wtorek, 31 maja 2016

Dojrzej trochę.

  Dzieobry, Kacątka. Pora na nowego posta, moje Dzieciaczki. Maestro, muzyka (klyk)!
(Photo credit: caio@vinicius via Foter.com / CC BY-SA)
  Z dorastaniem to jest tak, że mało kto go chce. Znaczy tak mi się wydaje, bo dorosłość to się kojarzy głównie z obowiązkami, robieniem pieniędzy, płaceniem podatków i całą resztą mało przyjemnych rzeczy. Bo człowiek dorosły musi być rozsądny, poważny, ułożony i w ogóle taki nijaki. A to gówno prawda.

  Nie musimy przecież dojrzewać na sto pro. No bo po co to komu? Od ponad tysiąca i jednej nocy mam dwójkę z przodu, a piszę pierdoły na poziomie kilkunastoletniego typa i jeszcze publikuję je w internetach z nadzieją, że ktoś połechta moje wymagające ego. Czy to dojrzałe jest? Nie sondzę. No bo co w tym dojrzałego niby jest? Jakbym publikował te gówna podpisując się pod nimi imieniem i nazwiskiem to jeszcze. A ja się chowam za Kacem i twarzą Zacha. Dorosłe podejście, Panie Killer.

  Dobra, bo włącza mi się jakiś tryb dojrzałego pierdolenia, a tak nie może być. Blelelebeleblebeleblafhsajcnasxcnasghkfnble. Zapomnijcie o tym co jest wyżej. Teraz się zacznie prawdziwy hip-hop... Albo i nie, bo nie będę rymował. Chyba. Tak myślę.

  Z tym dojrzewaniem na nie sto procent albo niedojrzewaniem na sto procent (albo czymś tam co byłoby bardziej gramatyczne i sensowne) jest tak, że ja co chwilę dostaję z takiego inwyzybl bicza w plecy co przypomina mi o tym, że muszę być dojrzałym i poważnym człowiekiem, ale jakoś mi to zwisa, conie. No bo co, nie mogę sobie czasem rzucić jakimś niedojrzałym tekstem? Mogę. Bo nikt mi tego nie zabroni. Jak jest się takim przechujem inteligjentnym to się da to ładnie wyważyć. Tak wyważyć, że rzucaniem mało dojrzałych zwrotów w odpowiednich momentach da się zrobić dzień znajomym. Lajfhak dla dojrzewających absztyfikantów-erotomanów: dobry żart w towarzystwie daje +0,5% do tego, że zaruchacie. Chujowy jakieś -67,5%, także warto ważyć słowa.

  Tak samo jak z tekstami jest z działaniem ogólnożyciowym. Ktoś Ci powiedział, że chodzenie w kolorowych, wzorzystych skarpetkach jest niedojrzałe? (JAK SŁUCHASZ MUZYKI TO ZASTOPUJ JĄ W CHUJ, KLIKAJ TU DOSŁOWNIE NA 3 SEKUNDY I CZYTAJ DALEJ) Pierdol to. Wiadomo, że sranie przy wszystkich do nocnika już raczej nie przejdzie, tak samo jak i darcie japy w miejscach publicznych z byle powodu, płakanie po tym jak się wypierdoli na ryj, czy zedrze kolano. No bez przesady, nie? Choć trochę dojrzałym być trzeba.

  No może nie trzeba. Wypada.

  Kilka razy w życiu usłyszałem, że jestem kurewsko dojrzałym gościem. Sam się takim nie czuję. Prędzej powiedziałbym, że potrafię dostosować swoje zachowanie do okoliczności, choć nie zawsze. Ponoć ciało człowieka w 60-70 procentach stanowi woda. U mnie ta woda może się zrównoważyć z infantylnością. Taki trochę Childish Kacino (wyłapałżeś follow upa?) ze mnie. Chcesz też mieć luźne, niezbyt dojrzałe życie i święty spokój? Naucz się dostosowywać do sytuacji. Nie zdradzę Ci niestety jak tego dokonać (bo sam nie wiem), ale przynajmniej wiesz, że się da.

  Rada od Wujka Kaca na Dzień Dziecka: Koleżko, koleżanek za włosy nie ciągnij na przerwie tylko w bardziej intymnym środowisku, ale wyłącznie jeśli to lubią, a Ty, koleżanko kolegów w jaja nie kop, chyba że się któryś gwałcicielem okaże.

  Buźki, moje Kacątka.

  Socjalki:

https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

sobota, 28 maja 2016

Spełniliście moje małe marzenie.

  Dzień dobry, moje Kacąteczka najwspanialsze. Tych co tu są przypadkiem też witam i już teraz zapraszam częściej, bo ponoć warto. Muzyczka na wstępie (klik).
(Photo credit: seefit via Foter.com / CC BY)
  Chwilę temu puściłem serię strzałów w tą mniej ogarniętą część blogosfery (tu wszystko jest - klikaj) przez co Kac zaczął się rozwijać. Trzy mocne pierdolnięcia przyjęły się zostawiając po sobie siniaki, które do dnia dzisiejszego pewnie już zniknęły. Trzeba to chyba naprawić!

  Kryste. Jak mnie wkurwiają te wszystkie blogjer(ki)y, co po osiągnięciu konkretnej liczby obserwatorów piszą w internetach, że zostało spełnione ich małe marzenie. Zajebiste macie marzenia. Ja, jak miałem kilka(naście) lat to chciałem mieć zielone włosy, tribala na łydzie i kolczyk w brwi. Teraz jak się ma kilka(naście) lat to się pragnie stu, dwustu, pińciuset obsów na blogu, subów na jutubach czy tam folołersów na instasiu. Się pytam Cię Świecie, w którą stronę Ty, kurwa, leziesz? Bo ta napędzana wirtualnymi kliknięciami to wcale dobrą drogą nie jest. Zboczyłeś. I to zbyt mocno.

  Pisałem już o tym, ale napiszę raz jeszcze.

  Małolata jedna z drugą, co Ci dają te obserwacje? Satysfakcję? Współpracki? Wontpie. Gdzie niby jest ta całą satysfakcja w tym, że wyżebrzesz u kogoś jedno kliknięcie, odpłacisz mu się tym samym, zapierdolisz sobie listę czytelniczą w bloggerze jakąś chujnią pokroju tej Twojej a i tak na żadną z nich nie wchodzisz? A skoro Ty nie wchodzisz na cudze blogi to i na Twojego mało kto wejdzie. LOGYKA Bejbo, LOGYKA. Tak samo jest z tymi współpracami - nawet jak kogoś sensownego liczba obserwatorów zaciekawi to nie ma to żądnego odzwierciedlenia w liczbie wyświetleń...

