poniedziałek, 24 listopada 2014

Nie chce mi się.

  ELOOO! Dziś lecimy na nowej kompilacji od Flirtini (jak na razie z SoundClouda, tyle ile jest, czekam aż moje zamówienie na empik.com zostanie zrealizowane i będę mógł odebrać CD z salonu, a zapomniałbym, kliknij sobie tu to Ci się odpali playlista). Na tę chwilę sam nie wiem o czym będzie dzisiejszy wpis dlatego też nie określam się z góry czy zaszaleję (czy też nie).
(źródło zdjęcia oryginalnego: funnyordie.com)
  Są w życiu człowieka takie chwile, że nam się nie chce. Na pewno też tak macie. Najczęściej wtedy kiedy macie coś zrobić - uczyć się, zmyć naczynia, odkurzyć, zjeść obiad na kacu, zacząć pisać pracę semestralną z literatury romantyzmu itp. Ile ludzi tyle niechceń, proste. Ja teraz jestem w tym ostatnim położeniu, przed itp. Niemalże od tygodnia (a w zasadzie to nawet dłużej) na biurku leży mi egzemplarz naszej epopei narodowej - "Pana Tadeusza, czyli ostatniego zajazdu na Litwie, historii szlacheckiej z roku 1811 i 1812 we dwunastu księgach wierszem" (wiedzieliście, że tak brzmi cały tytuł? bo ja tak, ale zawsze zapominam jak to idzie, dlatego też sięgnąłem po książkę i przepisałem, cwaniaczek), i czeka... Czeka, w sumie sam nie wiem na co. Prawdopodobnie na to aż mi się zachce. Mam ładnie zaznaczony fragment, nad którym mam pracować (był zaznaczony jak zdjąłem z półki) ale to, że jest zaznaczony wcale nie znaczy, że mi się chce. Bo kurwa mi się nie chce. Proste. Zamiast interpretowania tekstu wolę napisać krótką, w zasadzie bezsensowną notkę bez ładu, składu i wszystkiego co potrzebne do tego, żeby miło się to czytało. 

  Lenistwo to strasznie głupia cecha. Nie wiem czy jest dziedziczna, możliwe, nie wnikam, niby zdawałem biologię na maturze (40%, huehue), ale nie dowiedziałem się czy cechy takie jak lenistwo są dziedziczone ze starszych pokoleń. W każdym razie lenistwo jest złe, naprawdę. Ale bywa też dobre, naprawdęnaprawdę. Kiedy? A no wtedy, kiedy nie gonią nas żadne terminy, możemy sobie błogo leniuchować leżąc w wyrze i czytając coś przyjemnego (niekoniecznie pożytecznego, chociaż czytanie jest bardzo dobre, rozwija naszą wyobraźnię itp. itd. - czytajcie! możecie czytać mnie, huehue). Ja w zasadzie nie mogę, bo pracę mam oddać za jakieś 3 tygodnie (albo trochę więcej, przed świętami w każdym razie), ale kurwa. Do pisania rocznej zabrałem się 4 dni przed terminem oddania, zdążyłem się w międzyczasie poopierdalać, 2 razy podesłać do sprawdzenia, wydrukować, oprawić w skoroszyt (i tu ciekawostka - świadomie wybrałem taki z zielonymi elementami, bo to kolor nadziei a ja miałem nadzieję na ocenę dobrą w chuj), opierdalać się jeszcze trochę i dostać bardzo satysfakcjonujące 4,5. Kilkanaście dni później jeszcze poszedłem na egzamin, nie powiedziałem kompletnie nic, ale ze względu na "świetnie napisaną pracę roczną" dostałem 3,5. Historii koniec.

  Morał jest taki, że warto się opierdalać, lenić, niechciećczegośzrobić. Bo to może zaprocentować. Upływający czas motywuje, serio. Przynajmniej mnie (pierwszy semestr: 4 kolokwia [z czego 3 to poprawki, czwarty z bieżącego materiału] z najtrudniejszego przedmiotu na studiach w jeden tydzień? - no problem). Jak macie tak jak ja to polecam się opierdalać, serio serio.

piątek, 21 listopada 2014

Kobiety.

