środa, 28 września 2016

Nie lubię fryzjerów.

  Dwa ostatnie dni akcji #polskiwrzesień, piszę posta i lecę do czytania, bo chcę zdążyć jeszcze z jedną książką w tym miesiącu! Muzyka (klik)!
(Photo credit: BarbaraWilli via Foter.com / CC BY)
  Normalni ludzie boją się/nie lubią dentystów. Ja w sumie też. Ale mam jeszcze jeden uraz do przedstawicieli zawodów, gdzie Ty siedzisz w fotelu, a ktoś przy Tobie coś robi. Chodzi o FRYZJERÓW!

  Podejrzewam, że ma to jakiś związek z przeszłością. Kiedy byłem (kiedy byłem małym chłopcem, hej [nigdy mi się nie znudzi dopisywanie tego w takich przypadkach XD]) zdecydowanie młodszy, to byłem u takiego jednego fryzjera z mamą. Chodziliśmy tam praktycznie zawsze. Fajnie było, lubiłem tam chodzić, zazwyczaj siedziałem bardzo spokojnie, przechylałem głowę tak jak mi pani kazała i nie wierciłem się, no było spoko. Aż pewnego dnia strzygł mnie pan. Taki pan jak pan. Młody pan. Pan młody, choć nie był w garniturze i nie miał obok panny młodej, tylko jakąś starszą panią fryzjerkę, która na fotelu obok strzygła jakiegoś innego pana, który nie pamiętam czy był panem młodym, czy panem starym, ale był na pewno panem ten pan. No i ten młody pan mnie strzygł. Miałem wtedy bardzo popularną fryzurę w tamtych czasach - na grzybka. No pan młody ciacha tymi nożyczkami. Świszczą, szczękają, klapią, dzwonią mi przy uchu i nagle jeb! Ucho się przecięło. Tak trochę. Nie wisiał mi kawałek na takim cieńszym fragmencie, ale była skóra lekko nacięta. Ja w ryk, mama w ryk, typ nie wie co się dzieje. Rozpierdol. Armagjedon! No i miałem przez to pierwszy uraz.

  Drugi uraz nabyłem kilka lat później. Inny zakład, tym razem pani fryzjerka. Już się nie strzygłem na grzybka, teraz już jestem doroślejszym mężczyzną zatem czas na zmiany. Boczki i tył na krótko, góra dłuższa, żelik. I wszystko było spoko. Naprawdę. Pani tnie, tnie, tnie, maszynką podgala, suszy me kłaki piękne i pyta czy wyżelować. Ja odpowiadam, że no pewnie. Wyżelowała mi. Tak, że byłem zalizany jak mój ówczesny wychowawca, a to nie była wtedy fryzura pożądana przez nastolatka. Oj, zdecydowanie ona taką nie była! Wychodząc z salonu zmierzwiłem swe włosy, by nie wyglądać przypałowo, obraziłem się i nigdy tam nie wróciłem.

  Teraz mam sprawdzony zakładzik. Taki mały, niepozorny, ale jest super. Zero problemów, zawsze wszystko jest tak jak ja tego chcę. No petarda jednym słowem. Ale czasem jestem leniem i nie chce mi się tam jechać, więc wstąpię gdzieś w centrum i za każdym razem, kurwa, wychodzę z kolejnym urazem. Bo Ci ludzie, którzy tam pracują albo mnie nie rozumieją, albo robią wszystko po swojemu. Nosz kurwa. Czy wygolenie boków i zostawienie góry bez żadnych zmian to taka wielka filozofia? No chyba nie. A zawsze, no kurwa, naprawdę zawsze jak pójdę gdzie indziej, a nie do tego, co to jest tym moim sprawdzonym, to wychodzę średnio zadowolony. Bo pani mi zacznie nożyczkami coś skrobać. Bo mi trochę górę upierdoli. Bo tył mi jakiś taki przydługi zostawi. No kurwa mać.

  Jak jest tu jakiś fryzjer/fryzjerka, to niech mi powie czemu oni (albo i Wy) tak robią?! Mówię konkretnie czego chcę, a i tak jest inaczej... A jak mi przecież zacznie majdać tymi nożyczkami to jej nagle nie powiem - e, pani, gdzie mje z tymi nożyczkami?! - skoro już zaczęła...

  Szkurwamać. 

  Wincyj Kaca: 
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

niedziela, 25 września 2016

Nie płacz w necie.

  ŁEEEEEEEEE. Dzień dobry. Pogoda mi się strasznie spierdoliła na ostatnie dni wakacji, ale to dobrze. Mogę sobie poczytać i popisać bez wyrzutów sumienia. Muzyka (klik).
(Photo credit: Upsilon Andromedae via Foter.com / CC BY)
  Miałem napisać na wstępie, że zrobiłem się ostatnio bardzo poważny, ale chyba jednak nie do końca. Wkurw za to wjechał na grubo. Na co tym razem? Na ludzi, jak zwykle.

  Na pewno masz takich znajomych, którzy publicznie wylewają z siebie negatywne uczucia. Masz? No masz. Pisze taki/taka na fejsbukach, że mu źle, że serduszko znów pękło, że żal, że ból, że smutno. Wkurwia Cię to? No mnie by wkurwiało. I mnie wkurwia. Za moich czasów takie rzeczy pisało się w opisach na GG, ale wiadomo, czasy się zmieniają, platformy komunikacyjne również, trzeba iść przed siebie i nie patrzeć na sentymentalne podróże wstecz. Czasem taką osobę ktoś zapyta w komentarzu co się dzieje, ta osoba coś tam odpisze. Wiadomo, takie ludzkie odruchy. Martwisz się pewnie tym, że komuś z Twoich znajomych smutno, więc może i Ty będziesz tym pocieszaczem internetowym. Albo to Ty nawet jesteś tym internetowym desperatem, który publicznie szuka pomocy. Gdzie tu sens?

  Ja rozumiem, że każdy ma czasem taki moment, że jest mu smutno, źle i w ogóle nie czuje się dobrze psychicznie, czy tam fizycznie. Współczuję Ci mocno człowieku jeśli tak masz. Ale gardzę Tobą, gdy na siłę szukasz tym atencji u innych osób. No bo kurwa mać, dla mnie to zachowanie ludzi w kurwę samotnych. Takich, które nie mają bliższych znajomych, do których mogliby się zwrócić z problemem, przez co szukają pomocy u całej społeczności internetowej. A może ktoś się odezwie, komuś się wreszcie wyżalę, ktoś mi będzie chciał pomóc. A jak nie, to zostanie Ci ta wiadomość na fejsbukowej tablicy i będzie przypominała o tym, jak to Ci źle było. Albo nie, bo pewnie to usuniesz.

