do luźnych przekmin. Dziś nie na kacu a przy Freestyle ALE z Browaru na Jurze, w tle nowy Gedz (SZTOOOOOOOOOOOOOOOS, link prowadzi do mojego, na tę chwilę, ulubionego numeru z płyty).
(źródło zdjęcia oryginalnego: dailymail.co.uk)
  Lubicie promocje, nie? No kto nie lubi. Im większy procent tym lepiej - to w sumie jak z alkoholem, czasem, nie zawsze, ale tak bywa. Co se będę pił 8-10 piw, jak se strzele połówkę i efekt ten sam. Tu się najebię i tu się najebię. Plusy, minusy, chuje muje - cena, częstotliwość szczania, prawdopodobieństwo porzygu - co kto lubi, nie? Nie ważne, nie o to chodzi. W Tarnówku (ŁAN LAAAAAAW <3) otworzyli nowego kebsa. Znaczy starego, ale nową "filię" (można tak to nazwać chyba?). W każdym razie chodzi o to, że chyba najbardziej oblegany kebs w mieście otworzył kolejny punkt, gdzie można go dostać. No, tak już w 100% wiadomo o co chodzi. No i ogólnie to opcja jest taka, że drugi powstał blisko pierwszego, w kurewsko wielkim budynku, no sponio (huehue). No i jak to bywa, otwarciu towarzyszą jakieś promołszyns. Tutaj dojebali sobie ładne, okrągłe, soczyste -50%. Strategia sponio (huehue), ludzie się rzuco, przyjdzie ich multum i przyszło. W CHUUUUUUUJ (#BonusBGC)! O 10 otwarcie, chwilę przed 10 kilkadziesiąt osób stoi przed drzwiami, brakowało tylko okrzyków w stylu "łotwierać!", "dawać kebsa!", "mamo, kupa!". Widziałem z boku, bo akurat szedłem na uczelnię nieśpiesznie spóźniając się na pierwsze zajęcia, a właściwie nie idąc na nie nawet, bo po co? Cytując klasyka, którego i tak nikt nie ogarnie: "nie chcę nam się!" (a właściwie to tylko mi, bo szedłem sobie sam, taki jestem aspołeczny, niedobry, i w sumie to tak wyszło, no). Poszedłem sobie, bo co, mam patrzeć na ludzi, którzy patrzą, jak ja patrzę jak stoją i patrzą kiedy otworzą wreszcie te drzwi? Nie będę, głupi nie jestem. 

  Po zajęciach, w sumie na głodzie, poszedłem tam, do tego monstrualnego budynku, który pamiętam jeszcze z czasów, kiedy zdobiło go wielkie, żółte "M". I coś się zmieniło. Zrobiło się tam chyba jakoś tak ciaśniej. A w sumie to nie wiem, bo nawet jak się tak nie zrobiło, to takie wrażenie odczułem. Bo ludzi dużo, bo kolejka, bo tłum. Jakiś typek rzuca tekstem, że nie licząc kolejki i tak trzeba czekać godzinę. Czy kebab za 3,75 zł jest wart czekania dwie godziny? Dla mnie nie. Są tacy, dla których jest warty więcej. Wydaje mi się, że i tak nikt by tam nie stał po jedną tortillę czy tam hambugsa (bo w przeciwieństwie do tego pierwszego baru poszerzyli menu). Ja tam w sumie chciałem sobie stestować jakiejś nowości, jakiegoś hamburgierka czy innego kebabika z łososiem albo innem tuńczykiem. Chuj tam, pójdę następnym razem i kupię jak człowiek, za 100% ceny. Bo mnie kurwa stać! Choćbym miał palić najtańsze szlugi (które w sumie i tak już palę) i oszczędzać każdy grosz (którego i tak nie mam), to pójdę i SE kupię za 100% ceny. Bogoc, kurwa.

Jak już wspomniałem - raczej nikt tam nie stał po jedną rzecz. Na wynos całymi reklamówami, albo z ziomeczkami po kilka, nie? Ciekawe tylko czy podjechał ktoś taczkami... Kurwa, to byłoby piękne. Wjeżdża typ z taczkami upierdolonymi jakimś betonem czy inną gnojówką, zamawia sobie całe te taczki kebsów i wyjeżdża z kupą bułek i tortilli zawiniętych w sreberko. I tak jedzie sobie przez główną ulicę w mieście. Starcy mu machają, matki z dziećmi płaczą, mężczyźni salutują. No klasa. Czemu ja na to nie wpadłem wcześniej? I tak by mnie w sumie stać nie było. Bo ja biedny student jestem, mama obiad w domu gotuje całymi dniami, a tata poluje na dziko zwierzynę w lesie. I, jak tacie się nie powiedzie, jemy to co znajdziemy w śmietniku, albo zwierzątka rozjechane przez samochody.

