sobota, 30 kwietnia 2016

Książki na Kacu: Szacunek ulicy.

   Stresuję się jak niewiemco. Przeczuwam falę hejtu z tej książkowej części blogosfery, ale co tam. Muzyczka (klik).
(zdjęcie moje, okładka: wsqn.pl)   
  W sumie to książka Fiftiego zaciekawiła mnie już ze dwa lata temu, kiedy to zobaczyłem ją pierwszy raz w MM na stanowisku ze słuchawkami sygnowanymi ksywą Curtisa. Ale bałem się. Bo nie wiedziałem jak Te rapery piszo prozę. Po Re:tuszu Kuby Witka stwierdziłem, że Te rapery to w sumie potrafią pisać prozą, więc postanowiłem, że przy najbliższej okazji sprawdzę Szacunek ulicy. No i natrafiła się taka okazja, bo mój znajomy kupił za mały pieniądz, przeczytał, pożyczył, przeczytałem, piszę.

   Przeglądając liczne blogi książkowe zaczerpnąłem trochę informacji co i jak. Teraz przydałoby się nakreślić historię. Albo wrzucić opis od wydawcy. Opis od wydawcy mi się średnio podoba, więc uwaga, nakreślam.

   Jest Buła. Buła ma trzynaście lat. I ten Buła musi chodzić do Pani pedagog, bo wpierdolił swojemu, wydawałoby się, najlepszemu ziomeczkowi. Buła ma mamę. Buła ma tatę. Państwo rodzice Buły są rozwiedzeni. Buła na co dzień mieszka z mamą na przedmieściach. Buła jeździ od czasu do czasu na łikend do ojca, do Nowego Jorku. Buła jest zakochany w takiej jednej dupeczce, co ma na imię Nia. No i po tym jak Buła napierdolił swojemu ziomeczkowi to zostaje przyjęty do paczki i ma wtedy nowych ziomeczków, a ta dupeczka się na niego śmiertelnie obraża. No i tyle. A, no i nie wiem czy to ważne, ale wszyscy bohaterowie, którzy się tam najczęściej przewijają są czarni. Oprócz Pani pedagog.

   Ja wiem, że będę teraz niemiły, ale lubię. Na początku wydawało mi się, że ta książka będzie napisana tak jak ten powyższy opis, ale w sumie to skończyło się na bardzo miłym zaskoczeniu, bo jest lepiej. O wiele lepiej. Historia jest opowiedziana typowo potocznym językiem. Najostrzejsze słowa to "zajebiście" i "srać", a spodziewałem się mocniejszego języka po tej pozycji. Może mam stereotypowe podejście do raperów, nie wiem, nie zaprzeczę, choć rapy towarzyszą mi praktycznie dzień w dzień. Ale skoro to książka, która w pewnym stopniu ma przestrzec małolatów przed byciem pseudo gangsterami to w sumie dobrze, że język jest taki, jaki jest.

   Historia jest w sumie spoko. To taka opowieść o tym jak młody buntownik dostaje kopa w dupę od życia za to co robi, po czym powoli dorasta i zaczyna rozumieć, że jego życie powinno wyglądać trochę inaczej, jeśli chce być szczęśliwym człowiekiem. Tak po prostu. Trochę banalnie, ale konwencja, jaką obrał sobie autor, a raczej autorzy - bo Fifti nie napisał tej książki sam, a z małą (choć nie wiem, czy przypadkiem nie dojebanie wielką) pomocą Pani Laury Moser - nie jest taka banalna i nudna. Umiejscowienie fabuły na amerykańskim przedmieściu to w sumie strzał w dziesiątkę, widać, że w takich klimatach autor czuje się najlepiej. Jestem w stanie uznać, że książka nawet wciąga. Mnie wciągnęła. 318 stron w jedno popołudnie z przerwą na krokiety to jak na mnie zajebisty wynik. Choć te 318 stron to lekka przesada, bo jakby to skompresować, zmniejszyć odrobinę czcionkę i interlinię oraz pozbyć się pustych stron między rozdziałami to byłoby tych kartek góra 250.

   Postacie są bardzo dobrze wykreowane. Z Bułą się trochę utożsamiam i sporo nas łączy, mimo że nigdy nie napierdoliłem żadnemu swojemu ziomeczkowi. Mama Buły to taka typowa matka, która zapierdala żeby nie mieć problemów finansowych, a syn tego nie docenia (do czasu), w dodatku nie lubi jej kumpeli z roboty. Ojciec w oczach dorastającego syna jest Bogiem, a tak naprawdę to jest tragicznym wzorem. Chłopaki z paczki podobnie jak i ojciec - przez cały czas miałem wrażenie, że główny bohater kompletnie do tej grupki nie pasuje. Nia, czyli ta dupeczka co podoba się Bule, to chyba najbardziej ogarnięta postać w książce. No, nie licząc Pani pedagog, ale taka to raczej musi ogarniać życie, conie.

   Zrobię teraz mały spojler, ale muszę rzucić dwoma cytatami, które mi się mega spodobały i genialnie odwzorowują myślenie trzynastolatka o dziewczynach. Jak byłem mniej więcej w jego wieku to miałem w sumie całkiem podobne podejście.

Cytat pirszy, przydługi mocno: "Mogę powiedzieć jedną rzecz na temat bycia grubasem: ma to swoje plusy. Większość dziewczyn nie zwraca na ciebie uwagi albo się wyśmiewa, ale te fajne, jak Nia, są naprawdę miłe, nawet jeśli wynika to tylko z tego, że nie widzą w tobie zagrożenia, które dostrzegają w innych chłopakach. Nie boją się rozmawiać na tematy, których w życiu nie poruszyłyby z chłopakami, którzy im się podobają." (mistrzom dedukcji gratuluję, jeśli odgadli po tym cytacie, że Buła nie jest atletą)

Cytat drugi, krótki: "Tak samo miło było z nią rozmawiać, co milczeć. Z Nią u mego boku po prostu było miło i już."