  Raz jeszcze. Co Ci po "spełnianiu małych marzeń" skoro nie generują one żadnego ruchu na Twoim blogu? A jeśli już jednak generują - bo ktoś musi jednak wejść na Twojego bloga żeby kliknąć w ten niebieski pasek czy zostawić chujowy komentarz (o których pewnie niedługo coś skrobnę też) - to jest to ruch sztuczny, który sensu ma tyle co moje dzisiejsze pierdolenie, które i tak nie trafi do grupy, do której trafić powinno, A NAWET JEŚLI to i tak chuja to da.

  Smutek w chuj.

  Z okazji zbliżającego się dnia dziecka (przed którym pewnie i tak wleci jeszcze jeden post) chcę Wam wszystkim życzyć, moje Kacątuniuniunia, żeby wszystkie Wasze małe marzenia się spełniały. Z wyjątkiem tych, w których chodzi o ilość bezsensownych żebro-kliknięć.

  CZE.

Soszal mydja:

https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

środa, 25 maja 2016

Spotted Kac: Rzucę se ogólnikiem.

(Photo credit: tommerton2010 via Foter.com / CC BY)
  Tarnów, kocham Cię. Po prostu. Dajesz mi tyle inspiracji, że się w głowie nie mieszczą. Kij w oko każdemu, kto twierdzi, że to miasto jest złe, chujowe, beznadziejne czy jakieś takie nijakie. Jest cudowne. Zwłaszcza tarnowskie Spotted na fejsbukach.

  Wczoraj wieczorem na Spotted Tarnów został opublikowany wpis i pozwolę go sobie zacytować, bo może kiedyś zniknie, a warto żeby przyszła gawiedź również go zobaczyła. Cytuję (pisownia oryginalna):
"XSPOTTED : Witam, Czy w tym mieście są jeszcze jakieś normalne, fajne dziewczyny ?? czy już wszystkie wyginęły jak dinozaury w epoce Kredy ?? chciałbym poznać miła szaloną dziewczynę dla której sensem życia nie jest posiadanie najnowszego modelu apple a największą życiową tragedią złamany paznokieć. Poznać dziewczynę która będzie miała wiele pozytywnej energii, nie przejmowała się czy bluzka pasuje jej do torebki i nie spędza 2h na szpachlowaniu twarzy by móc wyjść z domu, chciałbym poznać kogoś z kim mógłbym w środku nocy iść na spacer, śmiać się i wygłupiać. Poznam dziewczynę która 2 miesięcznego związku nie nazywa długim a sama chciała by poznać kogoś kto zaskakiwał by ja co dnia i wywoływał uśmiech na jej twarzy, kogoś kto nie ucieka przy pierwszej kłótni ani nie zniknie na imprezie z inną. Czy w tym pięknym mieście znajdzie się równie piękna, naturalna dziewczyna w wieku 18-22 lata która chce poznać kogoś prawdziwego, miłego i nie oszukującego faceta ?"

  Ja nie wiem w jakim świecie żyje autor powyższego wpisu, ale, kurwa, IKSDE, osobiście nie znam chyba żadnej kobiety, dziewczyny, tworu, który by był zgodny z tymi ogólnikami, którymi autor rzuca w swoim wywodzie. Dobra, jednak znam, ale chyba nie w tym wieku, który podał nasz poszukiwacz i nie aż tak przekoloryzowane jak powyżej, nosz kurwa.

  Rozłóżmy to na konkretne czynniki.
"...chciałbym poznać miła szaloną dziewczynę..." - nie widzę problemu. Z tego co się orientuję to tarnowski szpital posiada oddział psychiatryczny. W dodatku trzypiętrowy. Na trzech piętrach na pewno trafi się jakaś miła dziewczyna. Bo szalona to na pewno.
"...dla której sensem życia nie jest posiadanie najnowszego modelu apple..." - ok, z tego wynika, że nie lubisz kobiet, które dobrze się odżywiają. Sori mejt, ale to, że chodzi po ulicach dzierżąc w dłoni świeżego ligola, czy innego czempiona to tylko in plus. Całe życie kebabów żreć nie można (I PISZĘ TO JA!), a jabłka są zdrowe, smaczne i super fajne. Spróbuj, a się przekonasz!
"...dziewczynę która będzie miała wiele pozytywnej energii..." - toś sobie strzelił w kolano. Najpierw piszesz, że nie może się zdrowo odżywiać, a teraz wymagasz od niej pozytywnej energii. To skąd ona ma brać tę energię? Podłączysz ją do swojego Fiata Uno, czy innego Dełu Tiko żeby podładować? Myślisz Ty w ogóle?!
"...sama chciała by poznać kogoś kto zaskakiwał by ja co dnia i wywoływał uśmiech na jej twarzy." - znowu odniesiemy się do powyższego - gwarantuję, że jak podepniesz ją pod Uniaka czy Tikacza to ją mocno zaskoczysz, a jak trafisz w odpowiedni moment, to uśmiech już nigdy nie zejdzie jej z twarzy.
"Czy w tym pięknym mieście znajdzie się równie piękna, naturalna dziewczyna..." - to jest dobre. Tarnów naturalnie pięknym miastem. Owszem, brzydki nie jest, ale gdyby wszystkie kamienice były obdrapane, odchodził by z nich tynk i nikt by ich nie odnowił to byłby miastem brzydkim, więc dlaczego, oczekując od kobiety, by była piękna jak Tarnów kilka zdań wcześniej rzucasz słowami "...nie spędza 2h na szpachlowaniu twarzy by móc wyjść z domu..." - drugi raz w swoim anonsie sam sobie zaprzeczasz. Nieładnie, kolego, bardzo nieładnie.
"...która chce poznać kogoś prawdziwego..." - skoro uważasz, że takie kobiety nie istnieją to po co im prawdziwy facet? Sztuczny członek bardziej je zaspokoi niż gość, który wylewa swoje żale na Spotted rzucając ogólnikami bez sensu, rażąc swoją głupotą, wrzucając wszystkie i tak do jednego wora, do tego wymagając nieistniejącego.

  Taki jest, kurwa, sens tego wpisu. Pośmieszkowalim, a teraz prawdziwe życie. Najpierw wpierdalasz wszystkie kobiety do jednego wora żeby później grzebać w nim i szukać tej jednej jedynej, idealnej, która Twoim zdaniem nie istnieje, BO WYGINĘŁA JAK DINOZARŁY. Czego Ty oczekujesz? Gwiazdki z nieba? Podchodź, kurwa, dalej ogólnikowo do ludzi to prędzej znajdziesz chuja w dupie niż to, czego szukasz.

  Podejrzewam, że większość typów, którzy polubili ten wpis to goście, którzy również mają problem z myśleniem i biorą świat ogólnikami, a większość dziewczyn, które zostawiły lajka wmawia sobie, że nie wpisują się w te ogólniki. Ewentualnie zranił je ich wymarzony księciunio na białym kucu w czerwonej, przypoconej koszuli i połyskującym mokasynie.

