środa, 29 czerwca 2016

Książki do d...: Chomik na widelcu.

  Chwilę temu były dwie recenzje pod rząd, później znów książkowe rzeczy, ale nierecenzyjne, a potem w ogóle książko-cisza. Wierzę, że się przez ten czas stęskniliście za kacenzjami... Muzyka (klik).
(zdjęcie moje, okładka: zysk.com.pl)
  Do Chomika na widelcu autorstwa Claudii Torres i Jacka Krawczyka podchodziłem łącznie dwa razy. Kupiłem go jakieś milion lat temu (znaczy się jakoś na jesieni 2015) w Matrasie za niecałą dychę i niedługo po tym wziąłem się za czytanie. Szło mi opornie. Kurwa, no nie mogłem, męczyłem się strasznie, dużo mnie wkurwiało. Po trzydziestu stronach zamknąłem, jebłem na półkę i zapomniałem. To znaczy nie do końca zapomniałem, bo jak zakładałem konto na LC (do którego link macie gdzieś tam z prawej - nie wiem czemu, ale nie mogę dodać na bloga tego gadżetu z LC) to wiadomo, dodałem sobie, że mam i CHCĘ PRZECZYTAĆ. Przeczytałem. Teraz. Mimo ponad trzydziestu pozycji, które stoją na moich półkach, a wydają się opcjami ciekawszymi. Przynajmniej dla mnie.

  Opis zerżnięty ze strony wydawcy (zysk.com.pl):
"Igor Czacki - były psycholog policyjny nie myśli wracać do zawodu. Wszystko zmienia jeden sen i jeden telefon.
Okoliczności zgonu młodej dziewczyny, Emilii Natolskiej, nie wskazują na konieczność przeprowadzenia sensacyjnego śledztwa. Alkohol, narkotyki, śmierć - wydawałoby się, że nic nadzwyczajnego w tętniącej życiem Warszawie. Policja nie widzi znamion morderstwa, a prokuratura gotowa jest umorzyć postępowanie. Czacki przeczuwa jednak, że sprawa ma drugie dno - instynkt podpowiada mu, że śmierć Natolskiej to jedynie część większej intrygi. Zwiera więc szyki z przyjacielem sprzed lat - komisarzem "Majorem" Maleszem - i razem wpadają na trop przestępczej organizacji, dla której ludzkie życie nie ma żadnej wartości.
A wszystko to przez jeden sen..."

  No ciekawi trochę. Choć w tym przypadku najmocniej zaciekawił mnie i tak tytuł, bo jest trochę nietuzinkowy, specyficzny. Tak spozierał na mnie ten nabity na widelec chomik z tego pudła z książkami to wziąłem. Przekartkowałem, zerknąłem jak jest napisane i na pierwszy rzut oka poczułem się zaciekawiony. W dodatku na jednym ze skrzydełek zamieszczone zostały słowa Pana Wojciecha Piotra Kwiatka - "Chomik na widelcu ma szansę stać się jedną z najlepszych powieści kryminalnych ostatnich lat". Całość jest trochę dłuższa, ale nie chce mi się wszystkiego przepisywać, poza tym to zdanie jest kluczowe. Całkiem przyjemne pierwsze wrażenie zaczęło się trochę zacierać podczas pierwszego czytania.

  Historia jest całkiem spoko. Emerytowany psycholog policyjny wraca do roboty, bo śnił mu się tytułowy chomik na widelcu, a on zwiastował intrygujące przypadki. No i co, ginie młoda typiarka to razem ze swoim ziomeczkiem badają sprawę. Okazuje się, że zmarła na serce z przyczyn naturalnych, bo jakaś tam wada. Chwilę po tym ginie facet tej typiarki, powrót do sprawy, dołącza do nich jeszcze taka policjantka no i ogarniają ten rozpierdol w trójkę. No ciekawie jest, temu się zaprzeczyć nie da. Zwłaszcza, że przez duży fragment książki to wiele podejrzeń nie mają.

  Propsuję mocno za zamysł stworzenia głównych bohaterów. Przedstawienie to sprawa drugorzędna, bo momentami pozostawia wiele do życzenia, aczkolwiek jak się nie pogubisz to ogarniesz wszystko bez problemu. Problemem mogą być jednak momenty, w których rozpoczynają się kolejne rozdziały. Bo czasem to kompletnie, kurwa, nie wiadomo z kim mamy do czynienia. Początkowo bohaterowie się strasznie mogą mylić. Albo inaczej - może się ich wydawać więcej niż tak naprawdę jest. To przez to, że autorzy posługują się ich nazwiskami, imionami i pseudonimami od pierwszych stron. Jak się ktoś z Was weźmie za czytanie to taka ściągawka - Igor Czacki ma ksywę Psycholog, a Major ma na nazwisko Malesz, imienia nie pamiętam, ale coś mi świta, że Piotr. Ja rozumiem, że kryminał, że ma być zagadkowy, ale kurwa. Żeby sprawiać czytelnikowi problemy już na samym początku, i to w tak błahej rzeczy jak nazewnictwo głównych bohaterów? Bez przesady.

  Największy minus tej książki to masa czasowników. Rozumiem, że jak w książce ma się coś dziać to czasowniki być muszą, ale kurwa, nie tyle. To jest główna rzecz, przez którą sobie odpuściłem czytanie przy pierwszym podejściu. W jednym zdaniu dowiadujemy się, że bohater wstał, szedł, parzył kawę,palił szluga, gotował jajka, kichnął, srał, mył zęby, pojechał gdzieś tam i z kimś rozmawiał. Podkoloryzowałem, ale i tak za dużo. Bleh, bleh, bleh. Nie chcę tak.

  Napisałem w sumie niewiele, wiem. Ale problem jest taki, że to nie jest książka, którą by się kontemplowało. Ja ogólnie nie byłem nigdy przekonany do kryminałów, ale jak czytałem Läckberg to przeżywałem wszystko co się działo w książce. A tu to tak średnio raczej. Czytam, czytam - no spoko - czytam dalej, czytam, czytam - no i co - czytam, czytam. Skończyło się. Niecałe 230 stron. Niewiele się dzieje, a jak zacznie to wszystko na raz i się znów miesza. Albo ja się po prostu średnio wciągnąłem, bo pozostał mi uraz po tym pierwszym razie. Nie wiem, kurwa. Ocena (poniżej) wszystko zweryfikuje. Jak ktoś się poczuje zaciekawiony to sięgnie, jak nie to nie i tyle. Dycha to przecież nie fortuna i można sobie od czasu do czasu jakąś pierdolnąć w błoto. Warto na koniec jeszcze przywołać słowa, które już wyżej cytowałem: "Chomik na widelcu ma szansę stać się jedną z najlepszych powieści kryminalnych ostatnich lat". Chomik... może i miał szansę, na to by stać się jedną z najlepszych powieści kryminalnych ostatnich lat, ale ją zaprzepaścił, przynajmniej w moim odczuciu.