   Kurwa, czyż to nie jest słodkie?! Jak nie słodziłem herbaty w ogóle, tak teraz nie będę słodził jej jeszcze bardziej (choć jak jest ciepło to praktycznie jej nie piję). A pod koniec książki to poczułem, że się wzruszam. Naprawdę. Taki wrażliwy chłopczyk ze mnie, aco!

  Zrobiłem dziś mały risercz w internetowych księgarniach i tę pozycję można kupić już za dychę. To niewielkie pieniądze, a naprawdę warto zdobyć i przeczytać. Chyba, że znajdziecie gdzieś w bibliotece (których nie lubię mocno), albo będzie miał ktoś ze znajomych i pożyczy. Szacunek ulicy serio daje do myślenia i żałuję, że nie przeczytałem jej wcześniej - tak gdzieś z 4-5 lat przed tym jak w ogóle została wydana w Stanach (2011), bo w Polsce to już w ogóle (2014). Bo to w sumie książka typowo młodzieżowa, ale nawet taki stary buc jak ja wyniósł z niej całkiem sporo. Uniwersalny przekaz, taki lubię. No i w sumie życie młodych Afroamerykanów jest podobne do życia młodych Polaków. Tylko jakieś takie, nie wiem, mocniejsze, konkretniejsze. Ale schemat ten sam. Bunt, kara, wnioski, dojrzewanie. Tak jest.

  Tytuł mi w sumie średnio pasuje. Już lepsze byłoby chyba dosłowne tłumaczenie oryginalnego Playground. Choć z drugiej strony ten Szacunek ulicy brzmi trochę prześmiewczo, jakiś taki zbyt poważny mi się wydaje, ale jest nawiązanie do polskich rapów, więc może tym tropem poszła Pani tłumacz. Można wybaczyć.

  Zastanawiałem się w sumie od jakiej pozycji powinienem zacząć cały cykl książek na Kacu i cieszę się, że padło akurat na Szacunek ulicy. Czuję, że to dobry początek dla owocnych działań. No i na dole jeszcze moja ocena w kacowej skali. Maks to dziesięciu kolorowych Zachów, więc tragedyji nie ma. A całkiem na dole reklama, bo mało Was tam. No i całkiem najniżej się żegnam.

(źródło zdjęcia oryginalnego: nexusmods.com)
Obserwacje poniżej.

  Pa, Kacątka.

sobota, 23 kwietnia 2016

Gdybym był...

(źródło zdjęcia oryginalnego: dailymail.co.uk)
   Na wstępie muszę napisać, że łazienki to genialny wynalazek. W łazience jakoś lepiej mi się myśli. W łazience do głowy przychodzą mi głównie te dobre pomysły. Takie kluczowe. Nie muszę nawet siedzieć na kiblu, po prostu wystarczy jak tam jestem. Umysł mi się otwiera. Pomysł na tego posta powstał podczas szybkiego szluga w łazience, przed chwilą. Siriusli.

   Czasem lubię sobie pogdybać. Tak o, bez celu większego. Bo mogę. No i czasem jak tak sobie gdybam to przychodzą mi do łba dziwne rzeczy. Przykładowo, co gdybym był kobietą? Nie tak jednorazowo. Jakbym się urodził kobietą i był nią całe życie. No i tak gdybam.

   Podejrzewam, że bym się nie malował. Przeczuwam, że by mi się nie chciało, tak samo jak mi się nie chce golić mordy. Poza tym, kurwa, ja nie mam nerwów do takich rzeczy. Jak tak czasem się zgubię w internecie i przeglądam jakieś blogi czy jutuby urodowe to jestem pod wrażeniem skillsów tych kobiet. Serio, dziewczyny. Jak Wy to robicie?! W sumie to też szkoda by mi było pinionszków na te wszystkie malowidła... Za co ja bym sobie miał wtedy kupować szlugi, książki i płyty? Podobnie z ubraniami. Przecież Wy macie pełne szafy, a ja? Góra kilkanaście koszulek, kilka koszul i bluz, do tego po trzy pary spodni i butów, dwa paski i jeden zegarek. Tour de Szafa Kaca uważam za zamknięty.

   Z drugiej strony dobrą opcją byłoby się dowiedzieć jak czujecie i myślicie. Wiadomo, że płeć ma tutaj niemałe znaczenie. Kobiety są podatne na inne bodźce niż faceci. Przykładem są tu chociażby pieszczoty. Każdy facet się pewnie spotkał z jakimkolwiek "kierowaniem" przez partnerkę. To tu pocałuj, tu pogłaszcz, tu lekko możesz ugryźć, a tu nie tykaj mnie w ogóle. Bo się źle skończy. Żodyn z nas nieomylny w tej kwestii nie jest. I nigdy nie będzie. Choć zdarzają się przypadki, że kobieta ma miejsca erogenne prawie na całym ciele to trzeba mieć jakieś wyczucie przecież, CONIE. Zajebiście mnie też ciekawi co Wam w głowach siedzi. Bo na pewno inaczej myślimy. I to zdecydowanie inaczej. Już samo to stereotypowe rozróżnianie kolorów o tym świadczy. Dla mnie świński róż to taki trochę ciałowy kolor, a w życiu nasłuchałem się, że to taki jaskrawy różowy. I nie wiem, kurwa, kto ma rację i czy w takim razie z moim zmysłem estetycznym wszystko spoko.