  No i tak sobie w sumie myślę, że ludzie często zachowują się jak te biedne zwierzątka. Jak świnki w chlewie (wiem, bo dziadek miał). Nalewasz im pomyj do korytka, a one przepychają się i swoimi upaćkanymi ryjkami zajadają smacznie to, co gospodarz im podał. I w sumie to mają gdzieś co to jest. Ważne, że za darmo. W przypadku ludzi bywa i tak, że za darmo, a czasem jest trochę inaczej - ważne, że jest tanio. Nawet jakby strzał w pysk byłby na promocji to zapewne znalazłaby się garstka ludzi, która by się skusiła. BO PROMOCJA!

niedziela, 19 października 2014

Decyzje.

  Ojej, chwilę już nie pisałem. Kwestia skupiania się na kilku innych rzeczach - recenzje, poprawki, pierdoły i takie tam inne. Mniejsza. Podjąłem w tym czasie kilka ważnych decyzji, mam nadzieję, że słusznych. Dziś w tle leci moja nowa miłość, Banks <3
(źródło zdjęcia oryginalnego: motleymusings.com)
  Całe nasze życie składa się z podejmowania decyzji. Decyzji, które odbijają się na naszej przyszłości, na innych osobach, na tym co dzieje się tu i teraz. Czasem są to rzeczy dość błahe. Kwestia tego co pijemy dziś na melanżu, do którego klubu pójdziemy, czy aby na pewno mam ochotę dzisiaj pić, czy może jednak pojadę samochodem i pokaże światu, że nawet ja potrafię bawić się bez alkoholu (bo potrafię, serio!). Jednak czasem są to też sprawy ważniejsze - czy aby na pewno ta koszula pasuje mi do tych spodni, czy może powinienem dziś ubrać Vansy zamiast Najek? Dobra, zły przykład. Chociaż to też ma sens. Jakiś na pewno. To tak samo jak z decyzją czy podejść w klubie do jakiejś panny na trzeźwo, bo i tak jest ładna, czy przeczekać i podbić po kilku browarach, kiedy to będziemy już bardziej odważni, pewni siebie, wygadani, a język nie będzie się plątał przez nieśmiałość tylko przez procenty. To chyba też zły przykład... Kurwa, chodzi o to, że niektóre decyzje w naszym życiu są naprawdę ważne. Coś jak wybór kierunku studiów (polonista po roku elektroniki wie o czym mówi!), bo przecież jak wybierzemy chujowy kierunek, to będziemy mieć chujową robotę, albo nie będziemy mieć jej w ogóle. Też chujowo. Nawet decyzja o tym, że zacznę sobie wklepywać swoje myśli tutaj była ważna. Może kiedyś, jak sobie umrę, ludzie odkopią mnie (w sensie tego blogspota), dostrzegą moje cudowne przekminy, a moja rodzina, matki, żony, kochanki, dzieci, wnuki, inni krewni i powinowaci wydadzą to w formie papierowej i ustawią się do końca życia, o. Za hajs z Kaca baluj!

  Tak samo jest z podejmowaniem decyzji w sprawach związków. Jesteś pewny, że ta kobieta jest tą odpowiednią? Tą, z którą chcesz założyć rodzinę, zamieszkać, dożyć starości, widzieć ją każdego dnia? Jesteś pewien, że to jej uśmiech sprawia Ci największą radość na świecie? Jesteś pewien, że będziesz ją wspierał w najtrudniejszych chwilach jej życia? To obok niej chcesz zasypiać i budzić się? Codziennie? Powiedz jej to. I nie zwlekaj. Bo nigdy nie wiadomo co się stanie, jeśli będziesz się wstrzymywać. 

  Są chwile, w których zastanawiam się, czy decyzje, które podjąłem w swoim życiu były słuszne. Z pełnym przekonaniem mogę stwierdzić, że nie. Jednakże te ostatnie, na tę chwilę wydają mi się w stu procentach właściwymi. Mam nadzieję, że za jakiś czas przekonam się, że miałem rację. Nawet jeśli będzie inaczej to nauczyłem się już, że nie ma czego żałować. Każda z tych decyzji nas tworzy, buduje nasz charakter, nasze podejście do różnych spraw i ludzi. Warto podejmować decyzje, zwłaszcza te słuszne.

niedziela, 10 sierpnia 2014

Założenia się zmieniają.