  Podobnie jest w przypadku osób, które właśnie zakończyły związek. Tu są dwie opcje. Albo będzie to klasyczna informacja w stylu "wszystko się skończyło, smutno ;(((((" albo rzecz druga, informacja + żal do drugiej osoby/uświadomienie sobie jakim się było ślepym. Formy są przeróżne - smutne, agresywne, udawanie, że ma się wyjebane (jakby się miało wyjebane, to by się o tym nie pisało publicznie). Wszystkie opcje jednak mają na celu tylko jedną rzecz - pokazanie całemu światu jak to Wam smutno. No nie czaję.

  Internetowy ekshibicjonizm jest, kurwa, zły. Jest, kurwa, najgorszy. Jak masz jakieś problemy emocjonalne, to wypierdalaj z internetów do psychologa. Tu nikt Ci nie pomoże. A nawet jeśli to tylko chwilowo. Publiczne wypisywanie swoich problemów nie jest dobre. Tak samo jest w przypadku skrywania ich w sobie. Znajdź se przyjaciela, pogadaj z nim, wyżal mu się, ale nie żal się całemu światu, bo świat zobaczy, że jesteś jednostką słabą i Cię zeżre.

  Więcej Kaca:
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

środa, 21 września 2016

Książki na Kacu: Kasacja. (z gościem!) #polskiwrzesień

  Rzecz nietypowa się stała. Ten buc-Kac, który jest bardzo niemiły wpuścił kogoś na swojego bloga. Z tej okazji muzycznie na dwa głosy (klik)
(fot: Kac profeszynal fotomejker)
  Nigdy nie ciągnęło mnie do kryminałów. Kompletnie. Pierwszy przeczytałem, dlatego że go dostałem. Drugi kupiłem jeszcze przed tym pierwszym przeczytanym i miałem z nim problem - czytałem go na dwa razy (a z resztą, tu recenzja [klik]). O trzecim słyszałem i czytałem dużo dobrego, trafiłem na promocji za dobre pieniądze, wziąłem - nie zawiodłem się. Tym trzecim było Uwikłanie Miłoszewskiego. I jak o twórczości tego autora cały czas jest głośno, to ja, kurwa, nie wiem jak jest o Remigiuszu Mrozie. Ten gość jest prawie na każdym blogu. Gdzie nie wejdę tam Mróz. Nie wiem jak czułem się w zimie 95/96, bo kompletnie nie pamiętam (bo byłem wtedy w takim wieku, że się z tamtych lat nic nie pamięta), ale podejrzewam, że podobnie jak teraz, bo to była chyba najmroźniejsza zima, jaką dane mi było przeżyć - gdzie się nie spojrzało, tam był mróz. Jest jedna różnica - mróz jako zjawisko atmosferyczne nie jest jednak lubiany, ale już Mroza jako Remigiusza, pisarza, wszyscy oceniają mocno pozytywnie. Postanowiłem się sam przekonać, czy te wszystkie wypowiedzi są słuszne. Swoje wybitnie męskie (HEHE) zdanie kryminalnego laika skonfrontuję w dzisiejszym poście z kobiecą fanką kryminałów - Kają z Do kawy blog [klik]. Kacątka, weźcie ją ładnie przywitajcie tu, co by się kobieta nie peszyła. Wszyscy razem: DZIEŃ-DOOO-BRYYYYYYY! A, jeszcze jedno. Moje części są na czorno, części Kai na mniejczarno, znaczy się szaro.

   Przyjemności mamy za sobą, więc możemy zabrać się do sprawdzania, czy przyjemności mamy również przed sobą. Ci spostrzegawczy mogą sobie przybić teraz self-high five - skupimy się dziś na Kasacji, czyli pierwszej części serii z Joanną Chyłką. Wcześniej jednak małe wytłumaczenie. Upierdoliłem się strasznie tego, że Kasacja jest kryminałem, a nim nie jest i w komentarzach zdarzą się pewnie bóldupne komentarze, że się nie znam na literaturze, że licencjat zrobiłem na farcie albo go sobie kupiłem. Wszędzie czytam, że to przecież jest thriller prawniczy, ale na thriller jak dla mnie jest w tej pozycji za mało grozy. Literatura ma to w sobie, że każdy może ją interpretować na własny, niepowtarzalny sposób, bo każdy przecież widzi wszystko inaczej, więc ja przyjmę, że Kasacja jest kryminalno-sensacyjną powieścią prawniczą z elementami thrillera.

   O czym jest Kasacja? A no o tym, że Joanna Chyłka i jej podopieczny Kordian Oryński zwany Zordonem (co mi kompletnie nie pasuje, więc będę używał tego określenia możliwie najrzadziej) zajmują się obroną Piotra Langera, syna Piotra Langera (to nie pomyłka!), cenionego i bardzo kasiastego bisnesmena, oskarżonego o przeokrutne zabójstwo dwóch osób. Według ustaleń Langer junior znęcał się fizycznie nad swoimi ofiarami, pozbawił je życia, a na końcu przesiedział z nimi dziesięć dni w swoim mieszkaniu. Początkowo pani prawnik i aplikanta z warszawskiej kancelarii Żelazny & McVay mają spore problemy, ponieważ ich klient nie chce z nimi współpracować - sprawia wrażenie bardzo niemiłego, zimnego skurwysyna, który albo się nie odzywa albo odmawia udzielenia odpowiedzi, czyli na jedno wychodzi. Rozprawa kończy się niepowodzeniem, ale no jak to? Już koniec? Przecież zostało jeszcze ponad 350 stron! No właśnie...

   Pomysł na historię świetny, wykonanie jeszcze lepsze. Sam jestem szczerze oczarowany. Mam tylko problem z odróżnieniem fikcji od rzeczywistości w kwestiach prawno-sądowych, bo nie miałem jeszcze wątpliwej przyjemności, by przekonać się na własnej skórze jak działa prawo w Polsce, a i nigdy mnie to jakoś szczególnie nie interesowało. Moja wiedza ograniczała się jedynie do informacji wyniesionych z paradokumentalnych seriali kryminalnych i detektywistycznych jak W-11, Malanowski i partnerzy, czy Sędzia Anna Maria Wesołowska, które lata temu oglądałem dla zabicia czasu i by jeszcze bardziej się ogłupić. Jeśli prawdzie bliżej do telewizyjnych produkcji, to punkt dla Mroza za to, że ukazuje czytelnikowi sprawę tak, że wszystko robi się znacznie ciekawsze. Jeśli do prawdy bliżej Mrozowi, to znów punkt dla niego, że uświadamia ludzi. Jeśli prawda jest po środku, to i tak wygrywa Mróz, bo znacznie bardziej zajmuje. Mróz 3:0 TV i jest to doskonały przykład, że książki są dużo lepsze niż wszelakie seriale, czy filmy (a jak się z tym nie zgadzasz to cho na solo). Całościowo Mróz trzyma w napięciu i trudno jest się od niego oderwać, jednak zakończenie w pewnym stopniu jest do przewidzenia.