   Słownie mi nie wytłumaczy nikt jak to jest być kobietą, a ja w sumie to bardzo bym chciał wiedzieć jak to jest, doświadczyć tego. No i pobawić się swoimi cyckami. Chyba, że by mi nie urosły. To bym się nimi nie pobawił. No i chciałbym ogarnąć czemu kobiety nie chodzą do łazienki solo...

   A z drugiej strony to wolę chyba zostać sobą i żyć w niewiedzy. I nie rozumieć do końca kobiet. No. Tak jest chyba lepiej, nie? Takie tajemnicze przez to jesteście...

   Wróciłem sobie dziś do korzeni i post przyjebałem na kacu. Licencjat mi dziś kompletnie nie szedł to chociaż posta sobie trzasnąłem. A co! Lajk wiadomo gdzie (tu). No i sprawdź pozostałe posty, bo są spoko. Podobno. No i z racji, że kiedyś coś o kobietach już tu było to podrzucam linka, o (klik).

środa, 20 kwietnia 2016

Książki na Kacu: Ty czytasz?!

   Potraktujmy ten wpis jako małe wprowadzenie do nowych rzeczy u mnie. Muzyczka taka, bo mi się przypomniała, a uwielbiam ten numer (klik).
(źródło zdjęcia oryginalnego: lettersofnote.com)
   Czytam. Bo są ludzie, których to naprawdę dziwi. Podejrzewam, że i kogoś z Was, moje czytelniki, moje Kaconatorsiki, może zdziwić. Bo nie wyglądam. Bo moja stylówa średnio na to wskazuje - nie to, że wyglądam jak debil (choć może coś w tym jest), ale chodzi o to jak pisze. A pisze specyficznie trochu. Znaczy jak sam siebie czytam to się zastanawiam czy ten typ przeczytał w życiu coś więcej niż Murzynka Bambo, albo jakieś inne wierszo-bajki. Przykładowo tę, gdzie partnerka kota na imię Minetka miała, autorstwa La Fontaine'a (w komentarzach piszcie co to za bajka, jak ktoś trafi to mu napisze, że jest fajny i uśmiechnę się do monitora, bo teraz siedzę wkurwiony jak zwykle). Czytam.

   Zapytasz pewnie teraz, moje małe Kacątko, co czytam, nie? Śpieszę z odpowiedzią godną prawdziwego czytelnika - kurwa, nie wiem. Z racji studiów powinienem mieć jakieś pojęcie co do gatunków literackich, ale kompletnie się nie zagłębiam w to czym co jest. Umiem odróżnić wiersz od prozy i od dramatu. Przy okazji garść lajfhaków dla opornych i mniej inteligentnych:
1. Wiersz to to, co się rymuje. A jak się nie rymuje, to ma popierdoloną budowę. No i jest krótkie.
2. Proza to to, co się nie rymuje i ma ZAZWYCZAJ normalną budowę. No i jest dłuższe.
3. Dramat to to, co jest pisane scenariuszem. A komedia to też dramat.
4. Jak coś zawiera hasła i ich wytłumaczenia, to najprawdopodobniej jest słownikiem.
5. Czasami gatunki się mieszają. Wtedy lepiej się nie zagłębiać, bo można się wpierdolić po uszy i trudno zrozumieć co autor miał na myśli.

   Wracając - czytam to, co wpadnie mi w ręce. Książki ogólnie. Teraz wchodzę na stronie empiku w pozycję, którą ostatnio przeczytałem i znajduje się w dziale powieść obca. Patrzę na inną - powieść polska. Na innych stronach jest podobnie. Ewentualnie zwą to literaturą piękną, czy beletrystyką. Ostatnio zacząłem się jarać też kryminałami, do których nigdy mnie nie ciągnęło. Kompletnie. Nie widziałem w nich nic ciekawego. Przeczytałem jeden i jestem pozytywnie zaskoczony. Opowiadania też czytam. Tu się potwierdza, że empik czasem kłamie, bo ta pierwsza książka, którą sprawdzałem czym jest to tak naprawdę jest zbiorem opowiadań a nie powieścią. Empik, oszuście!

   Teraz tak bardziej na serio. Serio na serio. Takie moje obecne TOP 3 pisarzy to Milan Kundera, Charles Bukowski i Haruki Murakami. Czemu? Nie wiem, trafiają do mnie. Mam świadomość, że każdy z nich jest kompletnie inny, a najbardziej to już Buk. No ale co zrobisz? Taki już jestem popierdolony. Polskich rzeczy czytam mało, a jak już to jakieś moje wynalazki, przykładowo Piotr Sender (na lubimy czytać raptem 387 ocen ma jego debiutanckie Bóg nosi dres, za to solidna średnia ocen - pewne 7/10). A żeby potwierdzić to, że jestem popierdolony to przyznam się otwarcie - wymęczyłem Greja (2/10 tylko przez to, że dałem radę skończyć). Nie przepadam za poezją, do której zraziły mnie interpretacje na lekcjach polskiego w gimbazie, liceum, a później na studiach. Ja poezję rozumiem na swój sposób, zazwyczaj odbiegający od tego, co myślą o niej inni. Wolę prowadzić dyskusje na temat powieści, czy opowiadań. Mam na półce zbiór wierszy Bukowskiego, którego przecież uwielbiam, a ruszyłem go może dwa razy.

   Tak poważnie zacząłem czytać w październiku 2015 roku. Od tego czasu staram się czytać jedną książkę w tygodniu. Rekordowy jak na razie okazał się marzec bieżącego roku, w którym wciągnąłem siedem pozycji (jedną ukończyłem zaraz po północy z 31 marca na 1 kwietnia, ale zaliczam ją bardziej do marca jeszcze), czyli więcej niż w ciągu roku w liceum. Bo lektur nie czytam od gimnazjum, ale o tym już kiedyś pisałem (tu, klik).