  Postanowiłem sobie na początku, że będę autentyczny, a zarazem śmieszny, pozytywnie nastawiony do wszystkiego, nie będę pisał jak się wkurwię czy coś w ten deseń. I raczej chyba nie będę zbyt poważny. Okazuje się, że chyba jednak mi to nie wyjdzie, a w zasadzie nie wyszło już przy poprzedniej notce. Dziś mała kontynuacja.
(źródło zdjęcia oryginalnego: science-all.com)
  Czasem jest tak, że do pewnej osoby coś czujemy. COŚ. Każdy to sobie zinterpretuje na swój sposób. Takie COŚ to jednak jest coś poważnego, zazwyczaj chyba tak jest. Przynajmniej ja, czując to COŚ, czuję to naprawdę, jestem pewien, że uczucie jest prawdziwe. Tak jest chyba ze wszystkimi uczuciami w moim przypadku. Jak mi się coś nie podoba to mi się to nie podoba, po prostu. Mimo, że próbuję się czasem do tego przekonać to i tak podchodzę do tego z pewną dozą niepewności, bo jak mi coś nie podchodzi od samego początku to mi już raczej nie podejdzie. To tak jakby zmusić kogoś do związku, wywrzeć na danej osobie swojego rodzaju presje - "bądź ze mną, bo ja tak chcę, i już, nie to się obrażę, zrujnuje Ci życie, zabije Ci kota, utopię chomika, zniszczę ulubioną rabatkę i porysuję płytę, którą od Ciebie pożyczyłem miesiąc temu". 

  To COŚ bywa silniejsze od nas. Nie robiąc sobie specjalnie nadziei na coś większego, ba, nie mając ku temu żadnych szczególnych podstaw, czujemy, że uczucia są silniejsze od nas. Skąd się biorą? Nie mam, kurwa, bladego pojęcia. I czemu w "Było Sobie Życie" tego nie opisali?* Kurwa... Takie "Było Sobie Życie" to w zasadzie dosyć fajna opcja była, jak tak sobie teraz przypominam podstawówkę, przyrodę, czy późniejszą biologię, i oglądanie typa z obfitą brodą chodzącego po ciele... Teraz jak myślę o tym w ten sposób to mam dosyć dwuznaczne wyobrażenia, no ale nie ważne, odbiegam od tematu. Ludzkie myśli i uczucia to jednak sfera najwyższa z najwyższych #Yao_Ming. A ja taki mały...

  Przechodząc do konkretnych konkretów nie zdradzających szczegółów - czujesz takie COŚ do pewnej osoby, nie wiesz jakie odczucia ma do Ciebie druga osoba, wiesz jedynie, że są pozytywne, jakkolwiek to możemy rozumieć. Coś (nie COŚ) was łączy, znacie się mega dobrze, bo długo, ufasz tej osobie jak nikomu innemu na świecie, ale i tak się boisz... Nie wiesz czemu, tak już jest... Ta osoba jest dla Ciebie najważniejsza - taki przyjaciel/przyjaciółka i osoba, z którą chcesz spędzić resztę swojego życia w jednym. I jesteś tego pewny, jak niczego innego na świecie... Po prostu. A najlepsze jest to, że tak naprawdę nie wiesz czemu tak jest... Przypadek? Przeznaczenie? COŚ? Nie wiesz. I ta osoba o tym wie, albo się dowie, a Ty znów się boisz, że to może podziałać negatywnie na Wasze relacje. Tylko czy czasem nie warto zaryzykować? Chyba warto...

  Nie myślmy o konsekwencjach, o tym co negatywne. Z życia nikt nas nie będzie rozliczał**, przeżywamy je sami tak jak chcemy i mamy je jedno, więc czemu mamy czuć się skrępowani tym, że ktoś na nas patrzy, tym, że możemy sobie narobić wstydu. Czemu w końcu mamy się bać odrzucenia? COŚ powinno wygrywać ze wszystkim, jak Usain Bolt, albo inny Michael Phelps, albo Adam Małysz w czasach świetności. Kierujmy się w szczególności CZYMŚ, emocjami, uczuciami, a nie stawiajmy w pierwszej kolejności rozsądku, chociaż i jego nie może za bardzo zabraknąć w naszych decyzjach... Tyle. Koniec przekazu na dziś.

* - chyba, że mi coś umknęło.
** - chyba, że ktoś jest głęboko wierzący, to ma swoje podejście.

sobota, 28 czerwca 2014

Po sesji.