  Ocena:
(źródło zdjęcia oryginalnego: nexusmods.com)
  Jak podoba Ci się moje pierdolenie to zajrzyj na fejsbuka i tłitera - tam jest więcej spierdolonych i superśmiesznych rzeczy. To jak supermen, tylko śmiesznych. Tu:
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

sobota, 25 czerwca 2016

Nie wyzywaj.

   Mam nadzieję, że się przyzwyczailiście do mojego narzekania na to, że jest gorąco, bo według meteorologów szybko mi nie przejdzie. Kurwa. Muzyka letnia (klik).
(Photo credit: Cherrysweetdeal via Foter.com / CC BY)
   Jakiś czas temu zostałem (z)wyz(y)wany w jakimś czymś, czego sensu nie pojmuję. Miałem odpowiedzieć na jedenaście pytań, nominować jedenaście osób i zadać im kolejne jedenaście pytań. Jaki to ma sens?

   Według jakichś tam ustaleń liczba 11 oznacza inspirację i wizjonerstwo. Osoba naznaczona jedenastką jest uduchowiona, pełna ideałów. Można ją utożsamiać z mistrzem, nauczycielem. Są trzy te jedenastki. Trójka jest liczbą boską, liczbą szczęścia, twórczej ekspresji, aktywności. W numerologii trójka to liczba artystów. Kurwa, jak nigdy nie wierzyłem w te takie wymysły liczbowe tak tutaj ma to niby jakiś sens, choć podejrzewam, że te liczby są tu zupełnie przypadkowe i nikt nie przekminiał tego, by to akurat 11 i 3 były.

   Przez to, że ma to jakiś głębszy sens zrobię mały wyjątek i się trochę zabawię. A, bo zapomnę. Wyzwała mnie Enelya i zachowuję oryginalną pisownię pytań.

1. Gdybyś otrzymał(a) lis z Hogwartu, jak sądzisz, w którym Domu byś był(a)?

Mamy pierwszy problem. Kompletnie nie ogarniam Harrych Potterów. Niby widziałem chyba wszystkie filmy, ale średnio ogarniam o co chodzi w tych domach i czym się one różnią. Wiem, że Gryffindor jest jakiś tam najlepszy, z takimi prymusami samymi chyba, nie? A Slytherin to to zło. Wydaje mi się, że w Slytherini się lepiej bawią, więc pewnie tam by mnie przyjęli i tam chciałbym wylądować. Tylko nie wiem czemu miałbym otrzymać lisa z Hogwartu jak oni listy wysyłali. W dodatku sowami. No kurwa. Lisa bym sobie zatrzymał, bo lisy są fajne i rude. I fajne.

2. Co sądzisz o yaoi? Lubisz? Nie przepadasz? Dlaczego? Jaka jest Twoja ulubiona para? :") 
 
Drugi problem. Nie byłem do końca pewien, czy wiem czym jest yaoi. Okazało się, że dobrze mi świtało w łepetynie. Dla tych co niewiedzo - yaoi to takie chińskie bajki (seriale i komiksy), w których przedstawiane są związki gejowskie. Pozostawiłbym to bez komentarza, ale zostałem wyzwany, podjąłem się i odpowiem. Nie, kurwa, nie przepadam. Dlaczego? Bo nie kręcą mnie faceci. Ci narysowani też nie. ŻADNI.

3. Książka, która sprawiła, że płakałeś(aś)? 
 
Żadna. Ale jakbym ktoś mi zrzucił na krocze Wielki słownik poprawnej polszczyzny PWN to pewnie bym zawył mocno.

4. Gdyby okazało się, że Twój zmarły ojciec był gangsterem i pozostawił Ci w spadku pięć milionów złotych, co byś z nimi zrobił? 
 
Przepierdolił na książki, płyty, szlugi, alkohol i inne przydatne rzeczy.

5. Podaj pięć rzeczy, za które lubisz szkołę. 
 
Trzeci problem, bo w szkołach bywam bardzo rzadko. Zazwyczaj w jednej. Moim byłym liceum. Raz na rok. Albo i więcej. Ale dobra, spróbujmy:
1) To, że już ją skończyłem.
2) To, że kiedyś sprzątaczka wzięła mnie za świeżego, byłego gimnazjalistę-dilera, mimo że miałem wtedy jakieś dwadzieścia lat.
3) To, że mogę sobie bez przypału wbić do szkoły i pogadać z moją byłą polonistką, niezależnie od tego, czy jest przerwa, czy środek lekcji.
4) To, że całkiem przyjemnie wspominam okres szkolny i ludzi tam poznanych, bo mieli jakiś tam wpływ (jedni mniejszy, inni zdecydowanie przejebanie wielki) na to, kim jestem teraz.
5) To, że już ją skończyłem.

6. Nadeszła wojna. Masz do wyboru walczyć w obronie ojczyzny, bądź uciec z kraju. Co wybierasz? 
 
Spierdalam. 
 
7. Co sądzisz o przywróceniu obowiązkowej służby wojskowej? Dlaczego tak uważasz?

Jest bez sensu. Po co zmuszać ludzi do tego, żeby poświęcali dziewięć (czy nawet więcej) miesięcy swojego życia na robienie czegoś, co im kompletnie nie pasuje? Jest masa ludzi, którzy bez obowiązku wybierają się do szkół wojskowych i ich to cieszy. Poza tym wojsko nie z każdego zrobi mężczyznę. Pozdrawiam ja, obywatel niezdolny do czynnej służby wojskowej.

8. Czy lubisz oglądać horrory? Dlaczego tak? Dlaczego nie?

Nie. Kompletnie mnie nie jarają.

9. Lubisz biegać? 
 
Kiedyś lubiłem. Teraz mi się nie chce. Biegam tylko wtedy, gdy widzę jak autobus podjeżdża na przystanek, a mnie jeszcze na nim nie ma. Rzadko wygrywam.

10. Jaka jest piątka Twoich ulubionych książek? 
 
Kolejność przypadkowa: Walc pożegnalny Kundery, Norwegian Wood Murakamiego, Odwrotniak Małeckiego, Kobiety Bukowskiego i Nowy wspaniały świat Huxleya.

11. Jak poprawnie wymawia się nazwisko "Tolkien"? :P 
 
Tak samo jak się je zapisuje.


