wtorek, 18 października 2016

Alkoholowy tag książkowy.

   Dziś jest wtorek, a ten tekst pisałem wczoraj, czyli w poniedziałek. A ten wstęp, co go teraz czytasz, piszę teraz, w sensie dziś, w sensie we wtorek. Muzyka dziś bardzo w klimacie (klik).
(Photo credit: Dusty J via Foter.com / CC BY)
   Dla jednych stawianie książek obok alkoholu jest profanacją. Dla innych książki i alkohol są idealnym połączeniem. Kto z osób pełnoletnich nigdy nie zasiadł do czytania z lampką wina lub kuflem piwa niech pierwszy rzuci pustą butelką. Nawet wielcy pisarze niejednokrotnie tworzyli po alkoholu, niektórzy pisali o swoich ulubionych napitkach, inni o drinkach, które spożywali bohaterowie ich książek. Powstał nawet Literacki almanach alkoholowy autorstwa Aleksandra Przybylskiego, a to już chyba o czymś znaczy.

   W dobie wszędobylskich tagów książkowych (których staram się unikać - ale dziś jebie ode mnie hipokryzją) postanowiłem, trochę przekornie, stworzyć swój Alkoholowy tag książkowy. Nie będę już przedłużał, bo procenty się ulatniają, a nie ma tu chyba nic do tłumaczenia, bo wszystko jest wytłumaczone niżej...

PERŁA - pozycja, którą kupiłem tanio, a okazała się całkiem niezła.
Nie powiem, tu miałem problem, bo kilka takich się u mnie znalazło sporo. Ostatecznie zdecydowałem się na Disko Anny Dziewit - Meller. Za tę pozycję zapłaciłem szesnaście złotych, co nie jest najniższą kwotą, jaką dałem za książkę, ale Perła nie jest też najtańszym z piw. Disko okazało się książką w moich oczach wybitną (więcej pisałem o niej tutaj). Jak na pierwszą styczność z panią Anią, to było bardzo dobrze i chcę więcej. Tak samo mam ze wspomnianym piwem - wypiję jedno i chcę kolejnych.

TANIE WINO - pozycja, którą kupiłem tanio, a była tragiczna.
Sytuacja podobna do tej opisanej powyżej. Kilka chujowych i tanich książek w życiu przeczytałem. Najbardziej zawiodła mnie jednak Teraz ją widzisz Joy Fielding (pisałem o niej więcej tutaj). Nie była to pierwsza książka tej autorki, którą przeczytałem, więc spodziewałem się czegoś na podobnym, całkiem niezłym poziomie - jak Strefa szaleństwa. Zawód straszny.

PIWO KRAFTOWE - książka świetna, niszowa, którą nie każdy doceni.
Wybór mógł być tutaj tylko jeden - Odwrotniak Jakuba Małeckiego. Autor ten jest teraz wynoszony na piedestał za sprawą głośnego Dygotu i najnowszej jego książki - Śladów (o Śladach więcej pisałem tu). Ja Małeckiego odkryłem trochę wcześniej. Wszystko zaczęło się od Dżozefa, a następnie w moje ręce wpadł Odwrotniak (o którym więcej pisałem tutaj), który okazał się pozycją świetną, choć mocno niedocenioną w środowisku czytelniczym. Nie wiem czym jest to spowodowane, ale podejrzewam, że winna jest temu zmiana stylu Małeckiego, który wcześniej trzymał się bardziej fantastyki i horroru - Odwrotniak jest jedną z jego pierwszych książek, które można zaliczyć do nurtu literatury obyczajowej z elementami realizmu magicznego. To tak jak w przypadku niektórych eksperymentalnych piw kraftowych - Kopyrowi podejdzie, a innym birofilom nie.

CZYSTA - książka, po której miałem kaca.
Po tej pozycji Kaca miałem bardzo pozytywnego. Instytut Jakuba Żulczyka, to książka, która rozpierdoliła mnie doszczętnie. Pisałem już (tu), że po ostatniej stronie siedziałem przez chwilę na łóżku i nie wiedziałem co się dzieje. Czasem bywa podobnie jak się napierdolę. Przez następny dzień (i kilka kolejnych) Instytut nie mógł wyjść mi z głowy. Podobnie jest z kacem, ale głównie na drugi dzień, kiedy odczuwamy skutki wczorajszej popijawy i alkohol nie do końca został jeszcze przefiltrowany przez nasz organizm.

LIKIER KOKOSOWY - przyjemna, choć nieco egzotyczna książka.
Kolejna pozycja nie do końca zgadza mi się z kategorią. Japonia jest dla mnie krajem egzotycznym, więc to akurat siedzi. Norwegian wood Murakamiego nie jest jednak książką przyjemną. To książka do długiego kontemplowania, która (podobnie jak Instytut) na długo zostaje w głowie. Jej tematyka nie jest czymś prostym, przyjemnym i jednoznacznym. To w końcu Murakami, więc to normalne, że nie wszystko jest podane na tacy, jak Malibu z lodem i mlekiem. Norwegian wood czyta się jednak bardzo przyjemnie.

KAMIKADZE - książka, którą czyta się szybko.
Kamikadze to dla mnie niebieskie shoty o smaku pomarańczowym (albo cytrynowym) - uściślam to, bo są miejsca, gdzie smaki jak i kolory są przeróżne, a nazywają się nadal kamikadze (choć nie powinny). Głównie podawane jest na tackach po kilka (6-8) kieliszków. Każdy shot jest jak rozdział, który łyka się na raz. Tak właśnie miałem z rozdziałami w Kasacji i Zaginięciu Remigiusza Mroza - dwóch pierwszych częściach z serii o Joannie Chyłce. Pierwsza tacka to Kasacja (więcej tutaj) - kilka szybkich rozdziałów i przechodzimy do tacki drugiej - Zaginięcia (więcej tutaj), które łykałem równie szybko.