  Leży przede mną Odwrotniak Jakuba Małeckiego. Pod tytułem znajduje się cytat - "To ty jesteś swoim największym wrogiem." Niejako pasuje mi on do tego wpisu, bo (powtórzę się raz jeszcze) rzucając ogólnikami i swoimi bezsensownymi wywodami, które po głębszej analizie można by zamknąć w słowach "jestem taki nieszczęśliwy, ten świat nie ma sensu" sami sobie szkodzimy. Nie bierz świata i ludzi ogółem. Wyszukuj cząstek, szczegółów, wyjątków.

  Tyle. W ciemno rzucam ten wpis jako Spotted Kac, bo czuję po nim taką nieodpartą chęć grzebania w fanpejdżu tarnowskich poszukiwaczy i wyszukiwaniu innych perełek, na które będę mógł sobie zdrowo ponapierdalać.

  Buzia, Kacątka.

  Soszal midja:

https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

sobota, 21 maja 2016

Książki do d...: Hotel Pekin.

  No elo. Czas rozpocząć nowy cykl - Książki do d..., ale najpierw muzyczka (klik).
(zdjęcie moje, okładka: lubimyczytac.pl)
  Pewnie wielu z Was, moi najcudniejsi Czytelnicy, myśli, że cykl w rozwinięciu będzie zwał się Książki do dupy. Otóż nie, znaczy nie zawsze. Główny zamysł jest taki, że będę w nim prezentował książki do DYCHY, czyli takie, które idzie kupić maksymalnie za 10 zł (bo ja je za tyle kupiłem, więc Wy też dacie radę). No dobra, maksymalnie 15, bo to też nie fortuna.

  Książki do d... otwieram Hotelem Pekin, którą napisał Pan Santiago Gamboa. Zapłaciłem za tę pozycję 4 złote i 90 groszy (tarnowski Matras na Krakowskiej, wygrzebana z pudła - ostatnio jak przegrzebywałem to były jeszcze ze dwie, może trzy sztuki, ale nie obiecuję, że nadal będą [w internetowym Matrasie są za nieco ponad 9 zł]).

  W ramach opisu tym razem postawię na tekst zamieszczony pod książką w serwisie Lubimy Czytać:
  "Frank Michalski, młody Kolumbijczyk żyjący w USA, człowiek interesów, pasjonat globalizacji i pewny siebie yuppie leci do Pekinu prowadzić szkolenia z kultury biznesu dla liderów chińskich przedsiębiorstw. Znacznie starszy od niego Cornelius Bordewich, pisarz i dziennikarz, ma zamiar zbierać materiały do publikacji filozoficznej. Mimo odmiennych poglądów zawiązuje się miedzy nimi nić sympatii. Zatrzymują się w tym samym hotelu i wieczorami popijając whisky, toczą ciekawe dysputy. Do ich grona wkrótce dołącza Li Qiang, chiński biznesmen."

  Po tanich książkach rzadko oczekuję wielkiego rozpierdolu, a nawet tego, że w jakimś tam niewielkim stopniu mnie zaciekawią. Pierwszej opcji tutaj nie uzyskałem, drugą jak najbardziej. Mimo słabego początku w ostatecznym rozrachunku jestem zaskoczony, bo książka jest serio niezła. Średnio odpowiada mi język, który momentami brzmi jak pseudointelektualne pierdolenie przez co niektóre wypowiedzi czytałem po kilka razy, zanim wyłapałem to, co autor chciał tak naprawdę przedstawić. Najwięcej takich przypadków jest na - wspomnianym już - początku i mocno mnie zniechęcały. Naprawdę, dałoby się to napisać w bardziej przystępny i przyjemny sposób, ale to raczej wyjątki, które nie przeszkadzają aż w takim stopniu, że odpuściłbym czytanie, pierdolnął książkę w kąt i usiadł na łóżku obrażony na cały świat.

  Trochę lipa z wykreowaniem postaci, bo w każdej mi jednak brakowało czegoś. Najgorzej było w przypadku głównego bohatera, Franka Michalskiego, bo raczej średnio sobie mogłem zwizualizować w głowie. Wyobrażałem go sobie jako latynosa, takiego Kolumbijczyka z wąsem, po czym okazuje się, że wygląda jak biały Amerykanin, nosz kurwa. Ten Frank to ogólnie w moim odczuciu taki nijaki bohater. Raz się martwi, że nie przestrzega kodeksu, który z góry narzuca mu firma, a chwilę później stwierdza, że to pierdoli, raz się żyje. No ale spoko, rozumiem, że wydarzenia i rozmowy, głównie z Li Qiangiem, zmieniły jego życie. Z resztą postaci nie miałem większych problemów.

  Jakbym miał wybrać swoją ulubioną postać z książki to wahałbym się między Li Qiangiem, a Ming Cheng. Ten pierwszy to w sumie jawi mi się jako taki już mocno zdziadziały typ, który twierdzi, że Chiny nie dadzą się zmienić, bo jak się je unowocześni to wszystko tam pierdolnie, za bardzo się bulwersował, choć w moim odczuciu to biło od niego największe poczucie humoru. Ming Cheng to w sumie postać poboczna i to tak mocno poboczna. Bo niby jest, przewija się przez całą książkę, ale jest z boku i za dużo nie wnosi. Wszystko się zmienia po czasie, no i w sumie to na dobre to wychodzi. A najbardziej wkurwiał mnie Cornelius Bordewich. Mam wrażenie, że można by wypierdolić z książki te fragmenty, w których on staje się głównym bohaterem i pozostawić tylko te, kiedy rozmawiają z Frankiem w barze.

  W postaciach brakowało mi takiej wyrazistości. Każdy był taki, kurwa, nijaki, flegmatyczny. Trochę zdecydowania, choć (raz jeszcze) rozumiem, że każdy się tam w jakiś sposób odnajdywał na nowo.

  Jakbym miał jednoznacznie określić o czym jest Hotel Pekin to bym powiedział, że o tym wspominanym już odnajdywaniu samego siebie i o stosunkach międzynarodowych. W przypadku Franka Michalskiego doszedłem do wniosku, że jego życiowym mottem powinno być coś w rodzaju: "żeby zrozumieć co w życiu jest tak naprawdę ważne trzeba na to spojrzeć z dystansu, ogromnego dystansu". A w kwestii tych stosunków międzynarodowych to poniekąd nam się to łączy z odnajdywaniem, bo główny bohater sam nie do końca wie kim jest - Amerykaninem czy Kolumbijczykiem. No i cały czas przez książkę przewija się kontekst wpływania amerykańskich standardów na chińską przedsiębiorczość.

  Podsumowując - za ten hajs polecam. Krótka pozycja (207 stron), po przebrnięciu przez kilka pierwszy rozdziałów jest z górki, no i można się czegoś dowiedzieć o innych kulturach, a po Krainie wódki Mo Yana miałem jakiś taki niedosyt Chin. 6/10 Zachów bez zastanowienia.