   Jouz. Dzisiaj polecimy sobie bardzo schematycznie, ogólnikowo i w ogóle dziwnie. W tle od dobrej godziny leci mi mash up Mesa (o, tu se kliknij, TU!) i raczej nieprędko mi się znudzi. Odpalamy i jazdaaaaaaaaaa!
(źródło zdjęcia oryginalnego: celebfetishes.weebly.com)
   Jaki jest cel życia faceta? Nie wiem. Napierdolenie się co weekend? Pójście z ziomeczkami na mecz i napierdolenie się? Napierdolenie się i wyrwanie jakiejś dupy w klubie? To chyba kwestia indywidualna. Co nie zmienia faktu, że alkohol zajmuje dosyć wysokie miejsce w rankingu męskich rozrywek, ale, mam nadzieję, że również w przypadku Was/Waszych mężczyzn, nie jest on najważniejszy. Cofnijmy się dwa zdania wstecz i jeszcze o trzy słowa przed pytajnik. „Dupy”. Tak, słowo klucz, podkreślę sobie (podkreśliłem, obie!). Z reguły używam raczej bardziej przystępnych określeń na kobiety, ale tutaj idealnie siedziały mi te „dupy” (hoho, jaki żarcik [tę w sumie też podkreślę]).

   Kwestią indywidualną, jak te wspomniane wcześniej życiowe cele mężczyzny, jest też typ kobiety, jaki każdy z nas lubi. Jedni lubią smukłe, wysokie blondynki, czasem lekko przechudzone, innym odpowiadają najbardziej niskie brunetki z wydatniejszymi krągłościami tu i ówdzie. Jednym do gustu przypadnie cicha, spokojna i nieśmiała marzycielka, inni wolą te otwarte, przebojowe imprezowiczki, które śmiało kroczą przez życie w kierunku z góry określonych celów. Jak jest ze mną? Kurwa, tak serio to nie wiem. Doszedłem do wniosku, że jestem na tyle skomplikowanym człowiekiem, że nie potrafię często dookreślić się w dosyć prostych sprawach. Tak też jest z moim gustem, jeśli chodzi o kobiety. Jestem w stanie obiektywnie ocenić, która jest ładna, a która mniej, jestem w stanie również ocenić, która naprawdę mi pasuje wyglądem, a która, mimo że jest ładna, mi by nie odpowiadała. Ale naprawdę nie potrafię odgórnie określić jakichś ram, w których powinna znajdować się ta jedna jedyna, wyjątkowa, idealna (człowiek fajna istota – potrafi zapomnieć o wadach innego człowieka i stwierdzić, że jest idealny, mimo że takich ludzi nie ma). Podoba mi się naprawdę wiele kobiet, masa, serio, ale to nie o wygląd tak naprawdę tu chodzi (przynajmniej w moim przypadku). Ja muszę taką poznać, dowiedzieć się o niej co nieco, wyczuć, czy jestem w stanie takiej zaufać, otworzyć się przed nią, a ona przede mną. Po jakimś czasie jestem w stanie z większą lub mniejszą pewnością stwierdzić, że akurat ta jest naprawdę w porządku, w każdym aspekcie (#nieoceniajksiążkipookładce), i nie musi mieć wyglądu supermodelki żebym chciał ją poznać, może być po prostu przeciętna (powtórzę, nie chodzi o wygląd). W kobietach strasznie kręci mnie intelekt, nie wiem czemu, ale jak czuję, że moja współrozmówczyni jest inteligentna i oczytana, od razu wzrasta moje zainteresowanie. Czasami i to da się wyczytać z gestów czy z oczu uprzednio nie poznając jej bliżej, nie wszystko da się ukryć (albo nie wszystko chce się ukryć). Tak to wygląda.

   Kobiety to temat rzeka, wszystkiego nie da się o nich napisać, a na pewno nie w jednym poście. To będzie dobry wstęp do tematu, pewnie kiedyś będę kontynuował swoje przekminy. Ale zapamiętaj czytelniku – kobieta to istota wspaniała, bez niej byłbyś nikim. Kobieta cię urodziła, kobieta cię wychowała, kobieta to w pewnym stopniu również sens twojego istnienia. Dlatego szanuj każdą, bez względu na to czy ją znasz czy nie i czy ci odpowiada jej zachowanie. Tak naprawdę nigdy nie wiesz, kiedy będziesz którejś z nich naprawdę potrzebował. Tyle, nara (jak zauważyłeś, drogi czytelniku/droga czytelniczko, żartowałem z tymi ogólnikami itp. na początku, szydera).

wtorek, 11 listopada 2014

Krótko o piciu i niepiciu.