   Zdecydowaną większość książek, które mam na półkach (i już mi się na nich nie mieszczą, bo nie potrafię gospodarować miejsca) zdobyłem za pieniądze zdecydowanie mniejsze, niż sugeruje to kwota napisana na okładce. Jakim cudem? To proste. Zazwyczaj książkowe zakupy robię za pośrednictwem internetowych dyskontów z książkami, gdzie wszystkie ceny zaczynają się od -30%. Takim sposobem kieszonkowe wydania Murakamiego kupuję po kilka złotych. Ponadto często sprawdzam stronę empiku, bo zdarzają się dobre promocje (płytowe też) - tak kupiłem wszystkie książki Kundery, które mam (sztuk dziesięć, dwie kolejne mam do odbioru w salonie), a dałem za nie jakieś 50% mniej niż powinienem. Dobrą opcją internetową są też zakupy bezpośrednio ze stron wydawnictw.

   Jak wcześniej nałogowo kupowałem płyty, tak - od kiedy czytam więcej - nałogowo kupuję książki (płyty też, ale rzadziej, bo w ogólnym rozrachunku są droższe). Często przekopuję pudła z tanimi książkami w księgarniach czy supermarketach. Dzięki nim odkryłem między innymi Dmitrija (czy Dmitrijego? Anonimowy polonisto spod poprzedniego postu, popraw mnie teraz!) Strelnikoffa, za którego książki płaciłem po piętnaście złotych (1x Real, 2x Media Markt). Z pudłami jednak jest ten problem, że ludzie nie patrzą na to, że książka jednak bywa dość delikatnym przedmiotem przez co ryją w tych pudłach jak dziki i rzucają tymi książkami jak psu jedzeniem. Przez co wyglądają czasem jakby ktoś je wyjął psu z gardła. Tylko nie śmierdzą i są suche (zazwyczaj). Ale jak książka z pudła jest czasem tańsza nawet o trzydzieści złotych to da się to przeżyć.

   Mam swoje własne kryteria jeśli chodzi o kupowanie książek "w ciemno":
1. Okładka, tytuł - muszą mnie zaciekawić. Jak coś ma dobry tytuł, ale chujową okładkę to odkładam. Jak coś ma dobrą okładkę, ale chujowy tytuł to jeszcze przejdzie.
2. Opis - podobnie jak w przypadku jedynki - musi mnie zaciekawić. Jak jest spoko to przechodzę do punktu trzeciego.
3. Cena - jak mi odpowiada (głównie moim funduszom) to przechodzę dalej.
4. Przypadkowe strony - otwieram książkę na kilku przypadkowych stronach i sprawdzam jak napisane są losowe zdania i dialogi. Jak mi się spodobało to biorę. Jak się waham to dochodzi bonus.
Bonus (BeGjeCe) - jak się waham to odpalę w telefonie appkę lubimy czytać i sprawdzę średnią ocen + rzucę okiem na jakieś opinie.

   Ktoś pewnie będzie chciał wiedzieć jak czytam, nie? Odpowiedź - powoli... Serio, czytam strasznie wolno. Ale jak się wciągnę to 500 stron przeczytam w dwa wieczory (to dla mnie serio zajebiste osiągnięcie!). No i przy muzyce. Głównie jakieś spokojniejsze rzeczy puszczone po cichu w tle - alternatywny pop, r&b, plejlisty na spotify (dobrze mi siedzą te z zakładki romance). A jak czytam w autobusie to muszę mieć słuchawki wepchnięte w uszy i głośność gdzieś na 3/4 skali, bo strasznie rozpraszają mnie czyjeś rozmowy jak czytam.

   Gdzie czytam? Wszędzie. Głównie w autobusie, w łóżku, na uczelni i przed komputerem. Nie mam również problemu z czytaniem na przystanku, stojąc oparty o słup czy wiatę.

   Ostatnie. Po co czytam? Kiedyś uważałem, że dla zabicia czasu. Sięgałem po książkę jak mi się już kompletnie nudziło. Wtedy też pojedyncze książki (takie po 250-300 stron) czytałem nawet w miesiąc. Teraz czytam dla przyjemności. Bo serio, od kiedy czytam regularnie, to sprawia mi to zajebistą frajdę. Zacząłem czytać w autobusie, bo nie lubię bezczynnie siedzieć, a w komunikacji miejskiej spędzam łącznie prawie godzinę dziennie, więc jest to idealna okazja do tego żeby wciągnąć sobie kilka stron. Paradoksem jest to, że jedna z książek, przez które zacząłem czytać regularnie, ma średnią ocen na lubimy czytać 5/10. A to dość mało. Dla mnie to było bardzo solidne 7/10, które kupiłem za... dychę.

   Mam świadomość, że dziś może być trochę przydługo i nudnawo, ale w chwili, kiedy do głowy przyszedł mi pomysł, że chcę wprowadzić na bloga książki, postanowiłem, że najpierw wprowadzę moich czytelniczków najwspanialszych w klimat tego jak wyglądają moje ogólne relacje z czytaniem. Jak się spodobało to możesz mnie zaobserwować i polubić na fejsiku (klik). Jak książki średnio Cię interesują to sprawdź pozostałe posty, może znajdziesz coś dla siebie. Jak książki Cię interesują to też sprawdź pozostałe posty - raczej nie pożałujesz.

   Tyle, nara.

sobota, 16 kwietnia 2016

Autentyk.