  Kurwa, to było trudniejsze niż mi się wydawało. Teraz niby powinienem wymyślić własne jedenaście pytań i nominować jedenaście osób z blogosfery. Problemy są tu dwa: pierwszy- nie wiem czy moja lista czytelnicza obejmuje jedenaście blogów. Drugi - po co?


  Teraz będę robił za tego nauczyciela, którym zostałem, bo naznaczono mnie jedenastką. Powiedz mi jedna z drugim i trzecie z czwartym - po co komu te wszystkie wyzwania? Niby w tym całym LBA, czy jak to całe gówno się nazywa, chodzi o promowanie tych mniej znanych blogów. Spoko, szanuję, propsowałbym. Tylko jak podpowiada mi czasem rozum, żeby pozwiedzać sobie trochę te podziemia blogosfery, takie, kurwa, kompletnie zapomniane lochy i widzę te wszystkie wyzwania, które mają na celu promocję tych mniej znanych blogów, to śmiać mi się chcę. NA GŁOS. Przykład w liczbach - blogjeka z dziesięcioma obserwacjami nominuje, UWAGA, mniej znaną blogjerkę, która ma obserwacji kilkaset (chyba, że obs/obs to chuj tam). Śmieszne. W chuj.


  Ogólnym zamysłem tworzenia i brania udziału we wszelakich wyzwaniach jest wypromowanie się. To samo jest na jutubach. Tylko tam jest to bardziej zjebane, bardziej hardkorowe, bo bardziej opłacalne. I smuci mnie to, że Świat nam upada. Że ktoś za pieniądze i bycie w jakimś tam stopniu rozpoznawalnym zmusza się do rzygania, nagrywa, wrzuca w internet i jest z siebie dumny. Godność, kurwa.


  Wiadomo, że jest jakiś procent wyzwań fajnych i przemyślanych. Do dziś bardzo szanuję pierwotny zamysł Ice bucket challenge, który po drodze gdzieś niestety zniknął i ludzie oblewający się zimną wodą zapomnieli, że tu chodzi o pomoc chorym ludziom. Na swoim prywatnym fejsbuku widziałem wyzwania moich znajomych, którzy wylewając na siebie wiadro wody z lodem nominowali inne osoby, dla których konsekwencją niewykonanego zadania nie było wpłacenie pieniędzy na jakąś fundację, a zakup alkoholu dla osoby wyzywającej.


  Postanowiłem sobie kiedyś, że nie będę się wybijał tanimi i tandetnymi zagraniami, bo to kompletnie nie ma sensu. Jak nie zjednam sobie ludzi ukrywając mordę i pisząc tylko jakieś głupoty, to tym bardziej nie uda mi się ta sztuka, jak mordę pokażę, narzygam do miednicy, nasypię soli na oko, czy wpierdolę żarcie dla psa.


  Nie wyzywaj. Przynajmniej mnie.

  Jak chcesz być na bieżąco to zaobserwuj mnie tam całkiem na dole. Albo wpadnij na fejsa. Albo na tłitera. O, tu:
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

środa, 22 czerwca 2016

Koś jak król.

   Przejebanie ciepło ostatnio. To znów letniak w tło (klik). Tym razem jeden z moich najulubieńszych letnich sztosów.
(Photo credit: Wonderlane via Foter.com / CC BY)
   Koszenie trawy to pozornie bardzo prosta czynność. Bierzesz kosiarkę i kosisz, conie. Gówno prawda. Chyba, że nie chcesz czerpać z tego żadnych przyjemności. Koszenie trawy to proces wymagający odpowiedniego przygotowania, podejścia i techniki. Chcesz wiedzieć co i jak? To czytaj dalej.

1. Sałndtrak.
  Dla mnie praktycznie każda czynność musi mieć odpowiednio dopasowaną muzykę. Czytanie, prowadzenie samochodu, przejazd autobusem, dawniej nawet zasypiałem przy konkretnych płytach - przy niektórych zaśnięcie było niemożliwe. Tak samo jest z koszeniem. Osobiście przy doborze sałndtraku do koszenia kieruję się dwoma kryteriami. Tempem i aktualnością. Aktualność jest prosta - koszę głównie przy muzyce względnie nowej, czyli tej, która wyszła w danym roku. Co do tempa to osobiście wolę kosić przy utworach szybszych, takich bardziej tanecznych. Czasem sobie coś zanucę, czasem wykonam jakiś niekontrolowany ruch biodrem. I zawsze głośno - tak, by w jakimś stopniu zagłuszyć dźwięk silnika. Na ten rok do koszenia trawy polecam nowe albumy Beyonce, Ariany Grande i Drake'a.

2. Strój.
  Szkół ubioru do koszenia jest kilka:
a) na długo - czyli długie nogawy, długie rękawy, wysokie buty i jeszcze jakieś rękawiczki do tego;
b) na krótko - czyli krótki spodzień, jakiś ti-szercik, na nogach trampeczki, czy inne abibaski;
c) na-GO prawie - czyli u facetów bez koszulki, u kobiet w samym cyckonoszu, do tego, albo mega krótkie spodnie, albo same majty i klapeczki.
Ja jestem zwolennikiem opcji drugiej z lekkim, oddolnym dorzuceniem opcji pierwszej. Szercik, krótkie spodnie i do tego nieśmiertelne Najki za kostkę (model Dunk High), które mam od jakichś siedmiu lat (są tak zdezelowane, że na miasto bym już w nich nie wyszedł, ale do koszenia są idealne). Góra zawsze jasna, najlepiej biała i z cienkiego materiału, a spodnie takie żeby sprzęt grający łatwo z kieszeni nie wypadł i za krótkie nie były, takie kończące się za kolanem maks. Jak jesteście wrażliwi na słońce to polecam dorzucić do tego jeszcze czapkę z daszkiem i okulary przeciwsłoneczne.

3. Kondycja psycho-fizyczna.
  Do koszenia to wyspać się trzeba na pewno. Bo na takim niewyspaniu to raczej chujnia z tego wyjdzie. Szybko się upierdolimy (w sensie zmęczymy), odechce nam się wszystkiego, strzelimy wszystko w pizdu i tyle z roboty. Pojeść też trza. Wiadomo, że nie tak do oporu, bo to trudno się ruszać jak bęben pełny. Zwykłe śniadanie wystarczy. Buła z serem albo szynką jest sztosem. Albo parówki. Kaca mieć nie można. Bo kac to gorzej niż na głodzie i na niewyspaniu. Bo kac to wyklucza wyspanie się i nażarcie się, a w dodatku to łeb (a nierzadko i mięśnie) boli, dźwięk kosiarki jest przerażający (bo na kacu to najcichszy dźwięk jest za głośny), rzygać się chce i trudno się otworzyć na świat. Jak masz kaca to lepiej z domu nie wychodź! Ogólnie to fajnie jest jak kosić Ci się chce i nie robisz tego z przymusu. Wtedy jest przyjemniej.