CHLANIE NA POSIADÓWCE - książka, o której lubię rozmawiać.
Piciu na typowych posiadówkach, obok puszczania chujowej muzyki, głównie towarzyszą rozmowy. A te po alkoholu to są najlepsze. Są też książki, o których można mówić tyle, że japa się nie zamyka - dokładnie tak jak po alkoholu. Jedną z książek, o których mogę mówić (prawie) bez końca jest Radio Armageddon Jakuba Żulczyka. Wydaje mi się, że właśnie o tej pozycji rozmawiałem z największą liczbą osób i najwięcej. Świetna rzecz, o której naprawdę można gadać, gadać, gadać, łyknąć jakiegoś piwka i dalej gadać. No i to też nie jest książka prosta, więc jest o czym rozmawiać.

CHUJOWA IMPREZA - książka, której nie skończyłem czytać.
To trochę profanacja z mojej strony, bo to akurat Czytadło Tadeusza Konwickiego, ale kompletnie nie potrafiłem przez nią przebrnąć. Odpadłem po mniej więcej dziewięćdziesięciu stronach, odłożyłem ją na półkę, przeleżała na niej kilka lat i... wymieniłem ją na coś znacznie luźniejszego. Ta pozycja to dla mnie bardzo trudny temat i podobnie bywa z chujowymi imprezami, o nich to się raczej nie mówi, bo drętwo, nic się nie dzieje, więc nie ma o czym nawet rozmawiać.

ŻUBR - bestseller, który mi się nie podobał.
50 twarzy Grey'a. I pozostawię to bez komentarza, bo to nie wymaga żadnych wyjaśnień. A, jednak jedno wyjaśnienie. Dlaczego Żubr? Wyczytałem, że akurat to piwo było tym, które w Polsce sprzedawało się w zeszłym roku najlepiej.

WHISKY - książkowy klasyk, którym powinno się delektować.
Nieznośna lekkość bytu Milana Kundery. To książka, którą trzeba czytać w pełnym skupieniu i poświęcić jej dość dużo czasu. Trzeba ją porządnie przetrawić, przemyśleć, wyłapać wszystkie smaczki. Podobnie jest w przypadku whisky, które powinno się pić powoli i małymi łykami wyłapując przy tym wszystkie nuty smakowe, bo tylko w taki sposób można docenić naprawdę dobry trunek. Trunek, do którego ja mam uraz, ale to nie miejsce na rozwijanie tego tematu.

GRZANE WINO - książka idealna na chłodne wieczory.
To musi być książka ciepła. Taka, która rozgrzewa od środka. Taka miła dla człowieka. Mam problem, bo rzadko takie czytam, jednak pogrzebałem w pamięci i gdzieś tam znalazłem pewną książką, a właściwie to całą serię. Takie ciepłe, typowo zimowe wydają mi się wszystkie książki Goscinnego o Mikołajku. Rzecz nieco infantylna, ale mam do tej serii straszną słabość i sentyment. A rzeczy, które dobrze się kojarzą trochę grzeją, nie?

SOMERSBY - książka idealna na lato.
Wyjaśnię najpierw czemu Somersby, a nie radler. Sprawa prosta - radler kojarzy mi się z czymś o niskiej zawartości alkoholu, czymś bardzo lekkim w przyswajaniu, trunkiem, który można w siebie wlewać litrami, a nie da to żadnego efektu. Somersby jest naprocentowane trochę bardziej, przy czym nie traci swojego letniego charakteru, a ja wolę takie książki, z których można wyciągnąć znacznie więcej. Taki właśnie był dla mnie Czik Wolfganga Herndorfa - historia typowo letnia, choć przesiąknięta bardzo pożyteczną nauką. Poleciłbym ją głównie gimnazjalistom i licealistom, choć ja ją czytałem chyba na trzecim roku studiów licencjackich, więc jest mocno uniwersalna. No i wchodzi jak zimne Somersby o smaku limonki i białego bzu w upalne lipcowe popołudnie.

NAJDROŻSZA FLASZKA W BARKU - książka, którą mam, słyszałem, że jest świetna, ale jeszcze jej nie przeczytałem.
I takich książek Ci u mnie dostatek. Ja postanowiłem wybrać Historię pszczół Mai Lunde - pozycję, o której czytałem i słyszałem naprawdę dużo dobrego, nie trafiłem chyba na ani jedną niepochlebną recenzję tej pozycji. Na okładce znajduje się informacja, że książka zdobyła Nagrodę księgarzy norweskich, co można odebrać jako pewną gwarancję jakości. Podobnie bywa w przypadku drogich i ekskluzywnych alkoholi - zdobywają one liczne wyróżnienia, które równoznaczne są z uznaniem koneserów. Liczę na to, że gdy wreszcie zabiorę się za lekturę Historii pszczół będę mógł wystawić jej mój wyimaginowany Znak jakości Kac Killer.

MODŻAJTO - książka dobra dla kobiet.
Nie będzie to książka aż tak bardzo kobieca, jak mogłoby się wydawać, ale w moim odczuciu jest taką, którą każdej kobiecie chętnie bym podrzucił. Chodzi o Księżniczkę z lodu Camilli Läckberg. Nie potrafię jednak tego uzasadnić. Po prostu ta książka mi się kojarzy z kobietami. Może to przez to, że początkowo miałem do niej takie podejście, że jak kryminał pisany przez kobietę, gdzie główną bohaterką jest kobieta, to i kobietom ta pozycja podejdzie. Okazało się, że jest dość uniwersalna, choć ten mój początkowy stereotyp pozostał do dziś.

