czwartek, 15 maja 2014

1000 sposobów na...

 Cze, dzisiaj na głośnikach leci Kuba Knap a ja mam kolejną specyficzną przekminę. Lecimy?
 (źródło zdjęcia oryginalnego: huffingtonpost.com)
 Mamy maj, w zasadzie to już połowę maja, jakoś przez przypadek trafiłem ostatnio na jeden z tych fanpejdży „XXX sposobów na...”, ten miał w tytule akurat „...prezent na dzień matki”. Brak oryginalności i kreatywności zauważalny jest nawet gołym okiem.

 Nie mam pojęcia gdzie jest fenomen wszystkich tych fanpejdży na fejsie. Ja rozumiem, że ludzie lubią sobie ułatwiać życie, uczyć się czegoś nowego ale kurwa, świecie, dokąd idziesz? Żeby live hack'ami czy innymi super świetnymi pomysłami na przeżycie czy coś tam wymyślonymi przez kogoś trochę bardziej inteligentnego niż przeciętny gimnazjalista zastępować własną wyobraźnię i kreatywność to trzeba już być naprawdę tępym albo wybitnie leniwym. Wiem, że i tak jakieś 75% osób, które lubi te wszystkie fanpejdże nie skorzysta z ich pomocy nigdy w życiu a jeśli już to na nieświadomce no ale muszę na coś ponapierdalać.

 Jestem w stanie zrozumieć opcje w stylu „XXX sposobów na studencki/tani obiad” bo jak się mieszka samemu czy z dala od domu rodzinnego i oszczędza bo alkohol nie jest tani, to chce się mieć jakieś urozmaicenie, przecież tosty mogą się kiedyś przejeść. Nie mogę tylko ogarnąć czemu większość ludzi, którzy to lubią to osoby w przedziale wiekowym 13-17 i studenci, którzy mieszkają z rodzicami. Podejrzewam, że raczej żadnym ze „...sposobów na poderwanie dziewczyny” niczego wybitnego się nie upoluje a tymi „...na 5 zł” fortuny się nie zbije. Mimo wszystko może warto spróbować. Czekam tylko na „??? sposobów na łatwe i szybkie wypróżnianie”. Nie żebym miał z tym problemy, ciekawi mnie jak ludzie sobie z tym radzą.

 Zastanawiam się czy liczby na początku to przypadek, przemyślany zabieg związany z symboliką czy po prostu zwykłe użycie okrągłego numeru. Najczęściej występuje 100 i 1000 czyli wielokrotności pitagorejskiej dziesiątki oznaczającej doskonałość. Zatem, jeśli mamy wierzyć symbolice wszystkie pomysły powinny być super-idealne, czyli przy stosowaniu się do nich powinniśmy mieć super-idealne życie. Czas stosować się do live hack'ów z fejsbuka!


 Wracając do prezentów na dzień matki to ostatnio wpadłem na jeden dosyć specyficzny. Jeśli jesteś facetem i masz jakąś kandydatkę na przyszłą żonę to weź ją przyprowadź 26.05 do mamy i powiedz swojej rodzicielce czułe: „mamo, zostaniesz babcią...” po czym dodaj: „...ale w sumie to się zbytnio nie przyzwyczajaj bo zamierzamy usunąć” (kobiety mogą to sobie trochę przeinaczyć, w przypadku braku partnera/partnerki zawsze możecie przyprowadzić jakąś przypadkową osobę). Nie wiem czy to dobry prezent ale na pewno po takiej niespodziance możecie śmiało szukać sobie nowego domu.

poniedziałek, 12 maja 2014

Mucha na oknie.

 Nie robię dziś nic konstruktywnego więc sobie coś napiszę. Mac Miller na głośnikach (tak, to poniekąd od Niego wzięło się moje blogspotowe alter ego).
(Photo credit: WhitA via Foter.com / CC BY)
  Kilka tygodni temu, po latach, postanowiłem, że przejdę wreszcie którąś grę z serii GTA. Jako, że tak konkretniej w życiu grałem tylko w 1 i 2 stwierdziłem, że wezmę się za coś lepszego - Vice City, poszło w tydzień, świetnie. Czas na San Andreas. Męczę się (ta, to dobre określenie) od jakichś dwóch tygodni, nawet nie wiem czy jestem w połowie, mniejsza z tym, ważne jest to, że gram w grę, nie jakoś non stop, tylko wtedy kiedy najdzie mnie ochota. Dziś mnie naszła, jakoś tak popołudniu, odpaliłem sobie na chwilę żeby przejść kilka misji. Gram w grę aż tu nagle...

 Znacie to uczucie kiedy jesteście na czymś tak zajebiście skupieni a nagle ktoś/coś zacznie Wam przeszkadzać? No właśnie, mucha, owad, skurwiel, szatańskie stworzenie, małe bzyczące chujwieco. KURWA. Siedzi pod żaluzjami i mi się tu obija raz o okno, raz o aluminiową listewkę. I tak na zmianę. I do tego bzyczy, bzyka, pobzykuje. Nawet pomykając przez skrzyżowania San Fierro w rytm mojej playlisty z GTA ten owad mnie lekko denerwuje, mimo że mógłbym o nim zapomnieć, na chwilę, nie, nie da się, stwór zwycięża. No nic, muszę zapauzować, wstać i iść po łapkę/klapkę/czy jak to inni jeszcze zwą na muchy. Żółta packa (o, kolejna nazwa – ciekawe, że taki zwykły przyrząd ma tyle nazw) działa na mnie jak miecz, taki Excalibur, tylko, że ja nie musiałem wyjmować jej z głazu a zdjąć z lodówki, taka tam subtelna różnica.