 Jestem po sesji, klasa. Oficjalnie zacząłem dzisiaj wakacje*. Egotrue na głośnikach. Zacznijmy od początku...
(źródło zdjęcia oryginalnego: thephoenix.com)
 Czasami myślę, czy studia to dobra opcja w moim przypadku, serio. Nie wiem w sumie czy nie powinienem tego popierdolić, znaleźć jakiejś roby i przestać sobie robić nadzieję na to, że będę miał wyższe wykształcenie. Jak zaczyna się drugi raz studia, w dodatku na zupełnie przeciwnym kierunku niż wcześniejszy, to przychodzą do łba takie myśli. Popierdoliłem je. Jestem już rok w plecy, czuję się jakbym skończył technikum i poszedł na humanistyczny kierunek, na to w sumie wyszło. Tylko po co miałbym kończyć elektronikę skoro to nie był nigdy mój wymarzony zawód? Z drugiej strony...

 Zastanawiam się czasem czy marzenia o tym, co będziemy robić w przyszłości, mają jakiś sens. Rozumiem te wszystkie zajawki z podstawówki czy przedszkola. Ja będę strażakiem, ja lekarzem, ja policjantem, a ja będę miał dużo pieniędzy bo tak. Spełnianie marzeń ma sens. Spełnianie marzeń budzi w nas pozytywne emocje, szczęście. To trochę jak zdanie egzaminu, znalezienie 2 zł na ulicy, jak to, że ktoś nam bezinteresownie postawi browara bo jest naszym ziomkiem a nam kwit się skończył kolejkę temu. Wszystko sprawia nam przyjemność, mniejszą, lub większą. To jak cieszymy się z danej rzeczy to kwestia charakteru i wiary w siebie. Rozumiem, że po zdaniu egzaminu można skakać z radości, drzeć się, piszczeć. Wszystko, zwłaszcza, jeśli dany egzamin jest uznawany za jeden z najtrudniejszych na Twoim kierunku. Z drugiej strony można podejść do tego z kamienną twarzą, lekko uśmiechnąć się pod nosem i pomyśleć sobie „ju dyd yt, błoj/gjal”. Zauważyłem, że na przestrzeni kilku ostatnich lat stałem się trochę bardziej pewny siebie. Nie wiem czemu ale tak jest, nie tylko ja to w sumie zauważyłem, kilka osób, które są mi najbliższe też tak twierdzą. Nigdy nad tym nie pracowałem. Magia? Kwestia wieku? Zmiany podejścia do pewnych spraw?

 Pamiętam jak w podstawówce mieliśmy jakiś test. Jedno z zadań dotyczyło wspominanego wcześniej wymarzonego zawodu. Mieliśmy narysować siebie w pracy za naście lat. Wbrew pozorom sprawiło mi to zadanie sporo problemów, bo nie miałem pojęcia co chcę narysować. Tu nie chodzi o to, że nie miałem marzeń, wręcz przeciwnie. Miałem masę marzeń, moja wyobraźnia raz jechała starym Fiatem (jaram się nim do dziś) po ciasnych, brukowanych uliczkach, a chwilę później przemierzała kosmos, obok psa Łajki w jakimś ciasnym, pseudo statku kosmicznym. Do dziś marzę. Planuje swoją przyszłość. Jednak poznając swoje możliwości na przestrzeni tych kilkunastu lat staram się marzyć o rzeczach osiągalnych. Praca, która da mi satysfakcję i pieniądze wystarczające na to żeby opłacić mieszkanie, zatankować samochód, który nie musi być z salonu, byle by jeździł i się nie psuł zbyt często (i żeby za dużo jednak nie palił), wyżywić jakąś ewentualną rodzinę. Nie pamiętam teraz dokładnie co narysowałem w podstawówce. Wiem, że teraz chyba uznałbym to za nieosiągalne, mimo że mogłoby t być dosyć przyziemne marzenie. Teraz jak marzę to wiem, że nie zawiodę się na sobie aż tak bardzo.

 Czy ta cała elektronika zapewniła by mi jakiś sensowny byt? Może. Hajs mógłby się zgadzać tylko co mi po studiach skończonych na odpierdol i po co mam się męczyć grzebiąc przy kablach skoro nigdy mnie to nie pociągało. Na początku myślałem, że to w sumie może być fajna opcja jeśli tylko się tym zajawie. Nie wyjszło, pech. Nie mam czego żałować, przeznaczyłem ten rok na przekminienie tego, co jest mi w życiu pisane. Teraz trochę wątpię, wracam do drugiego akapitu i znowu nie wiem czego chcę.