(źródło zdjęcia oryginalnego: nexusmods.com)
Cześć, Kacątka.

Soszal midja:

https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

środa, 18 maja 2016

Problem z dupą.

  Świeżynkana początek (klik). No zeżarło pięknie. Leci na zapętleniu.
( Photo credit: Butz.2013 via Foter.com / CC BY )
  Albo dobra, zanim zacznę pisać to coś zjem. Zaraz zacznę, chwilę mi dajcie.

  Pojadłem. Uwaga, lecimy.

  Pewnie nie raz się jakaś kobiecina albo dziewczątko spotkało z sytuacją, kiedy to jakiś typeczek pisał do niej swoje żale w związku ze swoim związkiem albo z typiarką, do której podbijał. Miałaś tak, Czytelniczko? No pewnie, że miałaś. Ja Ci dziś wytłumaczę czemu pisała akurat do Ciebie. Kacolog K. Killer zaprasza na wykład.

  Opcje są dwie. Albo Ci typ zajebiście ufa i liczy na Twoje wsparcie, Twoje zdanie, Twoją pomoc, albooo... A, zaraz. Rozwińmy pierwsze.

  Wyczajanie, że się komuś ufa to nie jest prosta rzecz. To trzeba czasu. To się tak nie da, że kogoś poznajesz, gadacie sobie na mesendżerze, czy innym gadu-gadu i po kilkunastu minutach czujesz się jakoś dziwnie. Nie tak, jakbyś dostał kosę pod żebra, wstawał na matematyce do tablicy ze sterczącym pitokiem (FOOD EMPEROR KRULU), czy nawet obrzygał sukienkę dziewczyny, która zaprosiła Cię na swoją studniówkę, a Ty się zgodziłeś, bo w sumie najebać się za darmo jest zawsze spoko. W zasadzie to nie mam pojęcia jak się to konkretnie odczuwa, ale jest tak, że czujesz, że komuś zaufałeś. To o ten moment mi chodzi. UF UF. Zaufałeś.

  Idę zapalić, zara wracam.

  Dobra, jestem. Wracamy do kobiet. Zaufał, ale pamiętaj, że po jakimś czasie. To może trwać rok, dwa, pół, trzy tygodnie. Różnie jest, zależy od człowieka. Ja tam czasem potrafię zaufać człowiekowi w miarę szybko, ale to są wyjątki. No i jak ten typeczek Ci już ufa to wtedy Ci się wygada, bo serio potrzebuje takiego zdrowego, kobiecego spojrzenia na niektóre sprawy damsko-męskie. Bo my to tak nie potrafimy. Znaczy nie wszyscy. Znaczy do pewnego momentu w życiu to żaden z nas nie potrafi, a później to już zależy od jednostek, czy dany typ będzie potrafił ocenić, czy coś się w związku pierdoli, czy u danej typiarki ma szansę na coś więcej, czy chociaż cycka pomiętosi, czy nie ma co sobie nadziei robić na romans w stylu Dominika Toretto i Letty Ortiz, i za dupę w warsztacie loszki nie chwyci łapą w smarze umazaną. I do momentu, w którym sam się Twój ziomek tego nie nauczy to musisz mu czasem pomóc, no bo, kurde, niech chłopak wie na czym stoi. Choć ja tam wiem, że Wy to się różnicie mocno i są jednostki, które schlanie mordy i rzyganie pod siebie mogą uznać nawet za troszkę słodkie.

  No, ale jest druga opcja, o której teraz, bo wcześniej to trochę bez sensu by było się rozpisywać. Ta jest taka pozornie gorsza. Tu się nie liczy zaufanie. Znaczy nie od tej strony. Użala się nad sobą, zgrywa typa, któremu nic w życiu nie wychodzi, że najchętniej to by się zabił, bo locha go nie kocha, bo się nie odzywa i pewnie to go w ogóle zdradza w tej chwili z trzema murzynami, latynosem, azjatą, niewidomym, typem co mu ujebało obie nogi i pół kutasa na wojnie w Afganistanie i karłem. I owczarkiem niemieckim długowłosym. A Ty go pocieszysz, że wcale tak nie jest, a nawet jak tak jest to ona głupia jest, bo fajny facet jesteś i na pewno znajdziesz dużo lepszą, fajniejszą, ładniejszą, zgrabniejszą. No idealną, no.

  I chodzi tu też o to żebyś to Ty zaufała swojemu ziomeczkowi, że on jest super materiałem. Takim kaszmirem wśród stert poliestru. Wiesz, zapyta Cię czy ucieszyłaby Cię jakaś bransoletka od chłopaka, czy inna pierdoła. Czy wyjście do restauracji na pierwszą randkę jest spoko opcja i jeśli tak to, czy ta wypasiona jadłodajnia w Waszym mieście będzie odpowiednia, czy to nie będzie za duża przesada, bo jednak zależy mu na tym żeby wypaść jak najlepiej, a z drugiej strony, że jednak chyba bez sensu jest dawanie z siebie (i ze swojego portfela) wszystkiego od razu. Takie drobnostki, pierdółki najzwyklejsze. Prawda jest taka, że z żadną się nie spotyka i spotykać nie zamierza, a pyta Cię o to tylko w jednym jedynym celu. Żebyś widziała w nim dobry materiał na faceta, bo pokazuje Ci przez cały czas, że on to potrafi zadbać o kobietę i w ogóle jest super-romantiko. No i jak napiszesz mu: "ojej, ale super pomysł! chciałabym tak!" to sobie myśli, że "oho, cosik bedzie". A gówno będzie i Ty dobrze o tym wiesz, bo traktujesz go tylko jak ziomeczka, ale on sobie nadzieję robi. A Ciebie to mocno wkurwia pewnie, nie?

  Jest jedno proste zdanie żeby takiego typa zgasić. Uwaga, prezentuję.

"TWOJA PRZYSZŁA DZIEWCZYNA BĘDZIE MIAŁA SUPER FACETA."

  Tyle. Po chłopie. Jak jest kumatym typem to zrozumie przekaz i odpuści. Jak nie jest i nie odpuści to mu powiedz żeby spierdalał. Wtedy poczuje się trochę jak w przypadku tego wyjścia do tablicy ze sterczącym interesem, albo jak kadłubek.

  NIEZRĘCZNIE.

  Dobranoc, moje Kacątka.

Soszal midja:

https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

sobota, 14 maja 2016

Oko jej wydłub.

  No elo. Nowy JMSN (klik).
(Photo credit: Nick Fedele via Foter.com / CC BY-NC-SA)
  Sprawa mnie wkurwia od czasów niepamiętnych. Znaczy od zawsze. Ogarniacie takie młode parki? Takie, takie, że jest typiarka, która ma tak do szesnastu lat gdzieś. Typeczek tyle samo, ewentualnie maksymalnie osiemnastkę ma. Pełnoletni skurwiel. Dorosły. No, ale nie o tym. No i oni sobie razem są. Nie jest ważne jak długo, czy starszym hajs się zgadza i co robią jak są sam na sam (znaczy nie w tej chwili, później będzie ważne). Są.