   Z Panem Mrozem znamy się nie od dziś. Zaczęło się niewinnie, spodobała mi się okładka Ekspozycji, sam tytuł, a także opis wydawcy na jej odwrocie. Nie zaiskrzyło między nami od początku, jednak już w połowie lubiliśmy się dość intensywnie, rozstawaliśmy się z wypiekami na policzkach i niepowstrzymaną chęcią na więcej. Z reguły jestem wierną osóbką… płacząc za Forstem (dla niewtajemniczonych – komisarz, bohater serii tatrzańskiej), przez bardzo długi czas zerkałam z niesmakiem na trzy tomy o przygodach prawniczego duetu Chyłki i Zordona (mnie również nie przekonuje to przezwisko, przywykłam jak do picia zimnej kawy, pozostałej z porannego niewypicia). Kiedy rany po rozstaniu z Forstem się nieco zagoiły, pojawił się głód nowych doświadczeń. Nieśmiało sięgnęłam więc na trzecią półkę, drugą książkę od lewej, i zaczęłam czytać… Przepadając bez reszty, próbując rozgryźć skryto-tajemniczość Piotra Langera Jr. W końcu brutalne podwójne morderstwo i zabawianie z nim kilkanaście dni pod swoim dachem, to nic strasznego dla kryminouzależnionej osoby jak ja, prawda? Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak bardzo jest to złudna nadzieja.

   Historia to nie jedyne, co Pan Remigiusz robi dobrze. Chyłka i Oryński - główni bohaterowie, którzy różnią się od siebie tak diametralnie, że aż szok, dzięki czemu świetnie się uzupełniają (tu zdradzę, że oni byli jedną z głównych inspiracji do powstania w mojej głowie pomysłu, na zaproszenie do tej recenzji właśnie Kai). Chyłka to taka konkretna babka jest i nie zdziwiłbym się, gdyby jeździła nie ikspiątką, a jakimś buczącym moturem z potężnym silnikiem. Jej język, styl wypowiedzi i wszystkie te werbalne aspekty są mi tak bliskie, że nie spotkałem się chyba jeszcze z postacią książkową, która aż tak by mnie ujęła pod tym względem. Z kolei Kordian początkowo wydawał mi się taką przestraszoną pizdeczką, którą wszystko przytłacza i mocno się skrzywdził decydując się na prawniczą przyszłość. Podoba mi się jednak, jak jego postać pod wpływem Chyłki i niektórych zdarzeń ewoluowała z biegiem czasu, i ciekawi mnie jak rozwija się on w kolejnych częściach. Z postaci bardziej bardziej drugoplanowych na wyróżnienie zasługuje Kormak, bo nie dość, że w książce ma dość znaczącą rolę, to i jest dość wyraziście uformowaną osobą z konkretnymi zadaniami i zajawką na czytanie twórczości jednego autora. Trochę jak u mnie z Kunderą, choć jednak trochę bardziej.

   To, czego nie da się nie docenić w postaciach Remigiusza Mroza, to ich nietypowość, siła i wyraz. Od solidnie zbudowanego głównego duetu, przez ofiarę i podejrzanego, do zbitej szarej masy prawniczego świata noryobory, w której musi spędzać swoje dni, pnąc się na szczeblach kariery, młody aplikant Zordon. Jestem kobietą, musiałam wygooglować x5-tkę, którą jeździ Chyłka, posprawdzać niektóre zespoły, wzięte na tapetę przez Joannę, jako że znawcą heavy metalu to ja z pewnością nie jestem. To, czego sprawdzać nie musiałam, to blaski i cienie, a także uroki naszej kochanej stolicy, w której przyszło mi żyć od lat kilku. Lubię. Dzięki temu, mogłam lepiej wczuć się w bohaterów, chodzić z nimi ich ścieżkami i rozumieć, czemu muszą gnać jak szaleni daną ulicą, a także jak to jest zapalić papierosa patrząc na pałac kultury, będąc zaspanym i wściekłym na swojego pracodawcę. Najważniejsze zaś w bohaterach jest napięcie! Ach, nie da się nie tupnąć kilka razy nogą z emocji! Wydawać by się mogło, że ten bardzo przewidywalny scenariusz romansu głównych bohaterów, może nieco odstraszać. W tym przypadku działa na zmysły, wciąga i jest bardzo wiarygodny. Bardzo! Tym bardziej, że wciąż nie ma on finału w łóżku, ba! Nie ma nawet finału w delikatnym pocałunku (zgroza!!).

   Teraz ukłon w stronę mojej dzisiejszej gościówy, a i znaczne pole do popisu dla niej. Porównajmy sobie Kasację do innych pozycji gatunkowo podobnych. Ja za bardzo nie mam się do czego odwoływać, ale spróbuję. Chomik na widelcu odpada w przedbiegach ze wszystkim, więc go nie liczę. Księżniczka z lodu Läckberg była moją pierwszą książką kryminalną w życiu i stawiam ją w każdym przypadku jako wzór. W przypadku polskich kryminałów wzorem będzie dla mnie Uwikłanie Miłoszewskiego. Na podstawie moich doświadczeń uważam, że u Mroza brakowało mi bliższej interakcji na linii czytelnik - główni bohaterowie, co u przywołanych przeze mnie autorów jest dość znaczące. Chciałbym poznać trochę lepiej Chyłkę i Oryńskiego, z trochę bardziej prywatnej strony, tak, jak poznałem Szackiego, Falck i Hedströma. U Mroza z kolei największym plusem jest to wspominane przeze mnie na początku (i niżej też) połączenie różnych gatunków.