 Kim teraz chcę być w przyszłości? Na pewno dobrym i szczęśliwym człowiekiem, najlepiej spełnionym w każdym możliwym sensie. Dziś się zamuliłem, strasznie. Może to przez niezdany egzamin? Szczerze mówiąc nie zawiodłem się na sobie, nie mam sobie tego za złe, mimo pozytywnego podejścia do tematu przeczuwałem, że coś mogło pójść nie tak, trudno. Chyba bardziej moją „porażkę” przeżywały dziewczyny z roku niż ja, cieszę się, że mam ich wsparcie. Teraz pozostało mi jedno – wziąć sobie do serca** to wszystko, ogarnąć się i przyłożyć do nauki. Wrześniu, i'm commin'!

* - dwoma piwami.
** - o ile w ogóle je mam.

sobota, 14 czerwca 2014

Białe skarpetki.

 Trochę rasistowskie podejście ale kolor jednak ma znaczenie. Zwłaszcza jeśli chodzi o kolor skarpetek, przynajmniej w moim przypadku. Youtube'owy odsłuch nowego Kuby Knapa na głośnikach bo klasycznie nie ogarnąłem hajsu żeby opłacić pre-order.
(źródło zdjęcia oryginalnego: ifc.com)
 Skończyłem semestr, w indeksie jest pięknie, wszystko zaliczone, tylko 2 okienka wypełnione oceną poniżej 4.0, teraz czekam na egzaminy. Trze'a to oblać? No a jak. Studiuj mordo humanistyczny kierunek to będziesz chlał z dziewczynami – ale czy mi to przeszkadza? Wręcz przeciwnie. Więc zaczynamy czwartek. Pierwszy uraz zaczyna się na biforze, przy „odpowietrzaniu” flaszki obiłem sobie łokieć. Klasa. Jimmy Fallon znów był grany, tym razem solo i z Miszel Obamą. Wódka się skończyła, idziemy w tango, albo coś tam podobnego, jakieś dżajfy czy inne makareny.

 Wbitka do klubu, flaszka co to była do loży rozeszła się w 15 minut maks. Tutaj uraz łokcia się pogłębił, mocno bordowy siniak na drugi dzień potwierdza i pozdrawia patrząc z ukosa, bez uśmiechu. Kolejne urazy to kwestia czasu. Odchyły dziewczyn w stylu Patrick'a Swayze'ego zagwarantowały mi ból ramienia a jednej, najbardziej wiercącej się, tej, która miała największe problemy z zaufaniem mi, bliższe spotkanie z parkietem (wybacz). Dobrze, że przy „kroku” na pokutnika a.k.a.”na kolanach do Częstochowy” nie ucierpiały moje zielone chinosy. Miały miejsce też klasyczne „najebane propsy”*, tym razem głównym odbiorcą był jeden z lokalnych tatuażystów, dowiedział się, że moim zdaniem jego dzieła są najbardziej „prawdziwe”**, pozdrawiam serdecznie, widzimy się jak hajs się będzie zgadzał. Stukanie się butelką ze wszystkimi przebijało wszystko, od uderzania o własny telefon, który oddawał mi kumpel, po ubicie ujścia butelki kumpeli. Czyli kolejny uraz, kolejny nie mój, bo browara ze szkłem nie ja piłem. Jakieś piwka, darmowe drinki, brudne densy i to by było na tyle.

 A później się zwinęliśmy na mieszkanie, spanie na materacu nie jest najlepszym doznaniem w moim życiu, jest jednym z gorszych. Początek spoko, serio. Przez noc z materaca niestety uszło powietrze i obudziłem się praktycznie na podłodze, oddzielał mnie od niej tylko materiał z którego materac został wykonany. Mamy kolejny uraz, tym razem poranny, kurewski ból pleców, cudownie. Do tego doszedł ból prawego pośladka i prawego uda – nie pamiętam skąd. Prysznic, gorąca herbata, ogarnianie życia, spojrzenie w lustro – JA PIERDOLE. Pierwszy raz w przeciągu prawie 21 lat miałem praktycznie całe czerwone gałki oczne, żyła na żyle żyłę żyłą pożyla, czy coś w tym stylu. W piątek rano musieliśmy jeszcze skoczyć po ostatni wpis do indeksu, po drodze na uczelnie wydałem 3 złote i 80 groszy na Pałerejda***, pomarańczowego uściślając. Szkoda, że jest go tak mało. Pet na dziedzińcu uczelni, spotkanie z kilkoma osobami z zeszłej nocy, czuję się genialnie, za wyjątkiem tego, że mnie suszy, lekko boli głowa i cała reszta tego co wypisałem już wyżej. Dowiedziałem się kilku rzeczy, o których nie miałem pojęcia (m.in. stukanie na linii butelka - telefon). Pośmialiśmy się, poszedłem po wpis, Pani doktor stwierdziła, że jednak dożyłem tego piątku na co ja, że ledwo, dostałem 3.0, podziękowałem i pożegnałem się. Wróciłem do domu, poszedłem spać, i oglądałem Mistrzostwa Świata. Nawet nie jest mi smutno, że Hiszpania zjebała mi kupon, nawet lekko się uśmiechnąłem z racji, że Holandia rozjebała ich aż taką różnicą bramek.