Bonus. Sprzęt.
  U mnie to zazwyczaj zwykła kosiara, którą pchać trzeba. Żyłkówek nie lubię, bo się cały upierdolę (w sensie ubrudzę) trawą i średnio wygodne to to jest.

   Do koszenia jesteśmy gotowi. To teraz kilka rad odnośnie samego procesu zwalczania zbyt długich źdźbeł.

   Kluczowe jest tu posiadanie oczu dookoła głowy. Zwykłe patrzenie przed siebie nie wystarczy, bo nigdy nie wiadomo, gdzie czai się jakiś kamień, konar czy inny pieniek, taki malutki, niewidoczny. Sam najczęściej wpierdolę się w ten ostatni, bo mimo świadomości, że są i mniej więcej nawet wiem gdzie się kryją, to i tak praktycznie zawsze na jakiś trafię i albo w niego wjadę i się zatrzymam, albo na niego najadę i zatrzyma mi się ostrze. Tak źle i tak niedobrze. Wjeżdżać w grubsze kawałki drewna też nie polecam, bo raz tak najechałem i po odbiciu się od ostrza rzeczona część przyjebała mi w piszczel. Niezbyt przyjemny ból. U babci na ogrodzie, gdzie równie często koszę, znajduje się masa krzoków, krzewów róż, czy najzwyklejszych haszczy, których nikt nie ruszał od lat. Przy koszeniu trawy na około tych róż, niejednokrotnie przypierdoliłem sobie kolczastą łodygą w dłoń, a jak cofam to wpierdalam się po kolana w pokrzywy. Taki jestem uważny kosiarz.

   Problematyczne bywają również miejsca, gdzie ziemia jest lekko grząska. Jedziesz sobie, jedziesz, kosiarka sunie jak po dywanie, zwłaszcza jak się jedzie taką z napędem, a tu jeb. Piasek, czy inne grząskie gówno. Zatrzymujesz się, sprzęcior się zakopuje i weź tu się z tym siłuj. Pchasz, to kosiarka wkopuje się jeszcze bardziej. Ciągniesz, to i tak będziesz musiał zaraz przejechać tym samym miejscem. Nosz kurwa, chujufka straszna.

   I najważniejsze! Nie śpiesz się. Nigdy w życiu się nie śpiesz. Jak się człowiek spieszy, to Woland się cieszy, czy jakoś tak. Im szybciej coś robisz, tym szybciej i bardziej się zmęczysz. Poza tym wzrost prędkości jest wprost proporcjonalny do poziomu niedokładności przy koszeniu, co oznacza powtórne przejazdy danymi odcinkami. W ogólnym rozrachunku to powolność jest tutaj kluczem. Powolność jest równa porządności. Chcesz być super kosiarzem? To się, kurwa, nie śpiesz.

   Koszenie trawy to wbrew pozorom naprawdę świetna zabawa. Dwie, może trzy godziny biegania z kosiarką raz na kilka(naście) dni to przyjemny i niewymagający wysiłek fizyczny, który nawet mi - wiecznemu leniowi - sprawia całkiem niezłą przyjemność. Koście trawę! Chyba, że mieszkacie w blokach i działek Wam brak to żałujcie, bo sporo tracicie!

Fejsbuki, tłitery:

https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

niedziela, 19 czerwca 2016

Jedź na festa.

   Jest ciepełko. Milka Oreło mi się topi na biurku, w dłoniach jeszcze bardziej, przez co palce lepią mi się do klawiszy i kartek w notatniku. Na taką pogodę trzeba zapierdolić pięknym letniaczkiem w podkładzie pod posta (klik).
(a sam se zrobiłem fotkę)
   Chwilę temu moja - jak to się pięknie mówi - koleżanka po fachu, niejaka Urocza Sherly, rzuciła wpisem na temat ludzi, co to na Juwenaliach się bawią (kliknij tu, a w magiczny sposób przeniesiesz się w cudowną krainę Lajfstajlu ironią płynącego, no i do rzeczonego posta). Ustosunkowałem się tam do jednego z punktów w komentarzu, ale cały czas cosik mi tu nie grało, czegoś mi tam brakowało. Sherly trafnie i stylowo - jak zwykle - wypunktowuje minusiki mniejsze i większe. A żeby nie było tak, że festiwale wszelkie i ludzie na nich to są takie złe, ble, fuj i chuj, to ja - dobry ziomek Kac - nie zdradzę Wam co w nich jest fajnego, ale chętnie dopomogę i napiszę co robić, żeby jeszcze fajniejszymi były. Aco!

   Moje wieloletnie doświadczenie koncertowo-juwenaliowo-festiwalowe nauczyło mnie, że one są spoko, a mogą być bardziej spoko, gdy:

1. Będziesz mieć otwartą głowę (i uszy).
Prosta sprawa. Jeśli wybierasz się na imprezę, która nie zamyka się na jeden gatunek muzyki - w przeciwieństwie do takiego festiwal muzyki aborygeńskiej przykładowo - to przejdź się na inne koncerty. W końcu już tam jesteś. Czy za bilet było płacone, czy też fest darmowym jest, to i tak już przekroczona została brama i depczesz ten trawnik. Nie każę Ci się wpierdalać od razu w tłum, broń Boże! Depnij dalej o kilka kroków, stań gdzieś za tłumem, a jak usiąść jest gdzie, to klepnij dupskiem o ten fragment ławki nawet i weź posłuchaj. To będzie nowe doświadczenie w Twoim życiu - nie musi być dobre, bo jak się nie spodoba to możesz przecież zmienić miejscówkę, przeczekać ten występ chlejąc browar w miejscu, gdzie muzyka nie dociera, a jak dociera to jest na tyle niewyraźna, że uszu aż tak nie drażni. A możesz też trafić na coś co Cię mocno zaciekawi. Warto mieć otwartą głowę (i uszy). Czasem.