TATRA - najgorsza książka mojego życia.
Turnus Tomasza Łubieńskiego. Kurwa mać. Najgorsza rzecz na świecie. Liczyłem na przyjemną i krótką, typowo wakacyjną książkę. Turnus okazał się najbardziej męczącą i bezsensowną lekturą, jaką w życiu czytałem. No bez kitu. raz w życiu piłem Tatrę i nie chcę tego więcej powtarzać. Tak samo nie chcę już nigdy w życiu na oczy widzieć Turnusu. Odradzam jak i Tatrę.

PIĘĆDZIESIĄTKA CZYSTEJ Z SOKIEM GREJPFRUTOWYM - najlepsza książka jaką czytałem.
Tutaj nie miałem żadnych wątpliwości. Choć cenię wielu pisarzy polskich i zagranicznych, to wybór mógł paść wyłącznie na jedną osobę i jedną książkę, no i nie musiałem się nad tym nawet zastanawiać. Nie będzie to nic Bukowskiego, Murakamiego, Żulczyka, Małeckiego, czy kogokolwiek innego. Walc pożegnalny Milana Kundery. Tak, to ta książka mojego życia. Przeczytałem ją tylko raz, ale ona zmieniła moje myślenie - o życiu i o literaturze. To moje prywatne odkrycie, którym staram się dzielić z każdym człowiekiem. To również pierwsza książka Kundery, jaką przeczytałem i cieszę się strasznie, że ten nieświadomy wybór padł właśnie na Walc pożegnalny. Świetna historia, genialnie wykreowani bohaterowie, kilka dni z ich życia, czeski kurort i maleńka szczypta specyficznej, kunderowskiej magii. Geniusz zamknięty w niecałych trzystu stronach. A motyw okładkowy z tego nowego wydania z WABu kiedyś sobie wydziaram. A wódka z sokiem grejpfrutowym, bo jakbym miał sobie wybrać jeden trunek, który miałbym pić do końca życia, to właśnie byłaby to pięćdziesiątka czystej zalana różowym sokiem. Chyba najbardziej lubię. 

  Jajebie. Jak ktoś dotrwał do tego momentu, to podziwiam, bo ja sam, podczas pisania miałem problemy. Serio. Nawymyślałem tych kategorii, a nie przemyślałem tego do końca i nie wiedziałem momentami co mam do nich dopinać. W ogólnym rozrachunku uważam, że wyszło całkiem nieźle i jestem nawet zadowolony.

   Na samym początku zakładałem sobie, że nikogo nie będę nominował, ale postanowiłem jednak zmienić zdanie. Uwaga, nominuję:
- Hanię z Czymkolwiek (obiecałem przecież :)))))));
- Kaję z Do kawy blog (niech Kac Cię poniesie również u Ciebie);
- Paulinę z Księgoteki (bo ostatnio coś ucichłaś);
- Rachelcię z Rachelcia pisze (bo w sumie to będzie dla Ciebie dobre urozmaicenie);
- Pawła z Recenzum komiksiarza (bo musiał się tu znaleźć jakiś mężczyzna - zezwalam Ci Pawle na zamianę książek na komiksy);
+ i jeszcze bonusowa nominacja dla mojego człowieka Dejwa, który bloga nie ma, ale wspominał, że planuje go założyć, więc jak wreszcie założy, to niech czuje się nominowany.

   A jak znajdzie się ktoś chętny na to, by z własnej woli wziąć udział w tym tagu, to nie mam nic przeciwko, bardzo proszę (a jak dodacie gdzieś tam, że to ja jestem jego autorem [WYPADAŁOBY, bo trochę czasu poszło na wymyślenie tego wszystkiego], to się nawet trochę uśmiechnę). Jak coś to tu (klik) macie same, czyste pytania (czy jak to się tam zwie), bo wiem, że ludzie to lenie śmierdzące i by się wam nie chciało tego przepisywać.

   No, to nara.

  Więcej mnie:
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

sobota, 15 października 2016

Per mortuos ad astra.

   Miałem małą blokadę pisarską na tematy nieksiążkowe, ale dziś się to zmieniło. Nie wiem tylko, czy na szczęście, czy raczej, kurwa, zdecydowanie nie. Poza tym mówiłem sobie, że nie będę poruszał tematów trudnych - i ogólnie, i dla mnie - bo to się trochę mija z moimi założeniami - blogowymi i życiowymi. Ale czasem się nie da wysiedzieć w spokoju. Bez muzyki dziś, bo mi muzyka nie pasuje. Tak samo jak i żadne zdjęcie w tło tytułu.
   Jak mieszka się w okolicy miasta, gdzie najpopularniejszym sportem jest żużel, to od pewnych tematów się nie ucieknie, nawet jakby się chciało. Tak jest w moim przypadku, bo ten sport mnie kompletnie nie rusza, nie rozumiem jeżdżenia w kółko i nie zamierzam się wypowiadać w kwestiach technicznych, a raczej typowo ludzkich.

   Kilka miesięcy temu miejsce miała dość głośna sprawa, bo jeden z młodych, perspektywicznych zawodników z pobliskiego klubu miał dość poważny wypadek, a w wyniku odniesionych obrażeń zmarł kilka (albo kilkanaście) dni później. Sytuacja bardzo nieprzyjemna, nie tylko dla rodziny, ale i dla całej żużlowej społeczności - zupełnie pomijana w tych większych, czołowych mediach, co moim zdaniem było bardzo dobrym wyjściem. Zdaniem rodziny - chyba jednak nie do końca...