 Ale o co chodzi ze skarpetkami Panie Kac Killer? Otóż doszedłem do wniosku, że to, z jakimi skutkami wchodzi mi alkohol zależy od koloru moich skarpetek. Zawsze jak mam skarpetki w jakimś konkretnym kolorze typu niebieski, zielony, czerwony, limonkowy czy turkusowy, piję ile wlezie a nie mam jakiejś strasznej bomby. Co więcej, wszystko pamiętam. W czwartek miałem białe, a białe to zło, zło największe, odpierdalanie, luki w pamięci a czasem nawet gorzej. Przeglądając zdjęcia z czwartkowo-piątkowej-wieczoro-nocy stwierdziłem, że nie mam się czego wstydzić. Dobrze pochlałem, poodwalało mi trochę, mam dystans do siebie i tego co robię, zwłaszcza po alkoholu, więc niczym się nie przejmuje, nawet jak odjebałem coś strasznego (a miejmy nadzieję, że tak nie było).

* "najebane propsy" to taki mój poalkoholowy klasyk, propsuje ludzi, których znam słabo albo w ogóle osobiście ich nie znam, ale słyszałem/widziałem ich "dzieła", muzyków, fotografów, artystów wszystkich dziedzin
** mówiłem "prawdziwe" bo wyleciało mi ze łba słowo "realistyczne"
*** żaden product placement, po prostu jestem zdania, że izotoniki pokroju Pałerejda to dobra opcja jak suszy, chociaż wolę te mniej fejmowe bo mają większe butelki i są tańsze a smak i działanie to samo

czwartek, 15 maja 2014

1000 sposobów na...

 Cze, dzisiaj na głośnikach leci Kuba Knap a ja mam kolejną specyficzną przekminę. Lecimy?
 (źródło zdjęcia oryginalnego: huffingtonpost.com)
 Mamy maj, w zasadzie to już połowę maja, jakoś przez przypadek trafiłem ostatnio na jeden z tych fanpejdży „XXX sposobów na...”, ten miał w tytule akurat „...prezent na dzień matki”. Brak oryginalności i kreatywności zauważalny jest nawet gołym okiem.

 Nie mam pojęcia gdzie jest fenomen wszystkich tych fanpejdży na fejsie. Ja rozumiem, że ludzie lubią sobie ułatwiać życie, uczyć się czegoś nowego ale kurwa, świecie, dokąd idziesz? Żeby live hack'ami czy innymi super świetnymi pomysłami na przeżycie czy coś tam wymyślonymi przez kogoś trochę bardziej inteligentnego niż przeciętny gimnazjalista zastępować własną wyobraźnię i kreatywność to trzeba już być naprawdę tępym albo wybitnie leniwym. Wiem, że i tak jakieś 75% osób, które lubi te wszystkie fanpejdże nie skorzysta z ich pomocy nigdy w życiu a jeśli już to na nieświadomce no ale muszę na coś ponapierdalać.

 Jestem w stanie zrozumieć opcje w stylu „XXX sposobów na studencki/tani obiad” bo jak się mieszka samemu czy z dala od domu rodzinnego i oszczędza bo alkohol nie jest tani, to chce się mieć jakieś urozmaicenie, przecież tosty mogą się kiedyś przejeść. Nie mogę tylko ogarnąć czemu większość ludzi, którzy to lubią to osoby w przedziale wiekowym 13-17 i studenci, którzy mieszkają z rodzicami. Podejrzewam, że raczej żadnym ze „...sposobów na poderwanie dziewczyny” niczego wybitnego się nie upoluje a tymi „...na 5 zł” fortuny się nie zbije. Mimo wszystko może warto spróbować. Czekam tylko na „??? sposobów na łatwe i szybkie wypróżnianie”. Nie żebym miał z tym problemy, ciekawi mnie jak ludzie sobie z tym radzą.