  Halooooooooo! Odpalamy nowe (w sumie to już nie takie nowe) The Dumplings (klikaj) i lecimy z nowym postem, ok?
(źródło zdjęcia oryginalnego: worldwidewack.com)
  Ostatnio tak sobie rozprawiałem z jedną z moich koleżanek z roku o licencjatach (a swoim Was katuję non stop na fanpejdżu [o, tu]). No i przy okazji tej rozmowy zeszliśmy na temat kabaretów. Bo mnie to te kabarety nie śmieszą. Bo teraz to wystarczy, że rzucą kurwą, czy dupą i gawiedź się śmieje, haha, hihi, hehe, hoho, hyhy. Zabawnie, conie? No właśnie nie. Przynajmniej dla mnie. I tak rozmawialiśmy dalej i wyszło, że robią skecze pod publiczność. Niby poruszając tematy bieżące - polityczne, społeczne, seksy, dżendery, pińcet plus, dwajścia minus - wiadomo, ale to nadal takie robienie czegoś pod publiczność. Przynajmniej jak dla mnie. Bo te tematy, które ludzi interesują okraszają niewyszukanym humorem, który tych ludzi śmieszy. Tylko czy tych kabareciarzy też to śmieszy, czy już jednak nie do końca?

  Podobnie w sumie jest w muzyce. W rapie. Jest masa raperów, które pyta swoich fejsbukowych fanów o to z kim chcieliby żeby ich IDOL (kurwa, mocne słowo) nagrał numer, conie. I oni piszo: "E, NAGRAJ Z POPKIEM", "E, Z KŁEBO NAGREJ", "ZE MNO ZRÓB NUMER HEHEHEHE", "Z KALIM I SŁONIEM W PUSTYNI W PUSZCZY, TO GRUBE KOLABO BĘDZIE!". No i widzisz, czytelniku sam, że jak taki raper nagra z takim innym raperem co tam ktoś w komentarzu poda jego ksywkę i ten komentarz będzie miał milion lajków to się będą cieszyć Ci super fani i kupio jego płytę i będzie żył jak car i siedział jak cysorz... Kurwa, zgubiłem się. Chodzi o to, że słuchacze będą się cieszyć z takiej kolaboracji, ale czy dla naszego rapera pytającego taka współpraca będzie satysfakcjonująca? Bo ja przykładowo, jakbym był raperem i moi fani by chcieli żebym nagrał z jakimś innym raperem, takim co go nie słucham i nie lubię nawet jego muzyki, to ja bym nie nagrał. Nawet jakbym miał za to trzepać hajs jak gimby od rodziców zarobasów. Chociaż miałbym wtedy pinionszki na szlugi, książki i płyty...

  Ale bym nie nagrał. I wiesz co, czytaczu mój ulubiony, ukochany? Ja to jestem, kurwa, autentyczny chłopak. Mimo że mojej mordy nie widzisz to zaufaj mi, że jestem. Bo wiesz, jak te kabarety tak rzucają tymi wulgaryzmami na prawo, lewo i przed siebie to oni to robią po to żeby się ludzie cieszyli, a nikt nie wie czy tak klną na co dzień. Mnie możesz oskarżyć o to samo. Że klnę tutaj żeby się Wam japy cieszyły, a na co dzień to taki grzeczniutki, pokorniutki, grzyweczka na boczek, okularki, szeleczki, koszulka w porteczki, skarpeteczki podciągnięte do połowy łydeczki i buciczki pastą odjebane na glanc, lśnią jak pieskowi jajeczka. Poniekąd tak jest, ale tylko poniekąd. Bo na co dzień to klnę w sumie bardziej niż tu. Wiadomo, szacun musi być i nie klnę przy osobach starszych, bo wiem, że to brzyTko i niekulturalnie, ale przy rówieśnikach to się nie hamuję. Bo po co? Tak już mam - czasem nada to mojej wypowiedzi jakiejś dynamiki, czasem umocni jakieś emocje, a czasem po prostu przeklnę, bo mi się nawinie na język. W sumie to nie czasem, bo to wszystko to często. I w sumie to nie będę z tym walczył, bo nie chcę. Tak już mam i tak niech zostanie.

  I powiem, znaczy napiszę Ci czytelniku mój najwspanialszy, że warto być autentycznym (tak, autentycznym, bo czy autystycznym też to nie wiem, nie byłem nigdy, nie oceniam) i prawdziwym w tym co się robi. Bo tak jest przyjemniej. I łatwiej. Bo nie musisz udawać i grać kogoś innego, bądź sobo. Nie bądź swoją mamą. Bądź sobo. Nie bądź swoim tatą. Bądź sobo. Nie bądź swoim kolegą albo koleżanką. Bądź sobo. Nie bądź swoim chomikiem. Bądź sobo. Nie bądź słupem telegraficznym. Bądź sobo.

  Bo jak będziesz sobo to będziesz fajny i oryginalny. No może fajny nie, bo nie wszyscy i nie wszystko jest fajne, ale na pewno będziesz oryginalny.

  Żegnam się na dziś i jak mnie choć trochę lubisz to okaż mi uczucie i daj lajka na fanpejdżyku (kliku, kliku, tutaj link do fanpejdżyku).

  KSOKSO.

wtorek, 12 kwietnia 2016

Mała modelko.

  Nie mogłem wysiedzieć z myślą, że licencjat mi nie idzie, więc pierdolnę sobie notkę. Muzyczka (kliku, kliku).
(źródło zdjęcia oryginalnego: ownzee.com)
  To (na chwilę obecną) ostatni post na blogu, który tyczył się będzie mojego napierdalania na blogosferę. Dziś na tapetę wezmę (tylko na tapetę! bo za inne wzięcie mógłby siąść na mnie kurator) małoletnie blogerki. Głównie te modowe.

  - Co żeś się tej mody tak uczepił?!