   Wszystko zaczęło się jeszcze wtedy, gdy zawodnik walczył o życie. Rodzina, głównie za pośrednictwem mediów społecznościowych jego siostry, prosiła o wsparcie, modlitwę - standardy, o których każdy by w podobnej sytuacji pomyślał. Problem jest jednak taki, że rodzina miała pretensje, że jest to temat pomijany w tych szerszych mediach, nie mówi się o tym w telewizji, a o tym, że któryś z polskich piłkarzy strzelił nieważnego gola trąbią wszystkie stacje. Ponadto pojawiały się również wpisy o tym, że nagle wszyscy krewni (nawet ci najdalsi) przypominają sobie o zmarłym kuzynie - ale czy jest coś złego w tym, że ludzie próbują okazać innym wsparcie? No kurwa, nie sądzę. To normalny, ludzki odruch. Po śmierci żużlowca, jego rodzina była odpytywana przez lokalne media w kwestii całego wypadku, jakichś wspominek o zmarłym i tym podobnych spraw. Ponadto w wywiadach poruszany był temat drugiego zawodnika, który brał udział w wypadku, a wyszedł z niego praktycznie bez szwanku - zdaniem rodziny ten, który przeżył był winny całemu zajściu. Zrobiłem sobie dla przypomnienia mały risercz - w całą sprawę mieli zostać wprowadzeni prawnicy klubu, który reprezentował wspominany zawodnik, bo siostra zmarłego na swoim blogu żądała sprawiedliwości. Momentami chyba trochę za bardzo. I tutaj twierdziłem, że sprawa nie jest warta mojej uwagi.

   Całość ucichła. Do czasu. Do czasu, w którym ogłoszono, że powstaje piosenka na cześć zmarłego zawodnika, a wykonywać ją będzie jego siostra, która coś tam sobie śpiewa. Spoko, szanuję, nie oceniam umiejętności wokalnych, bo to nie czas na to i w zasadzie nie ma o czym mówić. Do ballady powstał klip, w którym udział wzięło kilku mniej lub bardziej znanych żużlowców z mniej lub bardziej ścisłej światowej czołówki - szanuję, spoko gest. Kawałek sprawdziłem kilka dni po premierze, miał wtedy jakieś sześćset, może siedemset tysięcy wyświetleń. Nie zdziwiło mnie to, bo skoro sprawą żyje całe polskie (i nie tylko polskie) żużlowe społeczeństwo, to liczby kompletnie nie zaskakują. Zdziwił mnie tylko AdSense włączony pod klipem. Po co? Osobiście bym odradzał od samego początku, bo może to uchodzić w oczach ludzi za próbę zarobienia na rodzinnej tragedii, a za takie próby media są wyzywane od najgorszych. No ale wiadomo, jeśli rodzina sama niejako próbuje uciułać trochę grosza na własnej tragedii, to raczej nic złego w tym nie będzie. Zrozumiałe by to było, gdyby hajs zarobiony na wyświetleniach i sprzedaży plików mp3 (bo i takie są za kilka złotych rozprowadzane w necie) przeznaczony został na jakąś fundację lub wsparcie dla żużlowców po wypadkach, a nigdzie takiej informacji nie ma. Wrzało we mnie trochę, ale opanowałem się, no bo szkoda strzępić ryja.

   Dziś nie wytrzymałem. Nie wiem czemu, ale wstałem dość wcześnie. Na tyle wcześnie, że przeleciałem trochę po stacjach w tv i trafiłem na jeden z programów śniadaniowych. Zazwyczaj poruszane są tam tematy proste - jakieś porady modowe, kulinarni eksperci zapodają propozycje na jakieś wymyślne potrawy, pogodynki prezentują pogodę, ogólnie mówi się w dość luźnym tonie o sprawach codziennych. Po co więc zapraszać do takiego programu rodzinę zmarłego sportowca? No ja nie wiem. Żyję na tym świecie już chwilę i potrafię trochę rozpoznawać ludzkie emocje i zachowania. Początkowo pozorny żal widoczny i słyszalny u wszystkich członków rodziny, po kilku minutach przerodził się w jakąś farsę, która przypominała nieudane przedstawienie - takie, w którym jedną z aktorek dzika fantazja ponosi za bardzo. Niby wspominki, które mogą się wydawać trochę bolesne dla ludzi cierpiących po stracie bardzo bliskiej osoby, a tu córka matce wchodzi w zdanie, uśmiecha się, szczerzy ząbki do kamer, a przed chwilą na jej twarzy widać było smutek. Matka wyglądała, jakby nie wiedziała co ona robi na tej kanapie i w sumie się jej nie dziwię, bo pewnie ma już dość tej całej sprawy. Podobnie z ojcem - oglądałem jakieś starsze wywiady z nim i w dzisiejszej rozmowie słychać było, jak głos mu się łamie, jak język lekko się plącze. Dokładnie tak, jak człowiekowi, który odczuwa wielką stratę, żal i jednocześnie miał dość tego wszystkiego, a sam już w jednym wywiadzie powiedział, że byłoby lepiej, gdyby to on zginął, a nie jego syn. Podejrzewam, że sami raczej by nie brali udziału w programie, ale miłość do córki mogła przezwyciężyć niechęć. Tak, do córki. Bo można odnieść wrażenie, że ona niejako próbuje się podpromować na tragedii, która spotkała tę rodzinę. Razem z liczbą wyświetleń wspomnianego klipu, wzrosła liczba odtworzeń jej innych kawałków na jutubie. Razem z szumem wokół brata, zrobił się szum wokół siostry, która wylewała swe żale i publikuje je w necie - na swoim fanpejdżu, profilu publicznym i blogu. W filmikach dziękuje za wszystkie wyświetlenia zasłaniając się tym, że z takimi odbiorcami pamięć o jej bracie nie zginie. I jeszcze ta udawana skromność i zaskoczenie, gdy we wspominanym programie została poproszona o wykonanie utworu na żywo - zupełnie jakby dzień (czy tam kilka dni) wcześniej nie wrzucała w sieć fotek z podpisami w stylu próby przed niespodzianką. Trochę przykre.