   Moja przygoda z kryminałami, thrillerami i wszelkimi zbrodniami, zaczęła się kilka lat temu, wraz z przeczytaniem na zajęcia z kryminalistyki tomu reportaży sądowych Heleny Kowalik Warszawa kryminalna. To jest jak zew, jak instynkt. Spróbowałam tego świata i przepadłam. Nie umiałam już omijać zbrodni w literaturze. Podobnie jak Kac, uwielbiam serię Läckberg. Znam się z królem Kingiem, lubuję się w Chrisie Carterze, Agacie Christie. Absolutnym faworytem na poletku polskim jest dla mnie Miłoszewski, za to Katarzyna Bonda nie jest w stanie mnie przekonać w najmniejszym nawet calu. W przypadku tego typu literatury nie ma znaczenia kogo znasz, ile tomów kryminałów masz za sobą. Tu liczy się jedynie napięcie. Mam taki zwyczaj, że zapisuję na kartkach samoprzylepnych kogo uważam za mordercę, kto zabił, kto jest winny i kto nie. Remigiusz Mróz zawsze jest w stanie mnie wyprowadzić w pole i utrzeć mi nosa – „A masz! Myślałaś, że to takie oczywiste. Bardzo mi przykro, próbuj dalej. Już za trzy miesiące w kolejnej książce”. Rzuca rękawice, a ja nie umiem odmówić kolejnego starcia.

   Czytelniku-Kacowniku, jeśli na moim blogu kiedykolwiek przeczytasz, że nie lubię kryminałów, to nie jest to już aktualne. To nie może być aktualne. No nie ma szans. Trzy z czterech kryminałów, które czytałem okazały się naprawdę świetnymi pozycjami (a o jednym to wolałbym jednak zapomnieć). Czuję się jakby ktoś zrobił mi reset tej części mózgu, która odpowiadała za moją niechęć do podobnych historii, wprowadził tam Läckberg, Miłoszewskiego i Mroza (nawet po tych pojedynczych częściach, które przeczytałem), a później przywrócił mnie z powrotem do normalnego funkcjonowania. Remigiusz Mróz wydał świetną książkę, która trzyma w napięciu, nie nudzi, czyta się ją strasznie szybko i przyjemnie, a język jest bardzo przystępny dla laików takich jak ja. Ponadto Kasacja nie jest pozycją, którą można zamknąć w ściśle określonych ramach. Jak już wspominałem - dla mnie to kryminalno-sensacyjna powieść prawnicza z elementami thrillera. Koniec. Nie będę już nic więcej pisał na ten temat, bo się zbyt ekscytuję. Ocena liczbowa taka, a nie inna, bo nie wiem co jeszcze mnie czeka, więc nie będę aż tak bardzo wychwalał:
(źródło zdjęcia oryginalnego: nexusmods.com)
   Podobnie do mojego obecnego wpisowego gospodarza – nie umiem już obyć się bez kryminałów. To uzależnia równie mocno jak nikotyna. Prawdopodobnie dlatego, że działa w bardzo podobny sposób na organizm. Pobudza, sprawia, że chce się więcej i więcej i choć wiesz, że wiedza wyciągnięta z wielu pozycji, po prostu szkodzi, mądry rzekł, że w niewiedzy tkwi klucz do szczęścia. Co jednak poradzisz marny człowiecze, że nie ma nic lepszego niż zbliżanie się do tematów trudnych, ciężkich i grząskich. To co odstraszało mnie początkowo od książek podobnych do Kasacji to prostota. Ipody, język potoczny, prostota. Lubiłam płynąć po zakamarkach „trudnego kawałka literatury”. Dopiero wsiąkając w świat Mrozowski… zrozumiałam, że nic nie sprawia większej przyjemności z czytania, jak właśnie prosty język, przy zawiłej zagadce. To jak w życiu – nie chodzi o to by być mądrym na pokaz, chodzi o to, by umieć być uniwersalnym, jednocześnie sprawiając, że spadają czapki z głów na myśl o Tobie – bo jesteś zwykły i niezwykły. Zwyczajny niezwyczajny kryminał, jako początek mojego nowego uzależnienia. (Wciąż jestem kobietą, wciąż ciężko mnie zadowolić w pełni, bo boję się przyznać, że coś jest idealne – spocząć na laurach poszukiwań Świętego Graala? O nie nie!). Rozrywka na jesienne wieczory? Pędź człowiecze po Kasację i Zaginięcie, gdyż efektem ubocznym książek Mroza jest rozbudzona bestia, która nie pozwala przestać. Pewnie dlatego autor tak dużo ich pisze. Bestia nigdy nie śpi. Ocena:
(wiem, że nie jest równo! zdjęcie zajebałem z: aviationheadsets.net)
   Kaja, której strasznie dziękuję za to, że zgodziła się na to całe przedsięwzięcie (jak się kiedyś spotkamy, to masz u mnie kawę!), skończyła niedawno Zaginięcie, a ja powoli się za tę pozycję zabieram, więc kto wie, może powtórzymy naszą wymianę zdań i to ponownie w towarzystwie Chyłki i Oryńskiego.

  No, to buziaczki.

  Tu macie więcej mnie:
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

niedziela, 18 września 2016

Smutne życie śmieszka.

  Dziś będzie jakoś tak poważniej, to i muzyka mniej niepoważna. Taka muzyka (klik).
(Photo credit: Hernan Piñera via Foter.com / CC BY-SA)
  Ludzie śmieszni mają często przejebane. Naprawdę. Wiem coś o tym. Przez konwencje, w której prowadzę bloga i wszystkie swoje profile w mediach społecznościowych jestem postrzegany jako człowiek, który kręci bekę ze wszystkiego. No i to jest dobre, bo jest przyjemnie, bo jest śmiesznie, bo japy się cieszo. Ale ma to swoje minusy.

  Czasem chcę napisać coś poważnego, ale boję się o odbiór tych materiałów. No bo, jak napisałem wyżej, wszyscy są przyzwyczajeni do tego, że wszystko wyśmiewam, więc nikt nie jest do końca pewien, czy ja tak serio, czy znów sobie robię jaja. Tak to właśnie jest.

  Jak zaczynam śmieszkować na moim Kacpejdżu (o, tym [klik]), to zainteresowanie jest przejebane. Lajki, komentarze i wszelakie inne interakcje sypią się jak koks na klipie Tajgera i Kobry, bo u amerykańskich raperów to nie ma tak jak u nich. Zupełnie odwrotnie jest jak chcę polecić tam coś wartościowego.

  Tak bywa między innymi w przypadku innych blogerów. Podrzucam link do kogoś, kogo szanuję, czytam i chcę się tym kimś podzielić z resztą świata, a na czym się kończy? Na gównie trochę. Czuję się tak, jakby to, co ja czytam nie podejszło ludziom, którzy czytają mnie. Jakby moi Czytelnicy byli nastawieni wyłącznie na moje heheszki, moje klnięcie na wszystko, moją skacowaną specyfikę i stylówkę blogową. No i ja nie wiem czemu to tak jest.

