niedziela, 27 marca 2016

Mam chlew.

  Katuje dzisiaj cały dzień Graduation (nauczyłem się wreszcie poprawnie pisać tytuły - działanie w gazecie studenckiej pod okiem dobrego korektora [klik] robi robotę) Kanyego i gram w FIFE 05. Macie Kanyego (klik), FIFY Wam nie dam.
(źródło zdjęcia oryginalnego: tvguide.com)
  Dobra, ale o co chodzi z tym chlewem? Zauważyłem, że sam go mam. W sumie to się trochę cieszę.

  Parę lat wstecz, kiedy byłem (kiedy byłem małym chłopcem, HEJ) jeszcze intelektualnym dzieciakiem (czyli jakieś 5-6 lat temu) używałem fejsbukowej tablicy jako takiego właśnie chlewu, gdzie pisałem i wrzucałem w zasadzie wszystko to co mi pasowało, takie resztki ze śniadania, obiadu i kolacji. W grę wchodziły te wszystkie appki w stylu "TFUJ CHOROSKOP NA DZIŹ", "CO OZNACZA NUMER W DZIENNIKU", czy "JAKI KOLOR BĘDZIE MIAŁA TWOJA DZISIEJSZA KUPA?!". Albo nie, tego ostatniego chyba nie było. Do tego udostępniałem masę muzyki, z perspektywy czasu muszę przyznać, że strasznie marnej muzyki (choć za 5-6 lat pewnie to samo powiem o tym czego słucham w tej chwili). I nie mogę zapomnieć o informowaniu wszystkich tym, że wstałem, że oglądam mecz mojej ulubionej drużyny (i wynikach na bieżąco) no i o tym, że przed chwilą robiłem kupę. Nie, tego ostatniego nie było. 

  Wraz z płynącym czasem i rozwojem intelektualnym moich fejsbukowych znajomych (zdecydowaną większość znam w sumie osobiście, ale biorę ich teraz pod uwagę wyłącznie w soszyl midja), który w licznych przykładach oznacza głównie upływające lata zauważam, że jestem w tej grupie, która przestała zaśmiecać swoją tablicę. (Teraz zrobiłem sobie przerwę na szluga.) Reszta napierdala nadal jakimś gównem. Cały czas udostępniają posty z aplikacji, masę zdjęć swoich, swoich znajomych, swoich zwierząt, swoich dzieci (jak będę ojcem to się powstrzymam od wrzucania zdjęć swoich dzieciaków, zwłaszcza jeśli urodę przejmą po mnie). Wszystko jestem w stanie zrozumieć, ale kurwa, ludzie, UMIAR! Mówi Wam to coś?

  Wydaje mi się, że w podobny sposób, tylko trochę bardziej wysublimowany i dojrzały prowadzę teraz fanpejdża. Wypisuję na nim praktycznie wszystko. Jakieś luźne historyjki życiowe, udostępniam kawałki, którymi się w danej chwili strasznie jaram, czasem wrzucę jakieś zdjęcie Zacha G. (którego traktuję jako twarz siebie jako Kaca), a czasem narzekam jak to się męczę pisząc licencjat albo wrzucę coś co kompletnie nie ma sensu.

  Fajnie jest mieć swój chlew. Tylko z chlewa się je, a nie używa go jako toalety...

środa, 23 marca 2016

Rap na Kacu: Powrót Pezeta.

  Po mojej ostatniej zabawie w felietonisto-pisarza na łamach Ad Astry na styczeń/luty (kliknij i sprawdź na stronach 15-16) trochę się zaplątałem w kołdrę, licencjat, fanpejdża (klikaj i lajkuj) i książki przez co zacząłem trochę zaniedbywać bloga. Z drugiej strony to trochę nie chciało mi się pisać nic dłuższego choć próbowałem (mam wersje robocze dwóch nowych postów-petard ze wstępnym zarysem tam zapisanym). Ale dobra, koniec o mnie. Pezet wrócił (klikaj i odpalaj w tle posta)!
(źródło zdjęcia oryginalnego: facebook.com/pezet81)
  Niby nie ma się czym szczególnie jarać, bo Pezet otwarcie przyznał, że to na chwilę obecną pojedynczy numer, a całego albumu, czy koncertów spodziewać się na razie nikt nie powinien. Podoba mi się to stawianie sprawy jasno - bez pierdolenia, że album się robi a trasa się bookuje. Podobnie w przypadku słów: "Nie traktuję tego utworu w kategoriach muzyki rap czy jak kto woli hip hop, w ogóle." - wydaje mi się, że muzyka w ostatnich latach poleciała tak daleko do przodu, że trudno rozróżniać poszczególne gatunki, granice niejako się pozacierały. Szczerze przyznam, że kompletnie nie znam się na muzyce, uważam to nawet za zbędne. Moim zdaniem muzyki nie powinno się (mega modne słowo, kurwa) czaić, powinno się ją czuć. Jak rapujesz, grasz, śpiewasz, produkujesz to nie rób muzyki pod publiczkę, rób taką, z której to Ty będziesz zadowolony. Chyba że przyjemność z tworzenia muzyki odbiera się wyłącznie w kontekście zarobionego na dźwiękach pieniążka. W takim wypadku raczej trudno nam będzie się zrozumieć...

   Moment, w którym w Co jest ze mną nie tak bit zaczyna się rozkręcać to jest istny rozpierdol. Dawno nie miałem takich ciar na ciele jak przy pierwszym odsłuchu tego numeru. Czarny rozpierdala, a Pezet udowadnia, że nie trzeba dojebać jakiegoś super-złożonego tekstu i przekombinowanej nawijki żeby zrobić dobry numer. Da się? No, kurwa, da. 

  Można gdybać, czy nadchodząca premiera filmu, z którego urywki prawdopodobnie widzimy w klipie ma jakiś związek finansowy z powstaniem numeru, ale w sumie to po co? Jeśli Pezet serio "się sprzedał" tym razem, to zrobił to zajebiście, na pewno dużo lepiej niż w klipie do Supergirl

  Podsumuję sobie to wszystko tak: cieszmy się i radujmy, bo oto nastał dzień, w którym jeden z najlepszych polskich raperów wszech czasów dojebał piękny kawałek po kilku latach przerwy.

  I tak na całkiem koniec, Czytelniczko. Jakby co to zostaniesz moją ket łumen? Sorry za dyskryminację Panowie, no ale wiecie jak jest...