   I każdy dobrze wie, że normalnie pewnie rzucałbym bardziej niepochlebnymi komentarzami, ale dziś tego nie zrobiłem. Jeśli kogoś mimo wszystko uraziłem, to przepraszam i proszę o wybaczenie, bo nie to miałem na celu. Nie rzucałem również żadnymi nazwiskami, linkami, nazwami stacji, a mogłem, bo dzięki temu częściej można by mnie znaleźć w guglu i nabiłbym sobie wyświetleń. A ja tego robić nie chcę, bo głupio by mi było podkręcać sobie liczby na tragedii czyjejś rodziny. Nie zrobiłem tego z szacunku. Z szacunku dla zmarłego i jego rodziców.

   Takich przypadków jest, była i będzie masa. Niektóre na znacznie większą skalę (jak w przypadku jedynego w swoim rodzaju pana prezesa), inne na dużo mniejszą. Powyższy jest tylko jednym z przykładów, choć mi poniekąd najbliższym. I mam nadzieję, że ludzie zrozumieją (wątpię, by panna brana za przykład to przeczytała, więc wierzę, że sama dojdzie do odpowiednich wniosków) to, jak ich zachowanie może być odbierane przez innych. Bo czasem warto zwolnić. Bo ktoś na tym może ucierpieć. A zbędnym szumem życia zmarłym nie wrócicie. Choćbyście nie wiem jak bardzo chcieli.

  PS Jak jesteście dobrymi ludźmi to zróbcie dziś jeden dobry uczynek (lub jeden dobry uczynek więcej). Wypełnijcie ankietę (klik) takiej jednej Hani. Będzie jej miło. Mi będzie miło. Wam pewnie też będzie miło. Niech będzie miło wszystkim.

  Więcej Kacówy:  
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

wtorek, 11 października 2016

Książki na Kacu: Ślady.

   Jesień niewątpliwie stwarza genialny klimat do czytania książek, a zwłaszcza, gdy doprawimy ją sobie dobrą, typowo jesienną muzyką. Na przykład taką (klik).
(fot. Kac fotomejka')
   Zacznę dziś mocno osobiście i sentymentalnie. Na swoim blogu wspominałem już nie raz, że do pewnego czasu nie czerpałem zbyt dużej przyjemności z książek, czytałem znacznie mniej niż teraz i raczej rzadko. Wszystko zmieniło się mniej więcej rok temu - w październiku 2015. Postanowiłem sobie, że spróbuję czytać minimum jedną książkę na tydzień. Spróbowałem i teraz tego nie żałuję. Pewnie sobie pomyślisz, że pierdolę od rzeczy, bo co to ma do kolejnej mojej recenzji, nie? A ma, nawet bardzo dużo. Jednym z autorów, którzy zmienili moje podejście do książek był właśnie Jakub Małecki, którego Dżozef był jedną z pierwszych książek w moim małym postanowieniu czytania jednej książki na tydzień. Teraz historia zatoczyła koło, bo październik 2016 otworzyłem Śladami - najnowszą książką wspomnianego już autora, Jakuba Małeckiego.

   Wbrew temu, po czym mi dał się poznać Małecki, Ślady to zbiór opowiadań, a ja jestem bardziej przyzwyczajony do niego w znacznie dłuższych formach - powieściach. Na kartach tego zbioru poznajemy historie przeróżnych ludzi, którzy pozornie wydają się nie mieć ze sobą kompletnie nic wspólnego, no ale pozory, jak to pozory - mylą i to bardzo. Życia bohaterów wszystkich opowiadań zawartych w Śladach przeplatają się - cytując fragment opisu, który znalazł się na rewersie okładki: Tadeusz Markiewicz ginie na wojnie, ale nie umiera cały. Pada na ziemię z rozerwaną głową, aby od tej pory trwać w życiach innych. Jego daleka krewna, Bożena Czerska, zostaje po wojnie światowej sławy modelką i uciekając przed samą sobą, odciska ślad na każdym, kogo spotka. Jej ojciec, Ludwik, każdego dnia budzi się, nie wiedząc kim jest, a jednak próbuje być kimś. Kolejne życiorysy przeplatają się coraz gęściej, tworząc niepokojącą mozaikę radości, tęsknoty i strachu. Jeśli wydaje Ci się to pokręcone, to cóż, masz rację - jest pokręcone, ale kurwa, kto spodziewał się po Małeckim miałkich historyjek, które bez problemu zrozumie każdy średnio rozgarnięty pierwszoklasista składający litery w pełne słowa, potrafiący wybadać z nich właściwy kontekst. Każde z opowiadań ma jednego głównego bohatera i kilku pobocznych. Nieprzypadkowo tak ciągnę o tych bohaterach - oni są tu kluczowi, bo każdy z nich zostawia po sobie jakiś ślad, a sam autor ukazuje w nich swój kunszt. Dajcie mi innego pisarza, który w kilkunastostronicowym opowiadaniu potrafi tak skleić i przedstawić bohatera, że wydaje się on prawdziwy do tego stopnia, że widzimy go przed swoimi oczami. Umie tak któryś? No to niech rękę podniesie i udowodni, bo ja nie uwierzę.