  Podobnie jest w przypadku artystów, którymi sam się jaram. Wrzucam link do jakiegoś dobrego muzyka - no chuj Ci w dupę Kac, nie będziemy słuchać tego ścierwa. Wrzucam link do kogoś innego - no jak wyżej Kac, nie będziemy sprawdzać tego, czym się jarasz, bo to jest słabe, brzydkie i chujowe ogólnie. Wkurwił się byś? Ja się w sumie nie wkurwiam. Mi jest w sumie smutno. Chcesz się czymś podzielić z ludźmi, którzy poniekąd Cię rozumieją, bo Cię czytają, bo bawią ich Twoje suche teksty, a oni mają to gdzieś. Nosz kurwa, no.

  Poniekąd pociesza mnie to, że nie jestem jedynym śmiesznym człekiem, na którego poważne wrzuty ludzie reagują źle, a właściwie to nie reagują wcale. Choć nie wiem, czy jest się tak naprawdę z czego śmieszyć.

  Apel do wszystkich Czytelników śmiesznych blogerów. Nie traktujcie nas jedynie jako bezpośrednie źródło taniej, a właściwie darmowej, rozrywki. Ja rozumiem, że możemy i lubimy się wszyscy pośmiać, zwłaszcza z rzeczy niewymagających, ale dajmy szansę innym. Na przykład tym, których sami Wam polecamy. No bo co z tego, że polecę Wam innego śmiesznego blogera, skoro i tak go nie sprawdzicie? Podobnie jest z przeróżnymi formami artystycznymi. Taka muzyka. To też przecież jest rozrywka. Nawet jedna z najlepszych jakie istnieją, bo taka różnorodna.

  Sprawdź Czytelniku co Ci czasem na Kacpejdżu czy Tłitkacu (tym, tu [klik]) wrzucę. Nie uważam, że wszystko Ci się spodoba, no bo nie musi. Ale czasem trafisz na coś, co zostanie z Tobą na dłużej, bo akurat idealnie trafię w Twój gust, a Ty będziesz mógł mi napisać w komentarzu pod Fejsikowym postem dzięki Pan Kac. A ja będę wtedy wiedział, że czasem sprawdzisz to, co nie jest tylko moim postem, a efektem cudzej, niejednokrotnie ciężkiej, pracy.

  Wincy nieśmiesznego Kaca:
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

środa, 14 września 2016

Książki na Kacu: Disko. #polskiwrzesień

  Dzień dobry. Książkę przeczytałem. Muzykę pod nią słuchałem. To macie i pod posta muzyki trochę (klik).
(sam se zrobiłem zdjęcie)
  Są autorzy, o których słyszy się często. Polecają nam ich znajomi, mówią o nich czołowe polskie media (których i tak nie sprawdzam, przez co pewnie masa ciekawych autorów mogła mi sprzed nosa spierdolić), a i w tych społecznościowych jest o nich głośno. Są też tacy, na których wpada się zupełnie przypadkiem. Ja tak w sumie miałem z Anną Dziewit - Meller, którą jako osobę propagującą czytelnictwo poznałem przez jej wywiad z Maćkiem Dąbrowskim (tym Z Dupy) na jej kanale w jutubach. Jako autorkę poznać dała mi się w wywiadzie (klik) Kai z Do kawy blog (klik). Risercz, który wzbudził ciekawość i przypadek sprawiły, że sięgnąłem po jej debiutancką powieść zatytułowaną Disko, która zanim wpadła w moje dłonie za jedyne szesnaście złotych (no krul książkowych przecen i nie ma, że nie), przeleżała na księgarnianej półce chyba od dnia premiery.

  Na początku poznajemy Pawła Kozioła. Trzydziestolatka (albo coś tam ponad trzydziestolatka), który zostaje nauczycielem tańca w jednej ze śląskich szkół podstawowych. Nikt jednak nie podejrzewa, że ten typ z przeszczepioną skórą na twarzy może mieć dość dziwne fantazje. Nie myśli o tym dyrektorka - przesadnie religijna pani Wąż, ani Magda, wiecznie niedopieszczona [( ͡° ͜ʖ ͡°)] nauczycielka angielskiego, która wkrótce zostaje przykrywką Pawła, a której obiektem westchnień jest Jakub, lider chrześcijańskiej kapeli; ani ksiądz Mirek, który źle się czuje w miejscu, w którym aktualnie znalazło się jego życie, ani nowi podopieczni Kozioła - klasa Vb. No dobra Kac, ale jakie te Pawłowe fantazje? - tak pewnie byś mnie, Czytaczu, zapytał. To ja Ci powiem. Uwaga, skup się. Werblewerblewerblewerblewerble. Kozioł jest pedofilem. Po pierwszej lekcji Paweł ma swoją faworytkę - Agnieszkę. Czemu padło na nią? Bo jest taka najmniej kobieca (jeśli w ogóle można by powiedzieć, że dwunastolatka może być kobieca) jest najmniej rozwinięta (w kontekście takim dojrzałościowym), taka najbardziej dziecięca.

  Paweł jest takim trochę chujem. Taki trochę średnio miły typ, który jednak potrafi się dostosować do sytuacji, bo w rozmowach z panią Wąż sprawia wrażenie bardzo sympatycznego gościa. Gdyby nie jeden mały szkopuł, można by powiedzieć, że Kozioł rozegrał wszystko idealnie - zdobył zaufanie dyrektorki i księdza, przerżnął anglistkę na zapleczu jednej z sal lekcyjnych, co powtarzało się, dzięki czemu w oczach innych ludzi Paweł był w pełni zdrowym facetem. Ponadto wzbudził zazdrość w Jakubie, co dawało mu niemałą satysfakcję, no i najważniejsze - rozkochał w sobie Agnieszkę. Jest moment, kiedy Pawłowi można współczuć, ale to tylko chwila. Chwila, w której wspomina zdarzenie, przez które stał się typem z przeszczepionym fragmentem twarzy i piesełem - rottweilerełem. No i relacje z matką mu się nie układają, ale tu nie ma co współczuć, bo tu akurat sam jest osobą winną.