  Hejka (kurwa, jakie to było pedalskie)! Nie, nie było tego. No cześć. Tak jest lepiej, zdecydowanie. Zrobiłem sobie wiśniowy kisiel w moim wygranym podczas rekolekcji, jakieś 10-12 lat temu, kubku. Jest spoko. W tle leci mi nowy 2sty (link do całej płyty i chyba mój ulubiony numer na czele).
(źródło zdjęcia oryginalnego: filmgarb.com)
  Ostatnio zauważyłem, że mój instagram (#instaboy #yolo) wygląda jak profil osoby, która dość często pije. I w sumie nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie to, że ostatnio od jakiegoś czasu nie piłem. Znaczy wiadomo, strzelę sobie browara, częściej nawet jakiegoś regionalnego, jedną butelkę wieczorkiem i to by było na tyle. Ostatni raz najebałem się w połowie sierpnia roku bieżącego. Od tego czasu nic.  Do zeszłego czwartku, tego sprzed dwóch tygodni, z czym nie czuję się jakoś świetnie. No i tak sobie myślę, że przypadkowa osoba przeglądająca mojego instagrama (#polishboy #beerstagram) stwierdzi, że chleję dzień w dzień - 5 ostatnich postów to 3 piwa, foto z klubu i zdjęcie zza kierownicy mojej Czarnej Strzały. To ostatnie jest kluczowe, ostatnio na imprezy jeżdżę samochodem. Jakoś prowadzenie fury sprawia mi więcej frajdy niż picie, serio. Chyba zacząłem dorastać. Albo tak mi się wydaje. Dawniej nie było miesiąca żebym nie schlał mordy minimum w 2-3 weekendy, do tego dorzucając kilka piw raz w tygodniu. Od połowy sierpnia kilka piw to ja piłem łącznie w miesiącu, a nie zdziwiłbym się gdyby zdarzył się jakiś, w którym nie wypiłem żadnego. Takie buty (#sneakerhead).

  Najebany wieczór + słabe samopoczucie od tego czasu + najebany trip na uczelnię + prawiezaśnięciewautobusie = ? No właśnie, czemu to się równa? Chujowej alko-formie po przerwie czy może raczej zmęczeniem materiału? Albo wspomnianym już wejściem w dorosłość? Matka mi zawsze mówiła, że robienie sobie przerw od picia nie ma negatywnych skutków w postaci chociażby szybszego napierdolenia się czy tam kaca giganta następnego dnia. Jakoś nigdy mi się w to wierzyć nie chciało, bo sam po sobie czułem, że jak nie pochleję dłużej to się szybciej napierdolę na najbliższym party (kieeeeerwa, jaki ja #americanboy). Wniosek jest prosty - nie zawsze warto słuchać matki, uświadom to sobie zią/dziewczyno i słuchaj, znaczy czytaj, tylko mnie! 

  W ten tamten czwartek, kiedy to się napierdoliłem, ogarnąłem, że zasada białych skarpetek (tu se kliknij jak nie wiesz o co chodzi) przestała działać. Wyszedłem w zielonych skarpetkach - wróciłem chyba też w zielonych skarpetkach, ale jak to już nie pamiętam...

  No i w sumie to nie wiem czemu nie piję - powodów jest mnóstwo, a ja nie mogę się zdecydować na to, że akurat ten jeden przeważył wszystko. No cóż, nie ważne. Ważne jest to, że nie jest mi z tym źle, serio serio.

środa, 5 listopada 2014

Kebab z cebulą.