   Opowiadania to jednak nie tylko bohaterowie. To również akcja, miejsca, historie. Ja nie wiem jak to możliwe, ale Małecki pisze tak prawdziwie, że ja się często czuję jakbym sam znalazł się gdzieś obok bohaterów albo przeżywał te historie razem z nimi. Powtórzę to jeszcze raz i będę to powtarzał tyle razy ile będzie trzeba - ten gość jest niesamowity. Nie wiem, może to przez to, że przeczytałem jeszcze w życiu za mało, ale nie spotkałem się dotychczas z książką, która powodowałaby we mnie tak duże emocje. Ze Śladami czytelnik się zżywa, bo inaczej nazwać się tego nie da. Albo da. W Ślady się wchodzi w nich się zanurza. W całości. Ginie w ich odmętach. Tonie. Ale tak tonąć, to ja bym mógł codziennie.

   Na osobny akapit zasługuje samo wydanie. Okładka jest jedną z najlepszych jakie zagościły na mojej półce i chętnie zamieściłbym na swojej ścianie oprawiony plakat przedstawiający okładkową twarz, tylko znacznie powiększony. SQN - pomyślcie o tym, bo pewnie znalazłoby się więcej osób chętnych na taką rzecz! Pomysł na mapy pokazujące miejsce akcji - strzał w dziesiątkę, choć z czytelnością niektórych miałem lekkie problemy. Autentycznie - jedna z najlepiej wydanych książek, jakie w życiu widziałem.

   Autor - jak wydawca informuje na okładce - głośnego Dygotu nie należy do tych prostych w odbiorze. Ślady i ich poprzednik nie są książkami, które po przeczytaniu postawisz na półce i o nich zapomnisz. To takie pozycje, które wwiercają się w głowę, wchodzą głęboko między zwoje mózgowe i tam zapadają w półsen - zostają w pamięci na zawsze. Nie dziwi mnie wcale wspominanie o Dygocie przy okazji wszelkich wypowiedzi na temat Śladów, bo to książki niejako podobne. Spotkałem się z opiniami, że najnowsza książka Małeckiego może być uważana za swego rodzaju kontynuację ostatniej jego powieści. Czytałem nawet słowa, że Ślady to kilkanaście mniejszych Dygotów. Nie da się nie zgodzić z tymi opiniami, bo są bardzo trafione. Ale po co zamykać się tylko na takie skojarzenia? Przecież w Śladach można odnaleźć również punkty wspólne z innymi powieściami Małeckiego - z Odwrotniakiem i Dżozefem, o których praktycznie wszyscy nie tyle zapominają, co nigdy o nich nie słyszeli. Trochę to smutne.

   Ślady są idealnym przykładem na to, że Małecki potrafi zachwycać i robi to, no bo czemu miałby tego nie robić, skoro potrafi? Ten gość na stałe zasiadł między czołówką najlepszych polskich pisarzy młodego pokolenia i jeśli będzie nadal trzymał taki poziom, to może być pewny, że za jakiś czas będzie polskim numerem jeden. Bo moim prywatnym, to chyba już jest. Ocena:
(źródło zdjęcia oryginalnego: nexusmods.com)
   Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu SQN, a Ty czytaczu idź do sklepu i to kup. Albo zamów sobie przez internet. I delektuj się jak najlepszymi świeżymi pierogami prosto z gara w domu babci. Albo czymś innym co lubisz jeść.

  Więcej Kaca:
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

piątek, 7 października 2016

Książki na Kacu: Zaginięcie. (z gościem!)

  Mógłbym tę recenzję podciągnąć jeszcze pod #polskiwrzesień, ale jest już październik to nie będę, ale za to muzyka będzie z września, o (klik).
(sam zrobiłem tę piękną fotografię, o!)
  Wasza ulubiona para powraca! Nie, nie chodzi mi o Chyłkę i Oryńskiego (choć również i oni powracają). Chodzi o Kaca i Kaję z Do kawy blog (klik)! Pierwsza wspólna recenzja okazała się strzałem w dziesiątkę, nie tylko pod względem zainteresowania, ale również w kwestiach bardziej osobistych - świetnie nam się pracowało przy tworzeniu tekstu o Kasacji, więc uznaliśmy, że warto kontynuować tę współpracę (nie chcę za daleko wybiegać w przyszłość, ale możecie oczekiwać, że serię z Chyłką doprowadzimy wspólnie do końca). Już pisałem przy okazji poprzedniej recenzji jak bardzo oddzielne punkty widzenia mamy (tu możecie to sprawdzić - klik). Potwierdziło się to jeszcze bardziej po tym, jak zrobiliśmy test na to, którą postacią z serii jesteś. Oddzielnie zrobiliśmy, każdy swój - ja sam, Kaja sama. W stu procentach prawdziwie, bez wybierania odpowiedzi tak, by stać się tą postacią, którą najbardziej lubimy. Mi wyszło, że jestem Chyłką, Kaja okazała się Kordianem. Nie przedłużając już (jak pewnie uważacie) kurewsko nudnym wstępem - przejdźmy do Zaginięcia! A, i dziś kolorystyka będzie bardziej dopasowana do okładki niż ostatnio (że też poprzednio o tym nie pomyślałem...) - ja czorny, Kaja taka niebieska bardziej.