  Proste, mody w blogach chyba najwięcej. A mój jest niemodny, to się powyżywam na innych. Z zawiści. A co! Mogje!

Do zarzucenia mam kilka kluczowych rzeczy. Po pierwsze - wiadomo jakie tytuły (klik, klik). A resztę wymienię sobie w punktach tak jak w przypadku modnych typków (kilk ,kilk).

1. Obs/obs? Kom/kom? - Nie, kurwa, NIE, wydupcaj. Na co Ci to? Wierzysz w to, że z setką obserwatorów zainteresują się Tobą jakieś firmy? Jak nauczysz się pisać to się zainteresują. Znam przypadek, kiedy pewna osoba dostała ofertę współpracy po kilku wrzuconych tekstach. KILKU. Zapytasz pewnie ile miała obserwatorów. Żadnego. Na jej blogu nigdzie nawet nie znajdziesz przycisku żeby zaobserwować. Poza tym powiedz, Mała, co Ci dadzą sztuczne obserwacje? Liczbę? Bo na pewno nie wejścia na bloga. Podobnie jest z komentarzami. Po co Ci komentarze w stylu "super post, zapraszam do mnie - http://słitkasia.blogchuj.ru" jak nic z tego nie masz oprócz, ponownie, liczby... Całe życie myślałem, że komentarze są po to żeby napisać w nich coś konkretnego, jakieś swoje zdanie, przemyślenia na temat danego tekstu a nie "spoko fotki ;** wbijaj do mnie: www.zuziafeszyn.blog.pupa.ua". Jak ja już coś mam skomentować to wyrażę swoją opinię na temat tekstu/bloga, albo wrzucę swoje zdanie w danym temacie (choć często w komentarzu zdarza mi się od tematu odbiegać). Spotkałem się kilka razy z tym, że napisałem komuś młodszemu komentarz z uwagami - co warto zmienić, poprawić (za żadnego guru się nie mam, ale jak od czegoś bije chujnią to się staram pomóc, taki jestem dobry chłopak!), zerknąłem chwilę później na tego bloga a mój komentarz znikał. Czemu? Bo w dzisiejszych czasach krytyka, nawet ta konstruktywna, nie jest mile widziana (jak mnie śledzisz, HEHE, to wiesz, że już coś w tym temacie pisałem, dokładnie dwa posty wstecz).

2. Posty o niczym. No co? Taka prawda. Schemat? Proszę bardzo:
I na początku napiszesz o tym, że wstałaś rano, zjadłaś śniadanie, ubrałaś swoje ulubione spodnie, różową bluzkę, umyłaś zęby i poszłaś do szkoły;
II później wspomnisz o tym co było na pszyrce, religii i o tym, że na polskim pani się przejęzyczyła i się śmialiście do rozpuku, a Tomek, ten co Ci się podoba, krzyknął "niech ktoś zatrzyma tę karuzelę śmiechu!" i śmiechom nie było końca, więc zaczął boleć Cię brzuch i musiałaś iść do higienistki z Sandro i tam dostałaś tiktaka (ale Ty o tym nie wiesz), którego musiałaś połknąć i od razu Ci przeszło (tak, tak chaotycznie piszecie);
III wróciłaś do domu, zjadłaś zupę i źmioki z surówką, bo od trzech dni, z przerwą na wczorajszego, niedzielnego schabowego, jesteś wege i nie żresz zwierzątek, bo przecież one też mają uczucia i są takie kochane i milutkie i jak to można, kurwa, zjeść?! MAMO, JEBŁOCIE?!;
IV później zrobiłaś zadanie z matematyki, przeczytałaś dwie strony Janko Muzykanta, bo przecież to taka wymagająca lektura i teraz wreszcie piszesz posta po tym mega męczącym dniu, uf uf;
V i piszesz o tym, że jutro jest historia z tą głupią nauczycielką, która na pierwszych zajęciach przesadziła Cię do pierwszej ławki z tą głupią kujonką, Mariolą, bo zaśmiałaś się i chrumknęłaś na cały głos, a po lekcjach idziesz z Sandro na szoping (nie, nie do lasu łapać szopy tylko na łowy do ciucholandu) i jak kupisz coś fajnego to zrobisz HOL ZAKUPOWY;
VI żegnasz się, piszesz o tym. że jesteś nieziemsko zmęczona i padasz na twarz, a teraz lecisz na kolację, bo mama woła, że kupiła taką zajebistą kiełbasę i opierdolisz ją ze smakiem (bo już nie pamiętasz, że podczas obiadu byłaś wege), umyjesz się i pójdziesz spać.
Nie mam racji, nie?

3. Skoro byłaś na szopingu (i połów okazał się owocny) to musisz błysnąć nowym lukiem (Lucky Luke'iem [gimby nie znajo, więc macie linka]), szajn brajt jak psu jajca, conie. I odpierdalasz się w te szmaty, prosisz Sandrę o to żeby Ci zrobiła fotki. I później je wrzucasz pisząc co nieco o tej stylizacji, że nadaje się na dyskę w gimbazie, do kościoła na roraty i do babci na imieniny. Do tego dorzucasz kilka fotek. Tak z dwanaście, ale w ogólnym rozrachunku to są cztery, bo po trzy praktycznie takie same, ale dla Ciebie się w chuj różnią, chociażby tym, że na jednym patrzysz w obiektyw, a na drugim w stronę psa srającego pod krzakiem. Pod zdjęciami oczywiście rozpisujesz swoją stylówkę i pamiętaj (w nawiasach pisownia, przed nawiasem uproszczona forma fonetyczna [jak znajdzie się tu przypadkiem jakiś językoznawca angielskiego to proszę bez hejtu i poprawiania mnie, mam świadomość, że poniższe przykłady prawdopodobnie wymawia się zupełnie inaczej, nawet w uproszczonej formie {a o fonetyce już co nieco wiem, tyle, że polskiej, i również mam świadomość, że zapis jest BARDZO uproszczony}, ale przecież dobrze wiecie, że to beka, nie?], bo większość z małolatek nie ma pojęcia jak co wymawiać) - nie nosisz kurtki, nosisz dżekyt (JACKET); nie nosisz golfu, nosisz ter'ylnek (TURTLENECK); nie nosisz butów, nosisz szjus (SHOES).