2. Będziesz pomocnym człekiem.
Stoję w tłumie na Hip-Hop Kempie, Czechy, stare lotnisko w Hradec Kralove, przedostatni dzień całego festiwalu, późny wieczór, prawie noc. Klepie mnie ktosik w ramie. Odwracam łeb, patrzę, zerkam, filuje. Uśmiecha się do mnie typeczek niższy ode mnie o jakieś pół głowy (czyli niski, bo sam wysoki nie byłem nigdy), z blond dreadami do kolan (swoich, nie moich, czyli długimi bardzo) i wyciągniętą w moim kierunku dłonią wykonuje gest - palce lekko zgięte, kciuk poruszany góra-dół. Trawię myśli, przekminiam, czy typeczek chce ode mnie ognia, czy może mam to potraktować jako wyzwanie i chce się ze mną zmierzyć w walce na kciuki. Chuj. Wyciągam zapalniczkę, podaję mu - trafiłem. Wiedziałem już wtedy, że nie poprawię swojego dotychczasowego bilansu stoczonych walk (ani go nie spierdolę), co trochę mnie zasmuciło (a trochę ucieszyło). Humor zdecydowanie poprawił mi się momentalnie - Mały Dreadziarz oddaje mi zapalniczkę, którą trzyma w jednej dłoni, a w drugiej, również wysuniętej w moim kierunku, tli się kawałek zwiniętej bibułki. Warto pomagać. Czasem.

3. Dasz się oblać.
Mógłbym zacząć jak powyższy punkt, bo sytuacja miała miejsce dosłownie kilka(naście) minut później. Bujanko, koncert, wieczór, chlapnęło coś mi koło stopy. Mój Er Maks lekko się zmoczył, skarpetka też. Zerkam pod nogi - plastikowy kufel, lekka kałuża z piwa. No spoko, zdarza się. W ramie klepie mnie znów ktoś, odwracam głowę w odmiennym kierunku niż powyżej, dokładnie w tym, z którego prawdopodobnie komuś ten kufel wypadł. Typeczek, tym razem krótko ścięty, koszula w kratę, dość przyjazny wyraz twarzy, na którym malowało się poczucie winy. Gestykulując przeprasza mnie, zbijamy wysokie pięć, wyciąga w moim kierunku otwartą paczkę Marlboro lajt i kiwa głową żebym się częstował. Że ja człowiek, który papierosa nigdy (praktycznie) nie odmówi, to wziąłem. Aco! Warto dać się oblać. Czasem.

4. Poznasz nowych ludzi.
Będę monotematyczny - znowu Hip-Hop Kemp! Konkretniej to przesiadka w jakimś tam mieście i podróż powrotna do czeskiego Cieszyna pociągiem. Ścisk jak skurwysyn, ze znajomymi ledwo wcisnęliśmy się do wagonu, a konkretnie to do przejścia między dwoma wagonami. Ja przy drzwiach, kumpel w kiblu, reszta gdzieś tam. Z nami dość spora grupa ze Śląska, chyba z Katowic. Razem z pociągiem ruszyły wspominki z poprzednich dni, wymienianie się doświadczeniami i rady na przyszłość, że lepiej dorzucić trochę pieniędzy i kupić VIPa, bo kible czystsze i kolejki pod prysznic krótsze, że to piwo w Kauflandzie lepsze od tamtego. Na plecakach został wystawiony blat, karty poszły w ruch, makao było grane. W międzyczasie do naszego międzywagonia wdrapała się Pani Czeszka, na oko po pięćdziesiątce, a ja, jako dobry ziomek Kac, pomogłem jej wciągnąć do środka wielką walizę. Pani Czeszka usadowiła się tak, że blokowała mi dostęp do naszego prowizorycznego stolika, więc podawałem jej karty, a ona kładła je na blat. Dzięki Pani Czeszko, razem wygraliśmy rozdanie! O tym, że podań było więcej zaświadczyć może mały czeski chłopczyk, któremu szczać się chciało bardzo, przejść z matką nie miał jak, więc nasi nowi śląscy znajomi podawali go sobie z rąk do rąk, aż trafił do kibla, w którym stało dwóch dość postawnych typów. Wyjść nie wyjdą, bo nie mieli jak, więc mały czeski chłopczyk musiał wyszczać się przy nich. Szło mu to opornie i podejrzewam, że przez lekkie wkurwienie jeden z kiblowych okupantów rzucił niezbyt przyjemne "LEJ, KURWA!". Chyba pomogło, bo po chwili mały czeski chłopczyk, z rąk do rąk, trafił do swojej matki. Beka straszna, do dziś morda mi się cieszy jak sobie przypominam ten powrót. Warto poznawać nowych ludzi. Czasem.

   Punktów mogłoby być tutaj zdecydowanie więcej, ale jestem leniwym leniem, poza tym po co zdradzać wszystko co dobre, skoro sami możecie odkryć więcej? To tak jak ze zwiedzaniem nowych miejsc - nawet najlepszy przewodnik nie zdradzi (albo nawet nie zna) wszystkich dobrych miejscówek, więc śmigajcie po festiwalach, bo warto kolekcjonować wspomnienia. Czasem.

   Do następnego razu!

  Sosial midja:

https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

środa, 15 czerwca 2016

Cząstki książki.

   Z racji, że jestem leniem i nie piszę tekstów z dużym wyprzedzeniem to muszę Was uraczyć czymś starszym, odgrzebanym z czeluści mojego dysku i stron magazynu Ad Astra (klik). Bo czasu teraz nie mam, a nie chcę Was zaniedbać. Mimo że staroć i kiedyś podrzucałem już do niego link w formie elektronicznego wydania naszej studenckiej gazety, to uważam, że warto go odświeżyć.

(foto zajebałem z Ad Astry)
   Każdy z nas ma taką postać książkową, z którą się utożsamia. No nie zaprzeczysz przecież, że nie masz, nie? Albo zaprzecz, nie ważne. Czy to Mały Książę, bo zajawka została od podstawówki (czy kiedy to się tam przerabiało tę książkę), czy raczej ktoś o zupełnie innych cechach, taki Henry Chinaski (często główny bohater utworów C. Bukowskiego, prawdopodobnie jego alter ego) na przykład. Czasem nawet nie mamy świadomości, że utożsamiamy się z jakąś postacią. Ale wiesz co? To widać. Nie zawsze, ale są takie przypadki, gdzie naprawdę to widać.