 Zastanawiam się czy liczby na początku to przypadek, przemyślany zabieg związany z symboliką czy po prostu zwykłe użycie okrągłego numeru. Najczęściej występuje 100 i 1000 czyli wielokrotności pitagorejskiej dziesiątki oznaczającej doskonałość. Zatem, jeśli mamy wierzyć symbolice wszystkie pomysły powinny być super-idealne, czyli przy stosowaniu się do nich powinniśmy mieć super-idealne życie. Czas stosować się do live hack'ów z fejsbuka!


 Wracając do prezentów na dzień matki to ostatnio wpadłem na jeden dosyć specyficzny. Jeśli jesteś facetem i masz jakąś kandydatkę na przyszłą żonę to weź ją przyprowadź 26.05 do mamy i powiedz swojej rodzicielce czułe: „mamo, zostaniesz babcią...” po czym dodaj: „...ale w sumie to się zbytnio nie przyzwyczajaj bo zamierzamy usunąć” (kobiety mogą to sobie trochę przeinaczyć, w przypadku braku partnera/partnerki zawsze możecie przyprowadzić jakąś przypadkową osobę). Nie wiem czy to dobry prezent ale na pewno po takiej niespodziance możecie śmiało szukać sobie nowego domu.

poniedziałek, 12 maja 2014

Mucha na oknie.

 Nie robię dziś nic konstruktywnego więc sobie coś napiszę. Mac Miller na głośnikach (tak, to poniekąd od Niego wzięło się moje blogspotowe alter ego).
(Photo credit: WhitA via Foter.com / CC BY)
  Kilka tygodni temu, po latach, postanowiłem, że przejdę wreszcie którąś grę z serii GTA. Jako, że tak konkretniej w życiu grałem tylko w 1 i 2 stwierdziłem, że wezmę się za coś lepszego - Vice City, poszło w tydzień, świetnie. Czas na San Andreas. Męczę się (ta, to dobre określenie) od jakichś dwóch tygodni, nawet nie wiem czy jestem w połowie, mniejsza z tym, ważne jest to, że gram w grę, nie jakoś non stop, tylko wtedy kiedy najdzie mnie ochota. Dziś mnie naszła, jakoś tak popołudniu, odpaliłem sobie na chwilę żeby przejść kilka misji. Gram w grę aż tu nagle...

 Znacie to uczucie kiedy jesteście na czymś tak zajebiście skupieni a nagle ktoś/coś zacznie Wam przeszkadzać? No właśnie, mucha, owad, skurwiel, szatańskie stworzenie, małe bzyczące chujwieco. KURWA. Siedzi pod żaluzjami i mi się tu obija raz o okno, raz o aluminiową listewkę. I tak na zmianę. I do tego bzyczy, bzyka, pobzykuje. Nawet pomykając przez skrzyżowania San Fierro w rytm mojej playlisty z GTA ten owad mnie lekko denerwuje, mimo że mógłbym o nim zapomnieć, na chwilę, nie, nie da się, stwór zwycięża. No nic, muszę zapauzować, wstać i iść po łapkę/klapkę/czy jak to inni jeszcze zwą na muchy. Żółta packa (o, kolejna nazwa – ciekawe, że taki zwykły przyrząd ma tyle nazw) działa na mnie jak miecz, taki Excalibur, tylko, że ja nie musiałem wyjmować jej z głazu a zdjąć z lodówki, taka tam subtelna różnica.

 Po chwili walki z muchą i wymachiwaniu moim żółtym Excaliburem mucha została zwyciężona, albo nie, jeszcze żyła. Ostatecznie dostała strzała na plecy (owady mają plecy?) i rozpłaszczyła się na jednej z aluminiowych listewek żaluzji. Giń szmato, żadne gloria victis, nic w życiu nie osiągnęłaś dobrego dla ludzkości. Teraz tak spoglądam na jej zwłoki i zastanawiam się czy to aby na pewno mucha. Skrzydła niby ma ale na muchę to to to za szczupłe jest chyba, chyba, że to jakaś mucha anorektyczka. I jakieś takie barwą nie odpowiednie, taki zielony metalic, odcień z ciemnego Opla Astra, rocznik 97. Nie ważne, owad zginął, ja mogę spokojnie wrócić do gry. Tylko kto go teraz zeskrobie z mojej żaluzji?*

*tak na serio to już go tam nie ma, zeskrobałem przed chwilą.

środa, 7 maja 2014

Bułka z szynką.