  No i jak są to, kurwa (bulwers alert), strasznie się obnoszą tym, że razem są. Taka, nie wiem, kurwa, niepowstrzymywalna potrzeba dzielenia się z całym Światem wieścią o tym, że dzieli się z kimś swoją śliną. Sztuka uliczna, proszę ja Was. Teatr obwoźny. Czasem jak tam spoglądam zza mych ciemnych okularów, albo znad książki to czekam na nowy program, mianowicie sztuczki magiczne. Afisze wiszące na tych takich słupo-ścianach okrągłych na plakaty zawierałyby pewnie takie slogany jak: "NIESAMOWITY MAGIK (powiedzmy) TOMECZEK" - tytuł, jebnięty takim żółtym, cyrkowym fontem; "NOWE SUPER SZTUCZKI" - zajawka; "MIĘDZY INNYMI WYGRZEBYWANIE OKA JĘZYKIEM". Czekam na to, kurwa, czekam najmocniej na świecie.

  Bo czasem jak tak zerkam to to wygląda tak, jakby ten typ tej typiarze miał zaraz oko wygrzebać ozorem. Chore. Szanuję, że lubio. Każdy ma fetysza. "Jeden lubi kwiatki wąchać, inny jak mu nogi śmierdzo"*. Tylko typek, suchej mje, na chuj Ty się żegnasz z tą Twoją LOSZKO tak, jakbyś miał jej minimum ze dwa tygodnie nie zobaczyć, skoro jutro będziecie się ślinić na tym przystanku tak samo? Hę? I pojutrze. Albo nawet zaraz wsiądziecie do tego samego autobusu. Tak bywa.

  Mam takie swoje ulubione miejsce w autobusie. Czasem jak siadam na tym swoim ulubionym miejscu to przede mną siedzi taka parka właśnie. Typ wygląda na maks osiemnaście, może dziewiętnaście lat, a typiara, strzelam, że ledwo do liceum poszła. Siadam, nastawiam muzykę, otwieram książkę. Siadają przede mną. Od okna siedzi typiarka, obok typeczek, obejmuje ją swoim patyczako-podobnym odnóżem górnym i leeeeeeeeeeeeeeco w ślinę. I ja się nie mogę skupić na czytaniu. Bo to mi się szamocze za książką, a czasem typ mi tym odnóżem książkę trąci, no i mnie to wkurwia.

  Jak każdy internetowy cwaniak przecież nie trącę go w ramie i nie powiem "e, ziomek, weźże Ty się opamiętaj, bo zaraz będziesz językiem smyrał zwieracz odbytu tej swojej kobiecie; tylko, że na około (W SENSIE OD JELITA)", no bo jak to tak? Dlatego ziomek, koleżanka. Jak to czytanie, a robicie tak. Sprawa.

NIE RÓBCIE TAK, KURWA. TO JEST CHUJOWE. SERIO.

  Róbcie sobie co chcecie, tylko, kurwa, nie przy ludziach, kurwa, ej. Nie każdego interesuje to co sobie robicie tam nawzajem, więc hamujta się publicznie. W domu to sobie róbcie co tam Wam się podoba, nie wiem. Liżcie się po oczach, smyrajcie się drutem kolczastym między zaciśniętymi pośladkami, a nawet możecie sobie papierem przecinać te pozostałości, które człowiekowi zostały po błonach pławnych. Serio. Nie wnikam.

  Uprzedzam komentarze: nie, nie wkurwia mnie to ze względu na to, że jestem samotnym i wiecznie smutnym typem. Potwierdzone naukowo jest, że taki widok wkurwi/brzydzi ludzi w super-szczęśliwych związkach.

  Buzi, Kacątka. Tylko nie publicznie.

  Niedługo będę kontynuował temat, ale na trochę innej płaszczyźnie, więc polecam zaobserwować gdzieś tam poniżej.

* - tak mój tata rzecze czasem.

Soszal midja:

https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

środa, 11 maja 2016

Kup geniusz.

  Dzieobry. Bez pierdolenia przechodzimy dziś do konkretów, ACO! Muzyczka (klik).
(Photo credit: scottmliddell via Foter.com / CC BY)
  Risercz do ostatniego posta podsumowującego dwa lata na Kacu przyniósł mi pomysły na nowe rzeczy. W przypadku tego co teraz czytasz kluczowe były komentarze. Głównie te mocno przychylne, momentami nawet pochwalne. Jak sam/a je prześledzisz to momentami natrafisz na takie, gdzie ludzie uważają mnie za geniusza.

  Kac to geniusz? Nie sądzę (bo nie jestem sędzią HOHOHOHOHO). Miło mi jak czytam rzeczy, które są miłe - logiczne - ale nie ze wszystkimi się zgodzę. Nazywanie moich tekstów genialnymi jest zdecydowaną przesadą. Genialne to są książki Kundery, a nie luźne, internetowe zapiski jakiegoś śmieszka, który udaje tajemniczego, bo nie zdradza swojej tożsamości. Genialni byli Ajnsztajn, Edison, Kiri - Skłodowska, Gutenberg, Ci od samolotu i człowiek, który wymyślił piwo.