 Po chwili walki z muchą i wymachiwaniu moim żółtym Excaliburem mucha została zwyciężona, albo nie, jeszcze żyła. Ostatecznie dostała strzała na plecy (owady mają plecy?) i rozpłaszczyła się na jednej z aluminiowych listewek żaluzji. Giń szmato, żadne gloria victis, nic w życiu nie osiągnęłaś dobrego dla ludzkości. Teraz tak spoglądam na jej zwłoki i zastanawiam się czy to aby na pewno mucha. Skrzydła niby ma ale na muchę to to to za szczupłe jest chyba, chyba, że to jakaś mucha anorektyczka. I jakieś takie barwą nie odpowiednie, taki zielony metalic, odcień z ciemnego Opla Astra, rocznik 97. Nie ważne, owad zginął, ja mogę spokojnie wrócić do gry. Tylko kto go teraz zeskrobie z mojej żaluzji?*

*tak na serio to już go tam nie ma, zeskrobałem przed chwilą.

środa, 7 maja 2014

Bułka z szynką.

  Cześć. Puszczę sobie tylko jakieś rapy i mogę zacząć. Polecę sobie z wczorajszym klasykiem, mimo, że to nie jest zbyt imprezowy raper - Mes.
(Photo credit: jeffreyw via Foter.com / CC BY)
  Po tym małym wstępie widać już, że wczoraj* było chlane. To nic, że mamy za sobą długi weekend, serio. Czwartkowy kac gigant jednak nie obrzydził mi alkoholu, chociaż bałem się, że istnieje taka ewentualność. Początek maja to już raczej taki klasyk, każdy wtedy zaliczy jakąś imprezę (albo nie tylko imprezę ;). Po takim długim weekendzie najgorszy jest powrót do normalnego życia, w moim przypadku uczelnia. Jeszcze gorsze jest to, że wracasz na tę uczelnię na dosłownie jedne zajęcia (GDZIE TU SENS?!) i dowiadujesz się, że robimy imprezę niespodziankę bo kumpela ma dziś urodziny - świetnie.

  Wszystko w porządku, naprawdę, dobre party, było chlane, były baunsy, był Jimmy Fallon z Willem Smithem i Justinem Timbelake'm (chociaż już nie pamiętam kto był kim), było w pytę. Wracasz do domu, idziesz spać, budzisz się, kac. Naturalna kolej rzeczy. W takiej sytuacji początkowo kurewsko nie chce mi się wstać, dosypiam (bo zajęcia zaczynam dopiero chwilę przed południem), a raczej próbuję jeszcze na chwilę zasnąć ale nie mogę, NIGDY. Ostatecznie wstaję o 8 bo z Saharą w mordzie dłużej nie wytrzymam. Łazienka, kilka łyków zimnej wody z kranu, kolejne kilkadziesiąt mililitrów żeby przemyć twarz - zdecydowanie lepiej. Kocham wodę. Kac nie jest jakiś potężny, w końcu nie wypiłem wczoraj dużo, ale i tak czuję potrzebę uraczenia się szybkim prysznicem. Jeszcze lekko chwiejąc się wchodzę pod natrysk i ten szybki prysznic zamienia się w taki troszkę dłuższy, taki, gdzie każda kropla spadająca na ciało lekko podmęczone wczorajszego wieczoru jest jak zbawienie. No dobra, może trochę przesadzam ale ponoć często mi się to zdarza. Pisałem już, że kocham wodę?

  Dobra, już lekko ogarnięty lecę coś zjeść a raczej wmusić w siebie cokolwiek. Jest jakaś bułka, genialnie! Szkoda, że lekko zmęczona, taka trochę wczorajsza, no ale jak się nie ma co się lubi to się nie wybrzydza bo darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda, czy jakoś tak. Mam pieczywo, co do tego? Najlepiej coś tłustego, mam jakąś wędlinę (#bułkizszynką #dinal #plusymieszkaniazrodzicamipodczasstudiów), klasa. Masełko? Odwracam głowę żeby sprawdzić czy jest tam gdzie być powinno - HELL YEAH! Pojem! Klasyczna opcja kiedy to percepcja wzrokowo-ruchowa jednak jeszcze trochę szwankuje, a bułka, którą chcieliśmy przekroić równo wygląda bardziej jak ten chleb do którego się wlewa żurek tylko, że jeszcze przed wydrążeniem miąższu. No cóż, jak się nie ma co się lubi... Masła nie żałuje, 4 plastry szynki, czegoś mi tu jeszcze brakuje. No tak, czas na mój klasyczny kac-dodatek do kanapek - przecier pomidorowy zwany również koncentratem. Lekko kwaśny a wszyscy wiedzą, że kwaśne dobre na kaca. Do tego jeszcze spora szklanka zimnej wody z sokiem z połowy cytryny wypita na raz - done. Jako, że hangover to nie ten from Las Vegas to apetyt się zgadza, szkoda, że hajs już mniej.

  Kace to tacy nasi znajomi. Zazwyczaj uprzedzają o tym, że wpadną, czasem przeczuwamy, że wpadną a tu niespodzianka, chwilowa posiadówka. Czasem zdarzy się taki, że nie chce nas opuścić do samego wieczora. Ten mój to taki znajomy, za którym nie do końca przepadamy ale jednak na imprezę go zaprosimy bo weźmie ze sobą flaszkę. Ja też wierzę, że taki kac wpada na jakiś czas ale daje nam coś pozytywnego.

*wczoraj tzn. przedwczoraj, miałem to opublikować wczoraj ale zamuliłem.