  Cześć. Puszczę sobie tylko jakieś rapy i mogę zacząć. Polecę sobie z wczorajszym klasykiem, mimo, że to nie jest zbyt imprezowy raper - Mes.
(Photo credit: jeffreyw via Foter.com / CC BY)
  Po tym małym wstępie widać już, że wczoraj* było chlane. To nic, że mamy za sobą długi weekend, serio. Czwartkowy kac gigant jednak nie obrzydził mi alkoholu, chociaż bałem się, że istnieje taka ewentualność. Początek maja to już raczej taki klasyk, każdy wtedy zaliczy jakąś imprezę (albo nie tylko imprezę ;). Po takim długim weekendzie najgorszy jest powrót do normalnego życia, w moim przypadku uczelnia. Jeszcze gorsze jest to, że wracasz na tę uczelnię na dosłownie jedne zajęcia (GDZIE TU SENS?!) i dowiadujesz się, że robimy imprezę niespodziankę bo kumpela ma dziś urodziny - świetnie.

  Wszystko w porządku, naprawdę, dobre party, było chlane, były baunsy, był Jimmy Fallon z Willem Smithem i Justinem Timbelake'm (chociaż już nie pamiętam kto był kim), było w pytę. Wracasz do domu, idziesz spać, budzisz się, kac. Naturalna kolej rzeczy. W takiej sytuacji początkowo kurewsko nie chce mi się wstać, dosypiam (bo zajęcia zaczynam dopiero chwilę przed południem), a raczej próbuję jeszcze na chwilę zasnąć ale nie mogę, NIGDY. Ostatecznie wstaję o 8 bo z Saharą w mordzie dłużej nie wytrzymam. Łazienka, kilka łyków zimnej wody z kranu, kolejne kilkadziesiąt mililitrów żeby przemyć twarz - zdecydowanie lepiej. Kocham wodę. Kac nie jest jakiś potężny, w końcu nie wypiłem wczoraj dużo, ale i tak czuję potrzebę uraczenia się szybkim prysznicem. Jeszcze lekko chwiejąc się wchodzę pod natrysk i ten szybki prysznic zamienia się w taki troszkę dłuższy, taki, gdzie każda kropla spadająca na ciało lekko podmęczone wczorajszego wieczoru jest jak zbawienie. No dobra, może trochę przesadzam ale ponoć często mi się to zdarza. Pisałem już, że kocham wodę?

  Dobra, już lekko ogarnięty lecę coś zjeść a raczej wmusić w siebie cokolwiek. Jest jakaś bułka, genialnie! Szkoda, że lekko zmęczona, taka trochę wczorajsza, no ale jak się nie ma co się lubi to się nie wybrzydza bo darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda, czy jakoś tak. Mam pieczywo, co do tego? Najlepiej coś tłustego, mam jakąś wędlinę (#bułkizszynką #dinal #plusymieszkaniazrodzicamipodczasstudiów), klasa. Masełko? Odwracam głowę żeby sprawdzić czy jest tam gdzie być powinno - HELL YEAH! Pojem! Klasyczna opcja kiedy to percepcja wzrokowo-ruchowa jednak jeszcze trochę szwankuje, a bułka, którą chcieliśmy przekroić równo wygląda bardziej jak ten chleb do którego się wlewa żurek tylko, że jeszcze przed wydrążeniem miąższu. No cóż, jak się nie ma co się lubi... Masła nie żałuje, 4 plastry szynki, czegoś mi tu jeszcze brakuje. No tak, czas na mój klasyczny kac-dodatek do kanapek - przecier pomidorowy zwany również koncentratem. Lekko kwaśny a wszyscy wiedzą, że kwaśne dobre na kaca. Do tego jeszcze spora szklanka zimnej wody z sokiem z połowy cytryny wypita na raz - done. Jako, że hangover to nie ten from Las Vegas to apetyt się zgadza, szkoda, że hajs już mniej.

  Kace to tacy nasi znajomi. Zazwyczaj uprzedzają o tym, że wpadną, czasem przeczuwamy, że wpadną a tu niespodzianka, chwilowa posiadówka. Czasem zdarzy się taki, że nie chce nas opuścić do samego wieczora. Ten mój to taki znajomy, za którym nie do końca przepadamy ale jednak na imprezę go zaprosimy bo weźmie ze sobą flaszkę. Ja też wierzę, że taki kac wpada na jakiś czas ale daje nam coś pozytywnego.

*wczoraj tzn. przedwczoraj, miałem to opublikować wczoraj ale zamuliłem.