   Weźmy taką przykładową Anię*. Nasza Anula na co dzień to „dobra” córa, pomaga mamie przy garach, mopem ściera podłogę, szmatą czyści półki, wyciera rodzinne pamiątki i wszystko, bo musi, nie ma wyboru, chcesz mieć spokój to to rób i siedź cicho. Na studiach idzie jej nieźle, ale to nie to jest ważne tak naprawdę. Chodzi o to, że Ania na korytarzach uczelni jest mijana zupełnie tak, jakby nikt jej nie zauważał. Nie przyciąga wzroku żadnego typka, nawet tego o niskich wymaganiach, zupełnie jakby nie istniała. Wszystko się zmienia w czwartek po zajęciach. Wraca taka do domu, zatuszuje swoje niedoskonałości, zaszpachluje to co trzeba, nałoży podkład, lakier, utrwalacz, zaczesze niesforne kosmyki tam, gdzie ich miejsce, zerknie jeszcze na fejsika czy przypadkiem któraś z jej koleżanek się nie wykruszyła i lecą w kluby. I tam się zaczyna prawdziwa bajka. Nasza Ania – połączenie brzydkiego kaczątka i Kopciuszka w jednym. Kobieta nie do poznania, prawdziwa księżniczka, tylko te trochę pokraczne ruchy zostały. Po welcome drinku jest lepiej, bo ma na co zwalić to, że lekko się chwieje. Później prosta akcja - baunsy, drink, baunsy, drink, podbija Majk...

   Michał, dla ziomeczków Majk/Majkel, to taki chłopaczyna z „dobrego” domu. Wyznaje zasadę „za hajs starszych baluj”. Za to, że dostał się na studia rodzice sprawili mu skromniuteńkie mieszkanie, a od osiemnastki jeździ białą beemką eM-piątką, trzecią beemką, bo dwie poprzednie rozbił albo zajeździł tak, że naprawiać się nie opłacało (bo po co jak ojca stać na nową?). Taki Książę na/w białym rumaku. Właśnie rozpoczął czwarty kierunek, z trzech poprzednich wylatywał po pierwszej sesji, ale rodzice nadal dumni, bo przecież syn studiuje. Majkiemu żadna kobieta nie może się oprzeć i nie chodzi o pieniądze (wcaaaaaaaale), bo Michał to przecież przystojniak. Tak samo jest z naszą znajomą, Aneczką.

   Jak wielkie było zdziwienie Ani, kiedy to Majkel podszedł do niej i zaproponował wspólny taniec, a później drinka. Odziany w białą koszulę, dżinsy i czerwone zamszowe mokasyny z najnowszej kolekcji Ralpha Laurena, bez skarpet. Do tego zestawu dorzucił starannie ułożoną fryzurę i spsikał się „Jednym Milionem” baj Paco Rabanne. To nie to co koledzy Ani z roku, kraciaste koszule, od których na kilometr czuć czarnego Adidasa, a włosy błyszczą się jakby dopiero wyszli z kuchni ze smażalni w Mielnie, w środku sezonu, w godzinach szczytu po dwóch zmianach.

   Ania i Majkel razem bawią się świetnie. Dziewczyna pije modżajto jedno za drugim, jej adorator, klasycznie, powoli sączy czerwonego Johnniego Walkera z colą i trzema kostkami lodu. Stojąc przy barze, rozmawiając i popijając napoje nie zwracają zbytnio uwagi na to co dzieje się w klubie. Obok nich, na stołku barowym siedzi Heniek (Chinaski), zeruje trzeci kufel piwa w przeciągu pięciu minut i w niewybredny sposób zaczepia kelnerki. Gdzieś w loży siedzi koleżanka Ani, drobna brunetka o jasnej karnacji, przy której zawsze kręciło się kilku młodszych absztyfikantów. Od piaskownicy wołają na nią Śnieżka. Tym razem zagaduje ją jakiś starszy facet podsuwający jej pod nos popularną „Szarlotkę” (żubrówka + sok jabłkowy), co do niej dodał wie tylko on sam. Na parkiecie największe zainteresowanie wśród mężczyzn wzbudza Izka (Łęcka) co ewidentnie na podoba się innej z dziewcząt, France („Cham” E. Orzeszkowej), która od dłuższego czasu pragnie naprawdę konkretnej zabawy. Jeśli chodzi o zabawę to król jest tylko jeden – Piotrek, kumpel Majka, od zawsze bardziej infantylny od reszty rówieśników, żyjący marzeniami, bujający w obłokach, a raczej kłębach gęstego dymu, wiecznie w zielonej (przypadek?) bluzie-kangurce, której kieszeń służyła już nie raz.

   Problem zaczyna się w momencie, w którym odzywa się telefon Ani. To alarm, który przypomina jej o odjeździe ostatniego autobusu w kierunku jej domu. Dobrze wie, że nie może zostać dłużej, mimo wieku dziewczyny, matka traktuje Anulę jak małolatę, każe jej wracać do domu przed północą i podchodzi do wychowania najmłodszej z córek bardzo surowo. Wstydzi się wytłumaczyć Majkowi dlaczego musi już wyjść, więc w momencie, w którym chłopak traci ją na chwilę z oczu wybiega z klubu gubiąc pierścionek, pamiątkę po babci. Zadowolony Majkel, dzierżąc w dłoni kolejną porcję whisky z colą, odwraca się do, jak myśli, Ani, ale okazuje się, że jej nie ma. Odnajduje on zgubę dziewczyny i chowa do kieszeni swoich super-modnych, przetartych dżinsów.

   Rano, kiedy każdy obudzi się z większym lub mniejszym kacem, w swoim, lub nie koniecznie swoim łóżku skończy się bajka. Ból głowy i wyschnięte gardło przypomną o porannych wykładach, kolokwiach, ćwiczeniach. I tylko pierścionek nie da zapomnieć Majkelowi o wczorajszej nocy... W sumie mógłby jej poszukać, napisać na „Spotted: PWSZ Nibylandia” całą historię i odnaleźć swoją Księżniczkę Jednej Nocy, ale po co, skoro dobrze wie, że mógłby mieć takich jak ona na pęczki.

   Po drugiej stronie miasta budzi się Ania. Jest świadoma tego, że zgubiła pierścionek i nigdy go nie odzyska, bo nawet jeśli usłyszy o poszukiwaniach Majkiego, sama nie odważy się do niego odezwać, nawet przez fejsa, a sam, choć mijają się codziennie w murach uczelni, jej nie pozna, bo na co dzień nie wygląda tak olśniewająco jak wczorajszej nocy...

   Przy czytaniu kolejnej książki, lub wspominaniu którejś z tych już przeczytanych, spróbuj w niej odnaleźć siebie. Może nie będzie to aż tak konkretne porównanie, ale wszędzie możesz odnaleźć cząstkę siebie. Ja znajduję swoje kacowe cząstki praktycznie w każdej z książek, które czytam. Może podobnie jest w Twoim przypadku? Do następnego razu.

*Zbieżność imion zupełnie przypadkowa, to samo w przypadku pozostałych postaci.
  
Soszal midja:
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

sobota, 11 czerwca 2016

Januszada 2016.