  Kac to geniusz? Załóżmy, że jednak tak. I wiesz co? Sam/a możesz stać się takim geniuszem. Jak? To proste! Lecimy z poradnikiem na Kacu - Jak być genialnym:
1. Patrz, słuchaj, czuj. Serio. Nieznaczne bodźce potrafią doprowadzić do wielkich rzeczy. Myślisz, że czemu ktoś wynalazł koło? To samo koło, którym toczy się fortuna. Dokładnie dlatego, że się toczy. Proste, conie? Dlatego wytęż wzrok i słuch, odczuwaj wszystko to co się dzieje dookoła Ciebie, bo w każdej rzeczy kryje się jakaś inspiracja.
2. Myśl. Kurwa, myślenie to jest najważniejsza rzecz na całym świecie. Oprócz tlenu. Jak już wyczujesz inspirację to warto przemyśleć jeszcze raz dlaczego dana rzecz, słowo, czy uczucie Cię zainspirowało i po prostu zacznij coś z tym robić. Na przykład zapisywać; gdziekolwiek - notes, dziennik, dłoń, margines zeszytu, bilet, rachunek, wizytówka. Po co zapisywać? A no po to, żeby mieć pewność, że się nie zapomni o czymś. Chyba, że zgubicie notes, dziennik, dłoń, margines zeszytu, bilet, rachunek, czy wizytówkę. Mi się już kilka razy zdarzyło mieć zajebisty temat do nowego wpisu na Kacu, nie zapisywałem go i zaraz zapominałem. Pszykre.
3. Pisz, śpiewaj, tańcz, rzeźb, maluj, graj - TWÓRZ. Poukładałeś/łaś myśli? No to przejdź do kolejnego punktu i stwórz coś. To nie jest takie trudne. Przecież masz już inspirację. Z inspiracji zrodził się pomysł. To co wyjdzie z pomysłu to już tylko i wyłącznie zależy od Ciebie, a mogą z tego wyjść naprawdę wielkie rzeczy! Jak już coś zrobisz to nie kryj tego przed całym światem. Pokaż to komuś, choćby znajomym. Upieczesz wtedy dwie pizze w jednym piekarniku, albo coś - podzielisz się z kimś swoimi dokonaniami, a druga osoba poczuje się wyróżniona, bo skoro nie pokazujesz tego całemu światu to znaczy, że dana osoba jest dla Ciebie ważna, nie?
4. Zostań... Ten punkt to taki trochę homonim.
a) ...sobą. Po prostu. Nie udawaj nikogo innego. Owszem, możesz się inspirować, ale nie zżynaj dokonań innych. Zaczerpnij kilka patentów od swojego ulubionego muzyka, pisarza, czy blogjera, ale nie rób dokładnie tego co on. Ale spoko, nawet jak się nie będziesz nikim inspirował to znajdzie się osoba, która do kogoś Cię porówna - jak porówna Cię do osoby, którą sam/a cenisz to będzie to w pewnym sensie wyróżnienie, taka nobilitacja trochę
b) ...przy tym co robisz. Bo jak będziesz ćwiczyć to co robisz to będziesz coraz lepszy/a, a jak będziesz coraz lepszy/a to, logiczne kurwa, że poziom się będzie podnosił. To tak jak w szkole - jak przechodzisz z klasy do klasy to w każdej kolejnej jest trudniejszy materiał. Bo mózg Ci się otwiera, bo chodzi o to żeby wiedzieć więcej. Chuj, że po latach szkolna wiedza może Ci się do niczego nie przydać, ale tak samo jest z rzeczami, które robimy wyłącznie dla siebie.

 Załóżmy, że grasz na jakimś instrumencie, powiedzmy, że na bandżo. I jak grasz na tym bandżo to chcesz się rozwijać, być takim geniuszem bandżo, nie? I jak się postarasz to będziesz. Ludzie Cię pewnie docenią. Jakaś grupa będzie chciała słuchać Twojej gry na bandżo więcej i więcej i więcej. I więcej. I jeszcze więcej. Ludziom będzie się cieszyć japa, będą Ci mówić "ej, stary, Ty to jesteś pierdolonym geniuszem tego bandżo". Tylko widzisz, to nie przychodzi łatwo. Najważniejsze jest żeby się nie poddać i nie pomyśleć sobie "a chuj z tym bandżo" i jebnąć nim w kąt piwnicy, gdzie dojedzie je wilgoć, przegnije i serio chuj je strzeli. Potraktuj te ostatnie zdania jako punkt 5. Nie poddawaj się.

  Geniuszu nie kupisz. Znaczy kupisz - metaforycznie. Bo zapłatą za niego będzie to, że się postarasz i trochę poświęcisz. Czasem warto. Powiedz sobie to co Małpa przewinął w pierwszym wersie numeru, który macie tam na samej górze: "Mogę robić wielkie rzeczy...". Bo możesz. Tylko próbuj, chciej i staraj się.

  Ja tam nic innego nie robię niż to co tam wyżej zapisałem i dzięki temu w oczach niektórych ludzi jestem genialnym geniuszem. Da się? No kurwa, proste.

  Nara, Kacątka.
Soszal midja:

https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

poniedziałek, 9 maja 2016

Rap na Kacu: De nekst best.

  Na początek to, o co się głównie rozchodzi. Muzyka (klik), a jakże.
(źródło zdjęcia oryginalnego: facebook.com/cywinskyxdorian)
  VNM robi dobre ruchy chyba od zawsze. Świadczą o tym między innymi cztery świetnie przyjęte solówki, wcześniejsze nielegale (solo i zespołowo), mikstejp DNB... Można by tak wymieniać, ale po co? Zatrzymajmy się na tym ostatnim.

  Dobry patent - odświeżenie starych numerów w wykonaniu czołówki rodzimej rapgry, młodych zdolnych kotów i na chwilę obecną chyba najlepszych polskich producentów. Choć spodziewałem się początkowo czegoś trochę innego to się nie zawiodłem. To jest projekt, który nie mógł nie wypalić. Jestem w stanie przyznać, że to składanka, która trzema najgorszymi numerami sprowadza do parteru oba Rapy najlepszej marki od Stepu, no i można stawiać ją na równi z mikstejpami spod szyldu Prosto - głównie tymi, które oskreczowali DJe 600V i Kebs. Na tym pierwszym rolę prowadzących sprawowali Sokół i VNM - przypadek?

  De Nekst Best Mixtape to dobre otwarcie dla nowej wytwórni na polskim rynku hip-hopowym, o której elbląski raper napomknął już w numerze STU na pierwszym legalnym krążku Rasmentalismu (2013). Można gdybać, że raczej nie będzie to drugie Prosto, drugi Step, a nawet drugi Asfalt, bo otwiera się coraz więcej małych, niezależnych wytwórni. Chociażby 3/4 UDGS, czy Takie Rzeczy - label innego z podopiecznych Sokoła, Kękę. Przebić się będzie trudno, ale jest coś...

  Jest coś, co już na starcie pozwala uznawać De Nekst Best za wytwórnię wartą uwagi. Chodzi tu o tak zwaną politykę. Objawia się ona chociażby wczorajszą premierą i ogłoszeniem nowych podopiecznych Venoma, którymi jest duet Cywinsky x Dorian. Napierdolony Pih by krzyknął, że to nie jest hip-hop i nigdy hip-hopem nie będzie. W sumie ma rację, bo to nie jest hip-hop, to jest coś, czego w polskiej muzyce mi brakowało. DOBRE R&B. Po prostu.

  Pamiętam jak za małolata jarałem się singlami Mroza, który jest jednym z prekursorów tego gatunku w naszym kraju. Z perspektywy czasu uważam te jego starsze numery za chałę, ale za to jeśli chodzi o ostatnią płytę - Rollercoaster - to się raczej nie ma do czego dopierdolić. Dobry materiał, choć bardziej wpisuje się w szeroko pojętą muzykę popularną niż rythm & blues, ale to lekkie przebranżowienie wyszło Mrozowi na dobre.