Bonus (tu do wszystkich modowych). INSPIREJSZYNS. Serio inspiruje Cię oglądanie obrazków? Rozmawiałem ostatnio na ten temat z moją znajomą, która prowadzi bloga modowo-urodowego (chyba, pozdro Iwona [link]!) i tłumaczyła mi, że ją to inspiruje, bo jest wzrokowcem. Szanuję to, ale kurwa, serio inspiruje Was to, że pooglądacie zdjęcia, nie wiem, kurwa kawy? Kotów? Włosów? Sukienek? Butów? Obsranych majtek? Nie rozumiem, ale jeszcze raz - szanuję. I trochę podziwiam. Mnie tam inspiruje czytanie, więc niektórzy i mnie mogą nie zrozumieć.

  Dobra, rozpisałem się dziś niemiłosiernie. Tu warto zakończyć.

  Na jakiś czas kończę ze słownymi wjazdami na blogosferę, choć nie powiem, miło się było wyżyć. Dziękuję wszystkim inspiracjom - jeśli poczujesz, czytelniku-blogerze/czytelniczko-blogerko, że gdzieś tak jakby czepiam się Ciebie to wiedz, że Tobie właśnie teraz dziękuję. Jak się obraziłeś/aś to wybacz, ale możesz już wypierdalać (choć wcale nie musisz!) - jak nie, to czytaj dalej.

  Skoro na jakiś czas kończę z obrażaniem blogosfery to postanowiłem, że zacznę coś nowego. Z racji, że od kilku miesięcy czytam trochę więcej niż wcześniej to będę od czasu do czasu pisał coś o książkach, więc spodziewajcie się (prawdopodobnie) dwóch nowych formatów - Książek na Kacu oraz Książek do d... (wiem o czym pomyślałeś/aś! zaskoczę Cię).

  Jak doczytałeś/aś do końca to Cię podziwiam i dziękuję. Jak się podobało i chcesz więcej to zaobserwuj gdzieś tam niżej, albo wpadnij na fanpejdż i zostaw lajka (w sumie to jest tam konkurs, więc możesz wziąć udział, bo to fajny konkurs i rozdaje książkę [albo książki]).

  Nara Kacątka, idę zapalić (Philip Morris, British American Tobacco - jak coś to jestem chętny na współpracę!).

czwartek, 7 kwietnia 2016

Sława w półświatku.

  Dobre. Odebrałem dziś kompilację Wasabi z paczkomatu, wrzucam na głośniki pierwszy raz i siadam do pisania. Dla Was niestety tyle co na jutubie (klik).
(źródło zdjęcia oryginalnego: thewrap.com)
 Polecimy dziś z drugim postem z rzeczy, które wkurwiają mnie w blogach. Jak ktoś ogarnął po samym tytule o co będzie chodziło to niech wie, że ma u mnie plusa do bycia Kaconatorsem. 
 
  Sprawa jest prosta jak lustro, przed którym młode adeptki sztuki blogerstwa modowego wyciskają godzinami pryszcze. Chodzi o tytuły. Ha! Nie spodziewaliście się tego! Chuj, a nie Kaconators żeście są! 
 
  Strasznie mnie wkurwia używanie anglojęzycznych tytułów na polskich blogach. Serio. Rozumiem jak piszesz recenzję filmu czy książki, której tytuł nie został przetłumaczony (albo został przetłumaczony chujowo [albo recenzujesz oryginał]), ale kurwa. Jak piszesz o kosmetykach, ubraniach, swoim życiu czy chuj wie czym jeszcze to czemu dodajesz tytuł po angielsku? Zwłaszcza jak całe posty piszesz, powiedzmy, że po polsku - choć i to jest wątpliwe, bo natłok błędów semantycznych, stylistycznych, interpunkcyjnych (tu w sumie sam przechujem nie jestem, ale podstawy ogarniam), czy ortograficznych stawia pod znakiem zapytania poprawność językową Twoich sklejek słownych. Za każdym razem jak piszesz post, którego tytuł nie jest po polsku a treść jest po polsku wątpliwej jakości to wyobraź sobie swoją polonistkę, która z histerycznym płaczem, na kolanach wręcz, drapie paznokciami w tablicę w sali, w której masz polski i krzyczy: "nie o taką poprawność językową młodych blogerek/blogerów walczyłam!". I Ty, małolaciku/małolatko, z któregoś z przyszłych pokoleń, który/która trafisz tu za kilka(naście/dziesiąt) lat (o ile jeszcze będzie gdzie trafiać) zastosuj się i oszczędź sobie imaginacji moich znajomych z roku drapiących w tablicę...

  Wiesz, ja jestem w stanie zrozumieć, że chcesz być sławnym, rozpoznawalnym i poczytnym blogjerem, najlepiej takim, którego czyta cały świat. Tylko wyobraź sobie takiego Boba, Ahmeda, Helgę, czy Vanessę, którzy trafią na Twojego bloga po anglojęzycznym tytule i wejdą. Wejdą a tam polski. Trochę lipa, nie? Z racji, że przeglądarki mają opcję tłumaczenia tekstu taki Bob, Ahmed, Helga, czy Vanessa przetłumaczy sobie Twojego posta i przeczyta. A jak jesteś taki jak każdy i choć raz w życiu tłumaczyłeś coś na jakimkolwiek translatorze, to wiesz dobrze jak wygląda taki przetłumaczony tekst. Jak nie wiesz to Ci powiem. Jak gówno. Tylko takie bez ładu, składu i połysku. Ale jebiące przeokrutnie. 