  Od pierwszych linijek powieści widać, że Anna Dziewit - Meller dobrze robi obraz słowami. Nie skupia się na wszystkich detalach, które otaczają bohaterów, ale mimo to, wszystko da się idealnie odwzorować w wyobraźni. Przynajmniej ja tak mam, choć czasy, w których umieszczona została akcja powieści są mi w sumie obce - bo na podstawie tytułów dwóch płyt i wspomnienia, że to wydawnictwa z tamtego roku, udało mi się ustalić, że to również rok mojego urodzenia - to czułem się w nich świetnie. Tak naprawdę to nic nie było mi obce. To jest magia. Są autorzy, którzy potrafią przenieść czytelnika w zupełnie inne czasy, a czytelnik kompletnie nie czuje tej różnicy. Pani Anna tak umie. No ja biję brawo w tej chwili. Podobnie jest z bohaterami, którzy są niemal namacalni. Za budowanie obrazu dziesięć na dziesięć.

  Anna Dziewit - Meller pokazała światu, że da się napisać powieść o pedofilu, która będzie niesmaczna, a jednocześnie śmieszna. Autorka rzuca kurwami, w bardzo bezpośredni sposób przedstawia stosunek seksualny, no i kurwa, to przecież książka o pedofilu, to musi być przecież niesmacznie. Wszystko to jest jednak doprawione tymi już, wspomnianymi wyżej, genialnymi opisami, a także tym, również wspomnianym, humorem. Książka serio momentami śmieszy, choć pedofilia wcale nie jest śmieszna. Paradoks trochę, conie.

  Suma. Disko to świetny debiut. Może i znajdzie się kilka niedociągnięć, ale to nie są aż tak rażące błędy. Nie wiem czemu, ale autentycznie miałem lekkie ciarki na całym ciele w momencie, gdy kończyłem tę książkę. No serio. Kolejny raz nie rozumiem ocen z Lubimy czytać, ale powoli zaczynam się przyzwyczajać. Poza tym szkoda strzępić ryja. Ja jestem oczarowany i będę polował na inne pozycje podpisane tymi dwoma nazwiskami przedzielonymi poziomą kreską. Ocena:

(źródło zdjęcia oryginalnego: nexusmods.com)
    No i ten, przy okazji zapraszam do podłączenia się do akcji #polskiwrzesień, w której razem z innymi blogerami (na razie jest nas tylko trójka, ale to zawsze coś) pokazujemy, że w Polsce też jest masa dobrych pisarzy, autorów, filmowców i ogólnie ludzi sztuki wszelakiej. Szukajcie #polskiwrzesień w mediach społecznościowych, to coś tam od nas znajdziecie.

  Fejsbuki, tłitery:
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

sobota, 10 września 2016

Słuchaj matki.

  Dziś będzie stosunkowo krótko, ale możliwie najbardziej treściwie. To jeszcze muzyka, która ostatnio siedzi mi najbardziej. Tu (klik).
(Photo credit: GPS 56 via Foter.com / CC BY)
  Tekst ten kieruję głównie do osób młodszych, w tak zwanym wieku buntowniczym, bo jak wchodzisz w dorosłość, to sam sobie to wszystko uświadamiasz. Ale i Tobie, staruchu, będę wdzięczny jeśli go przeczytasz.

  Czytaczu najcudowniejszy, miałeś kiedyś taką sytuację, że mama lub tata coś Ci wmawiali, wmuszali, przekonywali Cię, że jeśli ich posłuchasz to będzie Ci lepiej? Na pewno, każdy tak miał i ma nadal. Nawet jeśli jesteś człowiekiem pełnoletnim, dojrzałym i odpowiedzialnym, mieszkasz sam lub ze swoją drugą połówką i wychowujesz dziecko, to rodzice będą Ci radzić. Bo od tego są rodzice. Tak samo jak i od narzekania, ale nie o tym teraz.

  To rodzicielskie ględzenie może doprowadzać do szału. Niejednokrotnie w takich sytuacjach Ty, a później Twoi rodzice, podnosicie głos, bo cały czas starasz się utwierdzić ich w przekonaniu, że jesteś naprawdę dojrzałym człowiekiem, który wie co i jak w życiu ma robić. Zwłaszcza jak masz trzynaście, czy nawet osiemnaście lat, to starasz się przekrzyczeć rodziców, uświadomić im, że masz w dupie ich zdanie, a nawet lepiej - zrobisz kompletnie na odwrót.

  Nie zawsze chodzi w takich przypadkach o jakieś sprawy, które mają diametralnie wpłynąć na Twoje życie jak wybór studiów, choć w tym wypadku słuchanie rodziców może okazać się najgorszą decyzją jaką możecie podjąć. Wiadomo, że kierunek można zmienić, a rok w plecy to nie jest jeszcze taka tragedia (sam coś o tym wiem). Chodzi mi tutaj o sytuację, gdzie rodzice naciskają tak mocno, że w końcu decydujesz się na te studia i je kończysz. A później gnijesz w pracy, która może i zapewnia Ci całkiem dobre pieniądze, ale żadnej satysfakcji z tego co robisz. Odbiegło mi się od tematu trochę, ale to dobrze. Wracając do tych drobniejszych porad - może to być nawet przypomnienie o tym, byś wziął ze sobą bluzę na ognisko, bo podczas nocnego powrotu może być chłodniej. Nie weźmiesz jej przecież, bo wiesz lepiej, że będzie ciepło i to wiocha, bo nikt z Twoich znajomych jej nie weźmie. A później wracasz do domu jak skończony idiota marznąc, gdy cała reszta Cię wyśmiewa, bo oni wzięli jakieś wierzchnie okrycia. Punkt dla matki, ćwoku.

  Moja mama w takich przypadkach często mówiła mi, że poczuję w przyszłości jak to jest, gdy dziecko nie słucha rodzica i wtedy sobie uświadomię, że niejednokrotnie miała rację. W najbliższej przyszłości rodzicem zostawać nie zamierzam, ale jestem świadomy tego, że często miewała rację i nadal ją ma, mimo że ja i tak większość rzeczy robię po swojemu, bo mi trudno przegadać. Z reguły nie żałuję niczego, ale czasem jednak miewam takie poczucie, że gdybym posłuchał mamy, czy taty, to wyszedłbym na czymś znacznie lepiej.

  Rodziców czasem naprawdę warto słuchać, bo jednak przeżyli znacznie więcej niż Ty i potrafią już przewidywać niektóre rzeczy. Poza tym zazwyczaj rodziców masz tylko dwoje i nikt Ci ich nie zastąpi. Tak jak i im nikt nie zastąpi ich dziecka. Nawet jeśli w jakiejś sprawie Twoi rodzice się pomylą, to nie miej im tego za złe. Tak jak i tego, że cały czas Ci ględzą za uszami. Oni naprawdę chcą dla Ciebie jak najlepiej. Zaufaj mi i im. Czasem warto.