  Jak to piszę to za nieco ponad godzinę rozpocznie się EURO 2016. Muzyka pod posta (klik).
(Photo credit: wonker via Foter.com / CC BY)
   JAK JESTEŚ KOBIETĄ I UWAŻASZ, ŻE ŹLE TRAFIŁAŚ TO UWIERZ, ŻE TRAFIŁAŚ DOBRZE. ZOSTAŃ I CZYTAJ!

   Od jakiegoś czasu w internecie, głównie na fejsbukach dość często pojawia się masa typowo januszowych memów, tekstów i innych gówien, szczególnie takich piłkarskich. Bo reprezentacja, bo EURO, bo stereotypy, bo można. No i przez najbliższy miesiąc się raczej tego nie pozbędziemy.

   Przy okazji każdego większego turnieju, eliminacji, czy nawet towarzyskich meczów reprezentacji Polski poziom internetowej Januszady wzrasta. Bo w sumie to cały kraj się jednoczy, ogląda, kibicuje, komentuje. Tych komentarzy jest od zajebania. Głównie tych bekowych, które pojawiają się w formie wspomnianych wyżej memów. Boli tylko to, że jak Polacy rozpierdalają jakąś średnią drużynę to jest zajebiście, wszyscy się cieszą i w ogóle kutasy sterczą, a jak zremisują, albo - nie daj borze (sosnowy) - przegrają to nienawiść się szerzy, Janusze wyklinają piłkarzy, trenera, sędziego, siebie nawzajem, Świat, wszystko.

   Przyznać szczerze muszę, że obecnie mamy świetną reprezentację. No najlepszą za mojego życia dotychczasowego i zaprzeczyć temu się nie da. Nasi piłkarze prezentują całkiem wysoki poziom, a czołowe ligi, w których kopią piłkę pozwalają im ten poziom ciągle podnosić. Oglądając filmy na kanale Łączy nas piłka można zauważyć, że reprezentacja Polski to drużyna z prawdziwego zdarzenia, bo w piłce nożnej nie jest ważna tylko sama gra, ale i atmosfera. Ta u nas jest przejebanie dobra. I ja jestem zdania, że jak nic się nie spierdoli to najlepsza ósemka tego turnieju jest jak najbardziej osiągalna.

   W polskiej piłce reprezentacyjnej zauważalna jest niestety pewna powtarzalność, takie błędne koło. Bierzemy nowego selekcjonera, kraj się cieszy, jest nadzieja na rozjebanie świata piłkarskiego. W eliminacjach idziemy jak burza, całkiem nieźle radzimy sobie z drużynami z naprawdę wysokiej półki, tej, gra wygląda naprawdę przyjemnie, awansujemy na wielki turniej. Mistrzostwa się zbliżają, nadzieje rosną. Polska czornym kuniem. Tak mogło być na Mistrzostwach Świata w 2002, 2006, na Euro 2008. Na ostatnim Euro nie wyszliśmy z łatwej grupy, w dodatku u siebie. Nosz kurwa. Trener do wymiany, Franek wypierdalaj, jesteś chujowy, przez dwa lata grałeś sparingi, a granie sparingów jest do dupy. Beenhakker wcześniej dojebał do pieca - gość z zagranicy, który prowadził wielkie drużyny, typ, który zna się na rzeczy, uczył się naszego języka, czym pokazał, że mu zależy, a jego reprezentacja dała dupy na EURO, a później w kwalifikacjach do Mundialu w RPA - Leo wypierdalaj, jesteś chujowy. Ostatnio Fornalik, który był wówczas objawieniem polskiej trenerki nie zakwalifikował się na Mundial w Brazylii, mimo dość łatwej grupy, w której wszyscy byli do odjebania, za wyjątkiem Anglii - Waldek wypierdalaj, jesteś chujowy.

   Nawałka - opcja była podobna jak z Fornalikiem. Odjebał kawał dobrej roboty ze średnim Górnikiem Zabrze, choć i wcześniej był całkiem niezłym trenerem. Dostał szansę od Bońka, której nie spierdolił (jak na razie). Do ostatnich sparingów był wychwalany i uwielbiany. Po ostatnich meczach towarzyskich się to trochę zmieniło i reprezentacja zbiera opierdol, bo przejebała z Holandią, która z Brazylii przywiozła brązowe medale, a nie zakwalifikowała się na Euro. Do tego remis ze słabą Litwą i włączył się Januszom tryb buntownika. Podejrzewam, że nawet jeśli Polacy na Euro dadzą dupy to Adaś posadę zachowa. Zbigniew to nie jest Lato, czy Listkiewicz, a Nawałka to nie jest ani Smuda, ani Fornalik. Ja tam w sumie wierzę, że za półtora tygodnia nie rozlegnie się w całej Polsce krzyk "Adam wypierdalaj, jesteś chujowy", ale Janusz to Janusz. Janusza nie zrozumie nawet Grażyna, mimo że żyje z nim pod jednym dachem od ponad trzydziestu lat.

   Załóżmy, że Polska z grupy wychodzi, z drugiego miejsca. Według moich przypuszczeń trafiamy na Rumunię lub Szwajcarię - drużyny, z którymi powinniśmy sobie bez problemu poradzić, ale odpadamy. Janusze nienawiści mołd on - Adam... wiadomo co. Albo wygrywamy. Przechodzimy dalej. W kolejnej rundzie trafiamy prawdopodobnie na Hiszpanię. Tu już będzie przeciwnik zdecydowanie trudniejszy - odpadamy na sto procent, Adam... wiadomo co. Mimo prawdziwej walki. Bo to nie jest zależne od tego z kim wygramy, przegramy, w której rundzie odpadniemy. Tak będzie. No chyba, że Polska mistrzem Polski. Tfu, Europy.

   Janusz jest nieprzewidywalny. Tak samo jak i cała piłka nożna. Możemy znów rozjebać Niemców, ale przejebać z Ukrainą i Irlandią Północną, i chuj bombki strzeli. Ja z takim jednym Januszem czasem mecze oglądam, a czasem to i z dwoma - jak i mi się włączy tryb Janusza. Bo Janusz siedzi w każdym facecie, który mecze ogląda, więc Kobieto Najdroższa, jak masz chłopa co się piłką jara to odpuść mu na ten miesiąc, przymknij oko, obserwuj z boku popijając modżajto i śmiej się pod nosem, bo Janusz to śmieszny zwierz sezonowy, którego nie każdy ma możliwość obejrzeć.

   Dobra, idę oglądać otwarcie EURO, a Januszada niech się kręci. Naaaaaaaara.