   Już w czasie lektury pierwszej części, nawet po paru pierwszych rozdziałach byłam pewna, że bliżej mi do Oryńskiego niż do Chyłki. Błądząc w czeluściach Internetu, trafiłam na quiz, w którym można było zabawić się w klasyczną grę „zgadnij którą postacią jesteś”. Jak już Kac wspomniał… moje przeczucia się sprawdziły. Tak samo jak te, w których miałam nosa, że nasza wspólna recenzja będzie bardzo dobrym pomysłem. Dlatego nie pozostaje mi nic innego jak kontynuować cykl naszych recenzji. Kto wie ile lat będzie nam dane wymieniać nasze spostrzeżenia, sądząc po płodności naszego ukochanego autora… Pewnie wiele. Także… Stay tuned!

   O czym jest druga książka z serii z Joanną Chyłką, której okładkę zdobi nazwisko Remigiusza Mroza? No kurwa, o zaginięciu, to raczej logiczne... Młodemu małżeństwu - Angelice i Awitowi (kurwa, serio, AWIT?!) Szlezyngierom (Sztrasburgjerom) córka trzyletnia ginie. Angelika, jako była "koleżanka" Chyłki z liceum, wie do kogo zwrócić się w tej sprawie - i Ty, Czytelniku, też pewnie wiesz (jeśli pomyślałeś o Chyłce, to przybij sobie piątkę z matką, ojcem, bratem, siostra, psem, czy kogo tam masz - jeśli nie, przypierdol sobie piątkę w czoło). Sprawa jest trudna w opór, no bo jak udowodnić niewinność, gdy nie ma żadnych śladów, które by świadczyły o tym, że to nie rodzice zabili swoje dziecko? No jak? No, kurwa, nie da się. Nichuja. Ale do akcji wkracza prawdopodobnie najlepszy duet prawniczy, o którym słyszałem (bo to jedyny duet prawniczy, o którym słyszałem) - Joanna Chyłka i Kordian Oryński.

   Kolejna świetna historia pana Mroza, która przez jakiś czas trochę mi się dłużyła, bo jakoś tak mało się działo. Przynajmniej w moim odczuciu. Autor jednak umie przypierdolić w pysk nagłym zwrotem akcji i robi to, nawet kilka, jak nie kilkanaście razy. Po każdym takim zwrocie czułem się jak Kordian po spotkaniu z... A sam sobie Czytelniku dopowiesz z kim. Piękna sprawa to jest. Warto czasem tak nadstawić twarz do obicia, bo wszystko się wtedy może zmienić.

   I proszę. Tak jak się spodziewałam, różnice między nami są. Oczywiście, powiecie. No i dobrze, że tak powiedzieliście, bo teraz ja to potwierdzam. Ta część kupiła mnie od pierwszej strony. Wpadłam w nią jak przysłowiowa śliwka, tylko tym razem w klasyczny pomysł kryminalny, szukamy zaginionej osoby! Uwielbiam taką konstrukcję fabuły. Pisałam kiedyś na swoim blogu, że mam koleżankę, która twierdzi, że jeśli nie ma trupa na pierwszej stronie to nie jest dobry kryminał. Przez długi czas się z nią zgadzałam, jednak z racji starzenia się, ewentualnie „doświadczeń życiowych targających duszę”, dochodzę do wniosku, że wisząca w powietrzu „nadzieja” i „tajemnica” kusi mnie zdecydowanie bardziej. Remigiusz jak to ma w zwyczaju, podrzuca nam co jakiś czas kolejny element układanki, po którym dochodzimy do wniosku, że wiemy już wszystko, a za chwilę okazuje się, że wiemy guzik.

   I takoż przechodzę do sedna, bo rozgadałam się jak na typowe babsko przystało. Kumpela sprzed lat, która wykręciła taki numer, że osobiście utopiłabym ją w ługu (pozdrawiam Panie Zygmuncie), dzwoni w środku nocy, bo dziecko. Dziecko zaginęło, ale ups… jesteśmy podejrzani, pomożesz Asiu? No i… pomogła. Ja bym nie pomogła, ale to chyba nie ma tu większego znaczenia (a szkoda).

   Co dalej z bohaterami? Wiele się nie zmieniło - Chyłka nadal jest tą samą Chyłką, którą była wcześniej. Kordian trochę dojrzał, widać w tym rękę patronki, a także samodzielnie prowadzone sprawy (bo akcja obu książek nie następuje od razu po sobie, tylko po jakimś czasie). Oboje starają się walczyć z nałogiem nikotynowym, co nie jest łatwe - zaufajcie, wiem coś o tym. Odczułem spory niedosyt Kormaka w tej książce, którego w sumie polubiłem. Szlezyngier znacznie różni się od klienta pary adwokackiej z poprzedniej książki - znacznie bardziej współpracuje z prawnikami, stara się również bronić sam, co nie zawsze okazuje się dobrym wyjściem. Jego żona mnie strasznie wkurwiała, ale pewnie w tym osądzie nie jestem sam.

   Zgadzam się z przedmówcą, Kordian nieco dojrzał. Tylko wiecie, jest taki bardziej jak awokado. Niby miękki, ale jak rozetniesz to okazuje się, że gorzkie to i niedojrzałe. To właśnie taki jest Kordian w tej części. W dodatku marudzi, narzeka i wiele razy opóźnia rozwój zdarzeń swoimi zdroworozsądkowymi wywodami. Szkoda, że nie mogę działać na przykładach, ale jeśli zaczniecie czytać z pewnością odniesiecie podobne wrażenie. Chyłka jaka jest każdy widzi. Podejrzliwa, drąży i drąży. Jak i w poprzedniej części, wydrążyła. Przy okazji nieco się poparzyła, ale co poradzić, kiedy się współpracuje z taką pierdołą.