  No czee... Konwencja ostatnio się strasznie zmieniła, więc wracam do luźnych przekmin. Dziś nie na kacu a przy Freestyle ALE z Browaru na Jurze, w tle nowy Gedz (SZTOOOOOOOOOOOOOOOS, link prowadzi do mojego, na tę chwilę, ulubionego numeru z płyty).
(źródło zdjęcia oryginalnego: dailymail.co.uk)
  Lubicie promocje, nie? No kto nie lubi. Im większy procent tym lepiej - to w sumie jak z alkoholem, czasem, nie zawsze, ale tak bywa. Co se będę pił 8-10 piw, jak se strzele połówkę i efekt ten sam. Tu się najebię i tu się najebię. Plusy, minusy, chuje muje - cena, częstotliwość szczania, prawdopodobieństwo porzygu - co kto lubi, nie? Nie ważne, nie o to chodzi. W Tarnówku (ŁAN LAAAAAAW <3) otworzyli nowego kebsa. Znaczy starego, ale nową "filię" (można tak to nazwać chyba?). W każdym razie chodzi o to, że chyba najbardziej oblegany kebs w mieście otworzył kolejny punkt, gdzie można go dostać. No, tak już w 100% wiadomo o co chodzi. No i ogólnie to opcja jest taka, że drugi powstał blisko pierwszego, w kurewsko wielkim budynku, no sponio (huehue). No i jak to bywa, otwarciu towarzyszą jakieś promołszyns. Tutaj dojebali sobie ładne, okrągłe, soczyste -50%. Strategia sponio (huehue), ludzie się rzuco, przyjdzie ich multum i przyszło. W CHUUUUUUUJ (#BonusBGC)! O 10 otwarcie, chwilę przed 10 kilkadziesiąt osób stoi przed drzwiami, brakowało tylko okrzyków w stylu "łotwierać!", "dawać kebsa!", "mamo, kupa!". Widziałem z boku, bo akurat szedłem na uczelnię nieśpiesznie spóźniając się na pierwsze zajęcia, a właściwie nie idąc na nie nawet, bo po co? Cytując klasyka, którego i tak nikt nie ogarnie: "nie chcę nam się!" (a właściwie to tylko mi, bo szedłem sobie sam, taki jestem aspołeczny, niedobry, i w sumie to tak wyszło, no). Poszedłem sobie, bo co, mam patrzeć na ludzi, którzy patrzą, jak ja patrzę jak stoją i patrzą kiedy otworzą wreszcie te drzwi? Nie będę, głupi nie jestem. 

  Po zajęciach, w sumie na głodzie, poszedłem tam, do tego monstrualnego budynku, który pamiętam jeszcze z czasów, kiedy zdobiło go wielkie, żółte "M". I coś się zmieniło. Zrobiło się tam chyba jakoś tak ciaśniej. A w sumie to nie wiem, bo nawet jak się tak nie zrobiło, to takie wrażenie odczułem. Bo ludzi dużo, bo kolejka, bo tłum. Jakiś typek rzuca tekstem, że nie licząc kolejki i tak trzeba czekać godzinę. Czy kebab za 3,75 zł jest wart czekania dwie godziny? Dla mnie nie. Są tacy, dla których jest warty więcej. Wydaje mi się, że i tak nikt by tam nie stał po jedną tortillę czy tam hambugsa (bo w przeciwieństwie do tego pierwszego baru poszerzyli menu). Ja tam w sumie chciałem sobie stestować jakiejś nowości, jakiegoś hamburgierka czy innego kebabika z łososiem albo innem tuńczykiem. Chuj tam, pójdę następnym razem i kupię jak człowiek, za 100% ceny. Bo mnie kurwa stać! Choćbym miał palić najtańsze szlugi (które w sumie i tak już palę) i oszczędzać każdy grosz (którego i tak nie mam), to pójdę i SE kupię za 100% ceny. Bogoc, kurwa.

Jak już wspomniałem - raczej nikt tam nie stał po jedną rzecz. Na wynos całymi reklamówami, albo z ziomeczkami po kilka, nie? Ciekawe tylko czy podjechał ktoś taczkami... Kurwa, to byłoby piękne. Wjeżdża typ z taczkami upierdolonymi jakimś betonem czy inną gnojówką, zamawia sobie całe te taczki kebsów i wyjeżdża z kupą bułek i tortilli zawiniętych w sreberko. I tak jedzie sobie przez główną ulicę w mieście. Starcy mu machają, matki z dziećmi płaczą, mężczyźni salutują. No klasa. Czemu ja na to nie wpadłem wcześniej? I tak by mnie w sumie stać nie było. Bo ja biedny student jestem, mama obiad w domu gotuje całymi dniami, a tata poluje na dziko zwierzynę w lesie. I, jak tacie się nie powiedzie, jemy to co znajdziemy w śmietniku, albo zwierzątka rozjechane przez samochody.

  No i tak sobie w sumie myślę, że ludzie często zachowują się jak te biedne zwierzątka. Jak świnki w chlewie (wiem, bo dziadek miał). Nalewasz im pomyj do korytka, a one przepychają się i swoimi upaćkanymi ryjkami zajadają smacznie to, co gospodarz im podał. I w sumie to mają gdzieś co to jest. Ważne, że za darmo. W przypadku ludzi bywa i tak, że za darmo, a czasem jest trochę inaczej - ważne, że jest tanio. Nawet jakby strzał w pysk byłby na promocji to zapewne znalazłaby się garstka ludzi, która by się skusiła. BO PROMOCJA!