  Nara.

  Chcesz więcej Kaca?
 
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

środa, 7 września 2016

Czy czytać lektury?


  Polski wrzesień ma się dobrze. Skończyłem czytać Mroza (będzie nowość za jakiś czas na blogu - tu już coś tam wspominałem [klik]), zacząłem Orbitowskiego, jedyna zagraniczna muzyka, jaka wpada mi do ucha, to ta, która leci w sklepie jak idę po szlugi. A jak już o muzyce, to lećmy z utworem do dzisiejszego posta (klik).
(Photo credit: mind on fire via Foter.com / CC BY-SA)
  Młodzieży moja najukochańsza! Wróciłaś Ty do szkół swych, a na blogach wszelkiej maści tematyka podstawówek, gimnazjów i tych ponadgimnazjalnych placówek też gości w postaci postów otagowanych jako #bektuskul i tych bardziej książkowych, których autorzy przekomarzają się, czy czytać lektury się powinno. Ja poniekąd poruszałem już ten temat u siebie jakieś półtora roku temu, ale to było takie strasznie pobieżne i za bardzo to nic tam nie napisałem (tu se sprawdź jak mi nie wierzysz [klik]). U Matyldy (sprawdź se jej bloga [klik]) zacząłem się trochę rozpisywać w kwestii relacji na linii Kac - lektury. W pewnym momencie pisania komentarza stwierdziłem, że robi się on lekko przydługi, więc zrobię coś innego. Pierdolnę postem.

  Dobre. To tak jak już pisałem u Matyldy - ostatnią lekturą, którą przeczytałem prawie w całości są Bursztyny Zofii Kossak-Szczuckiej (nie pamiętam w której klasie w moich czasach czytało się Małego Księcia, ale ja to go w sumie nigdy nie traktowałem jak lektury, więc no, wiadomo) i odczuwałem przy jej czytaniu straszną mękę i swojego rodzaju dyskomfort psychiczny (o ile pół życia temu miałem pojęcie czym jest dyskomfort jakikolwiek). Kurwa, ta kobieta tak nudziła, że od tamtego momentu postanowiłem sobie, że chuja, nie czytam już żadnej lektury w całości. I jechałem już na streszczeniach, fragmentach, które okazywały się kluczowymi i ekranizacjach, które najwyższych lotów. Poza tym po co mam znać treść lektury, skoro ogólny sens i tak poznawałem później na lekcjach?

  Nie znaczy to, że ja kompletnie nic nie czytałem w podstawówce i gimnazjum, bo czytałem. Były to jednak książki, które mi sprawiały frajdę. Z tamtego okresu pamiętam Krzysztofa Pączka drogę do sławy, którą znałem praktycznie na pamięć (a teraz kompletnie nie pamiętam o co w tej książce chodziło), wszystkie Mikołajki Goscinny'ego i pierwszych Wędrowyczów Pilipiuka, po których niejednokrotnie miałem problem z pójściem do kibla zaraz przed snem, a i pewnie sporej części nie zrozumiałem do końca.

  Jeśli chodzi o moje życie czytelnicze, liceum było pewnym przełomem. Co prawda lektur nadal nie czytałem, ale kupiłem wtedy pierwszą własną książkę i pamiętam, że było to Bóg nosi dres Sendera. Fajna sprawa - na półce stała mi wtedy masa lektur wydawnictwa Greg i jedna pozycja, która z lekturami szkolnymi wspólnego nie ma raczej nic. Cieszę się, że nie czytałem w tamtym czasie Zbrodni i kary, czy innych lektur, po które naprawdę warto było sięgnąć. Trochę głupie myślenie, nie? Wręcz przeciwnie. Mając te osiemnaście (czy też prawie osiemnaście) lat raczej nie byłem gotowy na to, by otworzyć książki pokroju wspomnianego dzieła Dostojewskiego i podejrzewam, że połowa ludzi w tym wieku ma podobnie. Sięgnie jednak po te wszystkie pozycje, przeczyta je, a i tak kompletnie nie zrozumie o co w nich chodzi, bo się na nich kompletnie nie skupi.

  Lektury są przydatne, bo niejednokrotnie świetnie przedstawiają świat takim, jakim był dawniej. Dzięki narzuconym nam przez szkoły książkom łatwiej jest przyswoić sobie inne przedmioty - nie tylko wspomnianą przez Matyldę historię, ale także geografię, czy biologię. Wiadomo, że nie bezpośrednio, ale książki, w których występują wątki podróżnicze, czy takie, które odnoszą się do natury, mogą wzmagać w młodych ludziach ciekawość świata i budzić nowe pasje. Czytanie lektur poniekąd wyrabia w nas nawyk czytelniczy, ale tylko w przypadku, kiedy robimy to z chęcią. Jeśli jednak, tak jak ja te kilka(naście) lat temu, czujesz, że kompletnie nie skupisz się na tym co czytasz i wielu lektur nie zrozumiesz, to nie czytaj ich na siłę. Jeśli książki są Ci naprawdę pisane, to prędzej czy później i tak po nie sięgniesz. Wtedy zaczniesz czerpać z nich przyjemność i inne korzyści, bo książki w życiu człowieka mogą naprawdę dużo zmienić.

  W komentarzach pod niektórymi postami, gdzie autorzy skupiali się na problemie lektur, spotykałem się niejednokrotnie ze zdaniem, że jeśli nie czytałeś lektur szkolnych, to nie powinieneś się wyrażać na temat literatury. Nie mam kompletnie pojęcia, co autorzy mieli na myśli, ale dla mnie lektury nie są żadnym wyznacznikiem znajomości literatury. Czy to, że nie przeczytałem klasycznych Krzyżaków, W pustyni i w puszczy, czy Dziadów musi świadczyć o tym, że moje recenzje książek nie mają większego sensu? W sumie nie mnie to oceniać, ale gdybym je uznał za bezsensowne, to bym ich nie publikował, proste.