  Odbiegło mi się trochę od głównego tematu, więc wracam. Cywinsky x Dorian - duet śpiewak x producent. Ten pierwszy to obecnie TOPka typów od refrenów w polskim rapie, a produkcji tego drugiego nie słyszałem chyba nigdzie poza ich wspólnymi numerami, ale cóż - są naprawdę dobre, klimatyczne, idealnie pasujące do śpiewu. W tym opublikowanym wczoraj numerze V wypadł klasycznie, czyli wiadomo, że zajebiście. Cywinsky'ego jakoś tak trochę mi mało, średnio go czuć przy nawijce gościa, no ale ok, idzie przeżyć. Głównie przez to, że razem z klipem wjechała informacja o pełnoprawnym albumie duetu, a na nim pewnie będziemy mogli nasłuchać się tego jednego z najlepszych wokalistów w polskiej muzyce około - rapowej. Czekam mocno.

  Żałuję tylko, że DNB nie wciągnęło do siebie Flojda i Wiro, których nowej płyty kupić niestety nie zdążyłem... VNM - napraw to, niech chłopaki puszczą następny projekt legalnie, bo zasługują jak mało kto w tym światku. A razem z reprezentantami Elbląga De Nekst Best puści materiały od innych wartych uwagi kocurów. No bo, kurwa, "nie ma, że to nie wypali".

  Czekam na dalszy rozwój De Nekst Best Label, no i na debiut Cywinsky'ego i Doriana. Wierzę, że warto. 5!

Soszal midja:
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

sobota, 7 maja 2016

Dwa lata.

  Zajawa na pisanie jest bardzo poważna, a skoro tak już jest to sobie popiszę, a co! Nowy numer od RHCP (klik)!
 
(Photo credit: ♥ jules via Foter.com / CC BY-SA)

  Dokładnie dziś (a raczej pojutrze, bo jak to piszę to jest czwartek) Kac Killer kończy dwa lata. Dużo? Mało? Kwestia podejścia. Na pewno nieadekwatnie do liczby wyświetleń. Nawet nie wiem od kiedy, ale czas mi teraz wręcz zapierdala i kompletnie nie czuję, że to już 731 dni (bo ten rok jest przestępny). Pora się rozliczyć z samym sobą za te dwa lata...

  36 - tyle postów opublikowałem do tej pory, ten, który teraz czytasz, jest trzydziestym siódmym. Mało? Ano mało, bo do ostatniego tygodnia marca bieżącego roku pisałem - jakby to określić żeby było to trafne - sporadycznie. Czemu? No głównie przez to, że jestem strasznie leniwy i często nie chce mi się robić rzeczy, które mogły by być przełomowe. Jeśli już byłeś/aś w zakładce Kac o Kacu. to o tym wiesz, jak nie to możesz zerknąć (czytaj dalej, tam jest więcej o tej zakładce!). Ten blog miał swój początkowy zamysł, który po czasie się spierdolił całkiem i chyba wyszło mu to na dobre. No i czuję większą potrzebę dzielenia się swoimi spostrzeżeniami z ludźmi.

  3709* - tyle wyświetleń mam łącznie. Mało? W chuj mało jak na taki staż. Czemu? Kurwa, proste - bo pisałem głównie dla siebie. Czytało mnie kilka znajomych osób, od których usłyszałem sporo dobrych słów i w pewnym momencie zacząłem udzielać się aktywnie na innych blogach, na fejsbukowych grupach blogowych (co i tak nie ma większego sensu) no i jakoś to poszło.

  53%* - tyle procent wszystkich wyświetleń zaliczyłem w przeciągu ostatniego miesiąca. Mało? W porównaniu do liczby łącznej to dużo. Przynajmniej dla mnie. Z drugiej strony wiem, że mogło by być tego więcej. Czemu nie jest? BO JESTEM, KURWA, LENIEM. I nie chce mi się latać po tych blogach i komentować. Czasem nawet jak jestem i przeczytam czyjąś notkę to kompletnie nie wiem jak ją skomentować, choć wiem, że dobry komentarz by zrobił robotę. Ale produkuj się u jakichś nastolatków, rzuć takim radą co warto poprawić w stylu pisania, a ten usunie Twój komentarz, albo go nie zatwierdzi, bo ma włączoną moderację i uważa, że go hejtujesz w tym komentarzu. I chciej człowieku człowiekowi pomóc to nie, bo sami wiedzo lepiej. Człowiek człowiekowi wilkiem, a kiwi kiwi kiwi.

  16 kwietnia - jeśli już jesteśmy przy komentarzach to warto uwzględnić tę datę. Czemu? Bo wtedy zablokowałem możliwość komentowania osobom anonimowym. Czemu 2.0? Nie mam nic przeciwko poprawianiu mnie, udzielaniu rad, czy nawet jak ktoś napisze mi, że jestem strasznym grafomanem, piszę nieskładnie i w ogóle chujowo, powinni mi palce zmiażdżyć w imadle, a potem je odciąć, tak na wszelki wypadek żebym już na pewno nigdy nie pisał. Pisz mi cokolwiek w tych komentarzach tylko, kurwa, proszę Cię o jedno. Podpisz się. Bądź mi Tajemniczą Krystynką, ale daj mi możliwość zwracania się do Ciebie nawet jako do Tajemniczej Krystynki. Do człowieka, który się nie podpisuje, albo nazywa się Anonimem (Gallu - Ty byłeś wyjątkiem) nie wiem jak się zwrócić, a ja lubię interakcję, lubię wymienić kilka słów z ludźmi, którzy odnieśli się do mojego tekstu, chyba, że nie czuję potrzeby odpowiadania na daną wypowiedź. No i lubię się zwracać do człowieka wprost.

  Wraz ze zwiększającą się liczbą wyświetleń postanowiłem trochę ogarnąć to miejsce. Powstały nowe zakładki tam u góry i tam po prawej, a każdy z postów, nawet te najstarsze, mają jakieś grafiki. Teraz pokrótce o zakładkach.

  Kac o Kacu. - to takie trochę O mnie tylko, że ja chciałem z tego zrobić takie bardzo O mnie, takie mocno moje. Dlatego też nie nazywa się O mnie tylko tak jak się nazywa. Wyjaśniam tam kilka rzeczy, rzucam kilkoma mniej lub bardziej (więcej jest tych mniej) ciekawymi zdarzeniami z mojego życia i klasycznie śmieszkuje, bo inaczej to średnio umiem.

  Trzeźwi o Kacu. - to takie trochę O mnie tylko, że nie ja to piszę. Ja to tylko kopiuję (za pozwoleniem, ofkors). Jak na razie to piszą tam ludzie, których w jakiś sposób znam, szanuję i trochę nawet lubię. Na chwilę obecną jest dość ubogo, ale wierzę, że z czasem się rozrośnie. Jeśli czujesz jakąś nieodpartą chęć wyrażenia swojego zdania o mnie i chcesz żebym to tam zamieścił to wal śmiało (STOP! ZAPNIJ TEN ROZPOREK!). Jak się ze mną skontaktować? Czytaj dalej...