  Soszal midja: 
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

środa, 8 czerwca 2016

Książki na Kacu: Odwrotniak.

   Praktycznie zawsze jak czytam to w tle, czy na słuchawkach leci mi jakaś muzyka, niekoniecznie spójna z daną książką. Właśnie tak było w tym przypadku - kliknij tu a przekonasz się przy czym czytałem Odwrotniaka. No i przy okazji muzykę pod posta będziesz mieć.
(zdjęcie ja, okładka: wab.com.pl)
   Pewnie wyjdzie na to, że sam kupuję tylko tanie książki, a te droższe pożyczam od znajomych. Odwrotniak to kolejna Książka na Kacu, która została mi użyczona. Co ciekawe - od tej samej osoby, co w przypadku Szacunek ulicy. Przypadek?

   Odwrotniak jest drugą książką Jakuba Małeckiego w moim czytelniczym dorobku i najprawdopodobniej nie ostatnią. No ale dobra, od początku. Guglam Pana Małeckiego. Fajnie, ma swoje hasło na wiki. Czytam. Kilka książek na koncie, w 2011 Twórca Roku fantasy, nominowany do jakiejś nagrody za Dżozefa (którego w sumie mógłbym umieścić w KDD, ale zamysł jest taki, że będę pisał tylko o książkach czytanych na bieżąco, a nie kiedyś tam), no i młody chłop. 33 lata (jak ktoś czyta to po 24 czerwca to już 34).

   Ukradnę opis ze strony wydawnictwa (wab.com.pl):
"Narracja oparta na dwóch historiach, które dzieją się równocześnie. Przeskoki z jednej opowieści w drugą następują w momencie, kiedy jakiś przedmiot lub wydarzenie łączy obie historie. Powieść zaskakująca, przewrotna, trzymająca w napięciu.
Czy losy dwojga ludzi żyjących w różnych czasach mogą splatać się i przenikać nawzajem? Czy ze strachu przed światem można żyć tak, jakby się nie żyło? I czy miłość i nienawiść to na pewno dwa różne uczucia?
Izabela Grycz poczuła, że żyje, dopiero wtedy, gdy w 1946 roku poznała malarza z kulą w głowie. Teraz, u schyłku życia, za wszelką cenę próbuje wygrzebać ze szwankującej pamięci wspomnienie tego, jak zgasł tamten płomienny romans."

  To wiemy, że mamy dwie historie. Dwoje ludzi. Izabelę Grycz, lat 91, aktualnie pomieszkuje w Gdańsku i przez problemu zdrowotne nie wychodzi z domu. Bo jak przejdzie dłuższy kawałek to się jej robi słabo. Nie dość, że przy chodzeniu się jej słabo robi to jeszcze coraz słabiej widzi. Drugą osobą jest Ignacy Korzeń, Ignaś, wnuk Pani Izabeli, lat nie-pamiętam-ile (albo chyba nawet nie podawali, albo mi się liczyć nie chciało i przez to zapomniałem, ale chyba nadal studiuje albo jest niedużo po studiach), jeśli pamięć mnie nie myli to pracownik korporacji i malarz. Można, a nawet to chyba trzeba uznać go za introwertyka. Rzadko chodzi na imprezy, a miłość swojego życia fotografuje i wypisuje do niej listy, których nigdy do niej nie wysyła. W sumie to nawet się nie znają.

  Co łączy Izabelę i Ignacego? No oprócz tego, że są rodziną i oboje nie mają kontaktu z rodzicami mężczyzny to w sumie sporo. Między innymi to, że oboje nie wychodzą z domu i oboje kochają albo nienawidzą. To ostatnie jest trudne do zdefiniowania. Albo i nie.

  W skrócie: Izabela wspomina swoją młodość, ale w pewnym momencie odczuwa swój wiek i to, że pamięć już zawodzi. Chce sięgnąć po powieść (jej tytuł to Odwrotniak), w której zapisała swoją historię, ale z racji słabego wzroku nie może czytać. Ignacy w tym czasie poznaje Adę - obiekt swoich westchnień. Trzeba przyznać, że wszystko pięknie ukartował. Najpierw poznał ziomeczka, ziomeczek zaprosił go na imprezę w akademiku, a tam była Ada. Ignacy poprosił ją o rozmowę, ale tam szlag trafił wszystko. Bo Ignacy ułożył sobie w myślach to, jak miałaby ta rozmowa wyglądać, ale nie spodziewał się, że Ada przejmie inicjatywę i już na początku powie mu, że raczej nie ma u niej szans. Trochę odkuł się opowiadaniem wymyślanych na poczekaniu historyjek. Może zarucha. Zaspojleruję - nie zarucha, przynajmniej na razie. Bo Ada spada (HEHE) z imprezy, ale po jakimś czasie umawiają się na randkę. Było spoko, jest nadzieja. Ignacy dostaje smsa od matki żeby przyjechał - zwęszył od razu coś podejrzanego i się nie mylił. Przy okazji dzwoni do babci, że będzie w okolicy to może wpadnie na chwilę. Babcia mówi mu o tym, że lupa by się przydała. Wnuk wpada do Izabeli, rozmawiają, Izabela nie dostaje lupy, bo Ignacy zapomniał, że ją ma i babci jej nie dał.

  Więcej nie ma co chyba streszczać, bo reszta to już bardziej kluczowe rzeczy, a jak ktoś sięgnie jednak po tę książkę to się mocno nadziwi. Bo to taka książka jest. Dziwna. Ale jednocześnie świetna. Odwrotniak mocno zaskakuje. Zakończenie jest mocno niejednoznaczne. Ta pozycja w zasadzie nie kończy się raz. Kończy się ze dwa, trzy razy. Także jak, Czytelniku, sięgniesz i poczujesz, że to już koniec to się nie nastawiaj, bo to nie będzie koniec. Przynajmniej za pierwszym razem.

  W necie spotkałem się z masą wpisów, że historia jest chujowa. Nie jest, jest świetna. Jest pierdolonym majstersztykiem. Rozumiem, że nie każdy jest w stanie docenić jej fenomen, bo to nie jest prosta powieść. I pod względem historii, i pod względem przekazu, i pod względem języka. Odwrotniak nie jest jednoznaczny, nie jest prosty, nie jest napisany tak jak mój blog. Tam znajdziesz kilka den, zawiłości i poetyckość. Panie Małecki - szapoba. Przy najbliższej okazji Odwrotniak ląduje na półce i biorę się za poszukiwanie pozostałych książek autora.

   Ocena:
(źródło zdjęcia oryginalnego: nexusmods.com)
   Socjalki:
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0