   Czy Zaginięcie jest podobne do Kasacji? Moim zdaniem nie do końca. Wiadomo - główni bohaterowie są Ci sami, znów razem pracują nad jakąś sprawą, ale to w sumie dwie różne książki. Mają punkty wspólne w postaci odwołań do części pierwszej, ale są one tak skonstruowane (a niektóre sytuacje zostały lekko nakreślone), że bez problemu można sięgnąć po Zaginięcie bez uprzedniego przeczytania Kasacji, za co spory plus (ale i tak polecam po nią sięgnąć). Ale co ponadto? Dwie kompletnie różne sprawy, dwa kompletnie różne światy. W obu powieściach jednak występują wątki - nie wiem czy dobrze tu trafię - mafijne. W jednej mamy do czynienia z panami w garniturach, w drugiej z bardziej dresiarskim gangiem - obie jednak mają tutaj jakiś punkt wspólny. Co je jednak dzieli? Rzecz kluczowa. W Zaginięciu jest zdecydowanie więcej thrilleru niż w Kasacji i to mi się mega podobało. Moje oczekiwania co do gatunku tej książki zostały spełnione znacznie bardziej niż w przypadku części poprzedniej, w której musiałem doszukiwać się thrillerowatości. Tutaj dostaję ją jako główną część drugiego dania. Jest to prawo jako surówka, czyli rzecz orzeźwiająca. Jest kryminał jako źmioki, czyli taki trochę zapychacz w przypadku niedosytu. I jest thriller, czyli taki kotlet zajmujący trzy czwarte talerza, który jest tym, na co czekasz przez cały dzień. NO POEZJA!

   Po raz kolejny zgodzę się z przedmówcą. Ta część ma zdecydowanie więcej tajemnicy i jak to określił Kac thrillerowatości. Podoba mi się ta konstrukcja, podoba mi się wyjście z korpo świata, co więcej podobają mi się żywe wątki między bohaterami. Nudziły mnie te wydęte sprzeczki między Oryńskim i Chyłką, w tej części przynajmniej wiadomo po co są. Skoro jestem kobietą, nie omieszkam wspomnieć o dreszczu i iskrze, która czasem świdrowała na plecach. Osobiście palnęłabym Oryńskiego w jego zakuty surdut, ale – jeśli wierzyć autorowi – przystojny i młody, warto ugryźć się w język.

   Jednocześnie dodam również, że czytając Zaginięcie zaczęłam czuć związek (nie nie, nie ten) między pierwszą, a kolejnymi częściami. Domyślam się jaką drogą zmierza autor i kto jest ogniwem wspólnym, co mnie niesamowicie cieszy, bo możemy pobawić się w zgadywanki.

   Jestem zadowolony. Tak prawie naprawdę zadowolony. Doczekałem się tego, czego oczekiwałem, ale jednak czuję, że coś jest nie tak. To zakończenie mi tak nie do końca odpowiada. Plus za to, że dla mnie było naprawdę niespodziewane, ale jednak wolałbym, by ta książka skończyła się tak, jak to sobie wyobrażałem. No inaczej, no. Nie zmienia to jednak faktu, że to naprawdę świetna pozycja, ale nie zasłużyła w moich oczach na to, by dostać lepszą ocenę. Więc jak dane Ci było przeczytać poprzednią recenzję, to wiesz ilu kolorowych Zachów teraz zobaczysz. Jak nie, to będziesz zaskoczony, no chyba, że tu (klik) zobaczysz ją wcześniej i nie dasz mi się zaskoczyć. Ocena:
(źródło zdjęcia oryginalnego: nexusmods.com)
   Podsumowując moje wszystkie pląsy na temat książki, oceniam ją dobrze. Mam jedynie problem z tym, że zaczyna mnie gryźć w oczy ta konstrukcja relacji bohaterów. Mam nadzieję, że z czasem nabierze ona charakteru, gdyż obecnie czuję czasem, jakbym przyglądała się przepychankom dwójki nastolatków, zbuntowanej i wyszczekanej szczeniary z piątkowym okularnikiem z 3b. Jednak jeśli oceniać samą fabułę i pomysł, zdecydowanie trafiony w mój gust. Mam nadzieję, że w kolejnej części znów ktoś zaginie. Jednocześnie, wolałabym aby nie dołączał do tego grona Kormak, zdecydowanie za mało tej postaci! Apeluję o Kormaka! Ocena:
(zdjęcie zajebałem z: aviationheadsets.net)
   Dziękuję za możliwość kolejnej współpracy, mam nadzieję, że niebawem zatrudni nas wielki portal i będziemy zarabiać miliony piniędzów na recenzowaniu książek z dwóch perspektyw. O ile Oryński nie wykończy mnie swym ględzeniem, a Chyłka buńczucznością. Kacu! Tenk ju wery macz!

   No i ja również Kai dziękuję, idźcie do niej na fanpejdża (klik) i dajcie jej trochę skacowanej miłości w postaci lajków, bo zasługuje mocno na nią, bo się stara, bo nagina swoje zasady i do jej stylówki pisania wkrada się tu taka mała kacowa komórka no i warto no. A my widzimy się razem zapewne przy okazji Rewizji.

   Naaaaaaaaaaaaraaaaaaaaaaaa.

Tu jest mnie więcej:
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0