  Chcesz coś? - tak, właśnie tam dowiesz się jak się ze mną skontaktować. Tyle.

  Kacpejdż. - tam mnie możesz polubić. Nawet jak mnie nie lubisz, a polubisz moją stronę na Fejsbukach to ja się nie obrażę. Może nawet Cię polubię!

  Tłitkac. - tam mnie możesz zaobserwować. Nie wiem czy istnieje wersja Tłitera dla osób niewidomych, więc nie wiem, czy jak jesteś niewidomy to możesz mnie tam zaobserwować, ale jak coś to zapraszam też niewidomych.

  Kac główny. - to taki skacowany odpowiednik strony głównej.

  Książki na Kacu. - jak tam klikniesz to zobaczysz wszystkie moje książkowe posty. Jak na razie z serii o tej samej nazwie co zakładka, ale w najbliższym czasie pojawią się również posty z kolejnej, o której już kiedyś wspominałem - Książki do d...

  Rap na Kacu. - jak wyżej, z tą różnicą, że o rapie i Rapu do d... nie będzie.

  Dziś było trochę specyficznie. Przepraszam za to wszystkich, którzy oczekiwali ode mnie kolejnej dawki wkurwień, ale poczułem potrzebę stworzenia takiego posta, zwłaszcza, że zbiega się on z taką datą jak dzisiejsza.

  Na końcu, w obrazkach, ukryte są odnośniki do kilku starszych rzeczy (MOIM ZDANIEM) naprawdę wartych uwagi, ale zanim przejdziemy do tej końcówki...

  Chciałbym podziękować wszystkim, którzy tu zaglądają - jednorazowo bądź regularnie. Przyjemnie jest mieć świadomość, że to co piszesz do kogoś dociera, a nie widzę tego wyłącznie po liczbie z czwartego akapitu, ale również po komentarzach, które czasem pojawiają się pod postami. Nie przedłużając - dzięki, kurwa!

  To ja się żegnam, podrzucam te odnośniki i ten, do następnego!
http://kackiller.blogspot.com/2014/05/buka-z-szynka.html
http://kackiller.blogspot.com/2014/06/biae-skarpetki.html
http://kackiller.blogspot.com/2014/12/w-autobusie.html
http://kackiller.blogspot.com/2015/03/naogi.html
http://kackiller.blogspot.com/2015/10/ze-mna-sie-nie-napijesz.html

* - dane na 7.05.16r., godz. 17:00.

środa, 4 maja 2016

Dobry ten koncert?

   Mam wafle. Mam oranżadkę o smaku enerdżi drinka (Dżeronimo Martins, to Wam wyszło!). I mam nowego Mikołaja w tle, którego muszę co chwilę zapętlać (klik).
(źródło zdjęcia oryginalnego: facebook.com/hiphopkemppl)
   Sytuacja jest taka, że po chwilowej stagnacji (kocham to słowo, stagnacja, stagnacja, stagnacja, stagnacja, stagnacja, stagnacja, stagnacja, starczy) życiowej spowodowanej napierdalaniem licencjatu wracam powoli do normalnego życia, mogę czytać bez przypału i ogarniam kilka rzeczy blogowych ostatnio (o tym więcej w weekend). To w sumie tyle, chciałem się tylko pochwalić. A tera część właściwa posta!

   Macie takich znajomych co biorą udział w licznych wydarzeniach na fejsbukach? No każdy ma w sumie znajomych, którzy biorą udział w wydarzeniach. Ale nie do końca o to mi chodziło. Raczej o znajomych, którzy deklarują się, że "tak, kurwa, jadę na każdy jebany koncert każdego jebanego zagranicznego artysty w tym kraju". A na ilu są? No właśnie... Na dwóch. Polskich wykonawców. Darmowych, kurwa, najczęściej.

   Ja nikomu w portfel nie zaglądam, bo po co mi to? Ale ziomek, mordo i Ty - dupeczka, kruszynko, na chuj bierzesz udział w wydarzeniach, na które i tak się nie wybierzesz, bo za daleko, bo hajs się nie zgadza, bo matka Cię nie puści, bo bilety Ci wykupili, bo cośtam, cośtam? No ja nie wiem na przykład.

   Hipo(potam)tetycznie jest koncert jakiejś super gwiazdy, takiego Dżastyna Bybera (Purpose jest sztosem strasznym) i na wydarzenie zapisuje się milion Kaś, Ań, Zuź, Baś, Zoś i jedna Genowefa. Organizator się jara, bo hajs się będzie zgadzał, przenosimy imprezę na Narodowy, bo gdzieś tam, gdzie początkowo miał by koncert to się nam milion osób nie pomieści. Przenoszo! Jaranko. Milion uczestników na jednym wydarzeniu. Organizator zaciera ręce. Przychodzi dzień koncertu, w przedsprzedaży zeszło dwajścia biletów, na bramkach wejszła jeszcze Marysia z matko. Organizator płacze, bo musi dołożyć sporą sumę do koncertu.

   Trochę podkoloryzowałem, ale tak się zdarza - znam takie przykłady z tzw. własnego podwórka. W Tarnowie w chuj koncertów było zaplanowanych, w wydarzeniach brało udział po kilkaset osób, a na imprezę przychodziło, kurwa, tyle, że wszystkie twarze na tym koncercie zapamiętasz do końca swojego życia. Albo odwoływali tydzień przed, bo za mało biletów zeszło w przedsprzedaży.

   Człowieku, szanuj Ty się i szanuj organizatora, bo można się na tych wydarzeniach przejechać. To nie jest iwent "Głosujemy na Maćka w wyborach na przewodniczącego klasy", albo "Wesprzyj, kurwa, Boba w konkursie na fejsbuku", gdzie liczy się masówa. Albo chuj, nie liczy się, bo fejsbukowe konkursy na lajki są, kurwa, bez najmniejszego sensu. I jak taki, kurwa, kiedykolwiek zrobię to nazwijcie mnie hipo(potamem)krytą jebanym.

   Jak myślisz o jakimś koncercie to se kliknij, że jesteś zainteresowany, a nie, że bierzesz udział, bo to chujowe jest. Jak będziesz "zainteresowany" to i tak przyjdą Ci wszystkie powiadomienia z iwentu na fejsiku. A jak już będziesz pewien, że nie przyjdziesz na ten koncert to kliknij se, że jednak nie weźmiesz udziału, kurwa, no. Mam masę takich znajomych co kursorem po fejsbuku jeżdżo po całej Polsce, czy nawet świecie, a jak ich zapytasz jak po koncercie to spodziewaj się wymijających odpowiedzi i tłumaczeń dlaczego nie udało im się na daną imprezę pojechać...

   Miło się było powkurwiać. Kochom to, serio. Lufa i klasycznie zapraszam do obserwowanie na dole, na fejsbuki (klik) i na tłitery (klik).