  Chcesz być znany(a) na cały świat? NAPIERDALAJ CAŁE POSTY PO ANGIELSKU. Chyba, że go kurwa nie umiesz. To się naucz, a później zacznij się bawić w zagramanicznie-brzmiące tytuły.
 
  Buzia.

piątek, 1 kwietnia 2016

Modny typku.

  Od godziny szukam muzyki pod posta i chyba znalazłem! Wiesz gdzie klikać (tu).
(żródło zdjęcia oryginalnego: rollingstone.com)
  Sytuacja jest taka, że zrobiłem super żart z okazji pierwszego kwietnia ludziom na moim super fanpejdżu (widziałeś? część pierwsza i część druga) i teraz się będę tłumaczył z tego dowcipu. Albo nie, nie będę. Po co?

  Drugi wrzut na FP jest dobrym punktem zapalnym do dzisiejszego posta. Od jakiegoś czasu należę do kilku blogerskich grup na Fejsbukach, wrzucam tam coś od siebie, przeglądam cudze rzeczy, komentuję, bawię się, jest fajnie. Czasami. Zazwyczaj nie jest. Trafiam tam na różne rzeczy, których widzieć raczej bym nie chciał, serio. I dziś zacznę pisać o tych rzeczach, które są złe.

  BLOGERZY MODOWI. Nie, nie blogerki. BLOGERZY. Kurwa, typie. Ja szanuję to, że robisz coś co lubisz (albo coś co, masz nadzieję, że przyniesie Ci hajs w przyszłości), ale na to nie da się patrzeć... Takie typki dzielą się na różne stylówki, z których najbardziej wkurwia mnie jedna. Inna trochę mniej. Tej innej to trochę współczuję nawet.

1. Te typy co dobrze wyglądają, mają hajs na ciuchy (albo dorwali jakieś współprace) i dorabiają do swojego pozowania jakieś ideologie. Rozumiem, że napiszesz skąd masz ubrania i ile za nie dałeś, ale mordo ziomku, po chuj w post wrzucasz jakieś milionrazy powielane, bezsensowne zwroty, które już każdy czytał, okraszone lekko Twoimi słowami. Choć tu nie chodzi nawet o te frazesy. W komentarzach małoletnie dziewczątka moczą się jak to nasz bloger mądrze nie pisze. NO KURWA. Nauczycieli w szkole posłuchaj, mówią mądrzejsze rzeczy. Albo przeczytaj jakąś książkę. I zawsze dopowiedzą jaka super stylufka i pjenkne foteczQi. A jak takiemu blogjerowi ktoś napisze kontrę na jego słowa albo, NIEDAJBORZE(!), skrytykuje zdanie takiego blogjera w jakiś sposób, na który nasz blogjer mógłby odpisać i udowodnić, że ma własne zdanie a nie powiela go, bo znalazł coś w tym temacie w internetach to nasz blogjer odpisze zazwyczaj, że on nie zamierza wchodzić w dyskusje. To jego zdanie. Nie podoba się to wypierdalaj. Nie będę się bronił. Skoro nie zamierzasz odpowiadać na komentarze, w których ktoś zamierza z Tobą dyskutować w danym temacie to na chuj piszesz na ten temat posta? ŁOT DA FAK?!

2. Te typy co nie mają hajsu na dobre ubrania, nie złapali żadnej współpracy a i nie wyglądają zbyt dobrze. A mimo wszystko mają spam pod postami od małolatek, że super blog, dajesz dalej, nie poddawaj się! ŁOŁ! Ziomku przyjacielu, coś z tego będzie, serio, serio. Albo nie. Albo kurwa, rób co chcesz. Tylko nie dopisuj do tego posta pierdół jak kolega z powyższego przykładu. Podejrzewam, że Twoje słowa (albo frazesy, które przepiszesz swoim językiem) nie zbiorą takiego poklasku jak w przypadku blogjera wyżej. A jak zbiorą to tylko przez to, że prędzej wejdziesz na bloga osoby, która w komentarzu wyliże Ci jajca niż tej, która w komentarzu przez jajca przejedzie Ci gruboziarnistym papierem ściernym.

  Te kilka dni spędzone na przeglądaniu cudzych blogów nauczyły mnie tego, że jak chcesz atencji to daj atencję innym. Tylko nie próbuj pisać innym rzeczy, które mogą im nie podejść! Chyba, że nie straszne Ci, że inny blogjer usunie Twój komentarz albo śmiertelnie się na Ciebie pogniewa. A tego chyba nikt by nie chciał...

  Z drugiej strony jak jesteś ładna/przystojny to na pewno jest Ci łatwiej. W końcu my piękni wszystko robimy piękniej, przyjemniej, bardziej zachęcająco i w ogóle lepiej, co nie? Dobra, przesadziłem. W końcu przez coś nie pokazuję Wam swojej mordy, nie? 

  Co do blogerów modowych to są tacy, których mogę oglądać, czytać i szanować. I takich oglądam, czytam i szanuję. A nawet lubię ich fanpejdże i folołuję ich instagramiki. I przy okazji - zauważyłem, że strasznie się tu wkurwiam ostatnio. W sumie spoko, lubię się wkurwiać o pierdoły.

  Do następnego, Kacątka.