  Tak naprawdę czytać nauczyłem się dopiero na studiach, choć lepszym określeniem byłoby tu w czasie studiów. Czytać, znaczy w pełni rozumieć przyswajany tekst. Nie nauczyła mnie tego szkoła, nie nauczyły mnie tego polonistki. Czytać nie nauczyli mnie też nauczyciele akademiccy - oni wszyscy naprowadzili mnie niejako na właściwy kurs, który powinienem objąć podczas interpretacji. Czytać nauczyłem się sam. Nie uważam, by lektury, które są narzucone przez system szkolnictwa były bezsensowne, bo to często pozycje ciekawe i pouczające. Piszę to jako ja, a nie jako głos wszystkich uczniów - obecnych i byłych. Poza tym nie mnie to oceniać. Lektury to dobra podstawa do tego, by nauczyć nas wszystkich tego jak interpretować tekst i czerpać korzyści z czytania w przyszłości, ale jak pisałem kilka akapitów wyżej - treść i sens lektur i tak poznajemy na lekcjach, więc czytanie ich trochę mija się z celem.

  Czytelniku, w komentarzu możesz przedstawić mi swoje zdanie na ten temat. (może być również w formie linku do Twojego posta w tym temacie - byle by komentarz nie zawierał wyłącznie linku).

  Buźka w czoło.
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

sobota, 3 września 2016

Suma Kaców: Sierpień 2016.

  Prawie zero przypadkowości ostatnio. Muzyka (klik).
(Photo credit: 53Kevin via Foter.com / CC BY)
  Bez zbędnych wstępów lecimy z Sumą Kaców sierpnia.

  Książki:
- Przeczytałem pięć książek - Dygot Małeckiego, Temat na pierwszą stronę Eco (męczyłem go od połowy lipca), Zmiany Mo Yana, Wspaniałe życie Ziębińskiego i Uwikłanie Miłoszewskiego.
- Największy rozpierdol mógł być tylko jeden i jest nim Dygot Jakuba Małeckiego, o którym nie potrafię skleić kilku sensownych zdań, o czym pisałem na fanpejdżu (klik). Na wyróżnienie zasługuje również Uwikłanie Zygmunta Miłoszewskiego, do którego podchodziłem bardzo sceptycznie, bo ja i kryminały to tak nie bardzo, ale się chyba nawracam. Po Uwikłaniu, którym zakończyłem sierpień (kończyłem czytać zaraz przed północą z 31.08 na 1.09), miałem ochotę wziąć się od razu za Ziarno prawdy, które stoi na półce, ale niech jednak trochę poczeka. We wrześniu pewnie i tak się za nie wezmę.
- Największy zawód? Temat na pierwszą stronę autorstwa Umberto Eco. Kto nie czytał, a kocha Eco uzna moje słowa za profanację i pewnie sam bym je za takie uznał, choć nic innego Eco nie czytałem. Ale to w końcu Eco, HELOŁ. A gdyby to nie był on, to pewnie bym go skreślił po całości, a tak to mam ochotę na przeczytanie czegoś kultowego spod pióra tego pana żeby pozbyć się niesmaku po tej pozycji.
- Ile nowości wpadło na półkę? Osiem: Uwikłanie i Ziarno prawdy Miłoszewskiego, Szczęśliwa ziemia Orbitowskiego, Czarna i Mała Nowakowskiego, Bum! Mo Yana i Miasteczko Zanesville Saknussemma. Wymieniłem tylko sześć - dlaczego? Bo dwie pozostałe zdobyłem na książkowej wymianie i nie są to pozycje, którymi chcę się pochwalić - wybitny nieurodzaj był tym razem.

   Muzyka:
- Pytam się samego siebie dlaczego dopiero teraz i nie potrafię sobie na to odpowiedzieć. Odkryciem i nałogiem muzycznym sierpnia jest album Revolving door Piotra Zioły. Świetna płyta, która wyszła kilka miesięcy temu, a ja jeszcze przed premierą wiedziałem, że chcę ją sprawdzić, ale wyszło tak, że sprawdziłem dopiero teraz i jestem oczarowany. Najprawdopodobniej będzie mi towarzyszyła jeszcze we wrześniu (jak na razie tak jest).
- Ponadto, z ważniejszych postaci, na głośnikach gościła Brodka z płytą Clashes (polecam jako tło do czytania Dygota) i Tede z dodatkowym CD z edycji premium albumu Vanillahajs.
- Z singli wyróżnienie dla Mesa i Izy Lach za Nieiskotne oraz dla Tove Lo za Cool girl.
- Na półkę wjechało tylko jedno CD.

   Internety:
- Nie wiem co się odjebało, ale ten miesiąc był dość dziwny. Początek mega słaby, później zrobiłem sobie tygodniową przerwę, a po przerwie wszystko jakby wróciło do normy. Największym powodzeniem wśród czytelników z sierpniowych postów cieszył się Wchodź i hejtuj. (klik) .
- Na fejsbukach największy rozpierdol zasiało to (klik) i to (klik).
- Najlepsza rzecz u innych? Były dwie. Tekstowo Artysta głodny (klik) na blogu Kapibary.pl, a graficznie Stella, która Nie ma nic do powiedzenia (klik).

   Podsumowanie:
Ten sierpień to jakiś taki dziwny był. Niby bez szału, ale jakoś tak mi się podobał. Obeszło się nawet bez żadnego Kaca, a przez cały miesiąc wypiłem może ze dwa piwa. Także no. Fajnie było sobie zrobić tydzień resetu od wszystkiego, a jeszcze fajniej było pierdolnąć cztery posty w tydzień.

   Nowy, wyjątkowy segment, czyli Plany na kolejny miesiąc:
Ogłaszałem to już na fejsbuku (klik), ale nie wszyscy mnie tam lubią (proszę to nadrobić tu - klik) - wrzesień przeznaczam wyłącznie na czytanie i słuchanie polskich rzeczy. W sensie czytam wyłącznie polskich pisarzy, słucham wyłącznie polskich muzyków (tu wyjątkiem będzie... jak wejdziesz pod zlinkowanego posta, to się dowiesz!). Czemu tak? Wszystko jest wyjaśnione w poście fejsbukowym z pierwszej połowy pierwszego zdania tego segmentu, więc nie będę się powtarzał. Jak ktoś jest chętny na podjęcie podobnego wyzwania, czy przyłączenie się do mnie w tym postanowieniu (za chuj nie wiem jak to nazwać), to serdecznie zapraszam. Jak jesteś blogerem, to weź daj znać innym o tym pomyśle, a na początku października zrobię tu małe podsumowanie, pod którym i Wy będziecie się mogli pochwalić swoimi dokonaniami z polskiego września 2016. 

  No i daj mi znać w komentarzu, Czytelniku, co Ciebie urzekło w sierpniu. 

   Tyle. NAAAAAAAAAAARA.

   Więcej Kaców wiadomo gdzie:

https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0