środa, 7 maja 2014

Bułka z szynką.

  Cześć. Puszczę sobie tylko jakieś rapy i mogę zacząć. Polecę sobie z wczorajszym klasykiem, mimo, że to nie jest zbyt imprezowy raper - Mes.
(Photo credit: jeffreyw via Foter.com / CC BY)
  Po tym małym wstępie widać już, że wczoraj* było chlane. To nic, że mamy za sobą długi weekend, serio. Czwartkowy kac gigant jednak nie obrzydził mi alkoholu, chociaż bałem się, że istnieje taka ewentualność. Początek maja to już raczej taki klasyk, każdy wtedy zaliczy jakąś imprezę (albo nie tylko imprezę ;). Po takim długim weekendzie najgorszy jest powrót do normalnego życia, w moim przypadku uczelnia. Jeszcze gorsze jest to, że wracasz na tę uczelnię na dosłownie jedne zajęcia (GDZIE TU SENS?!) i dowiadujesz się, że robimy imprezę niespodziankę bo kumpela ma dziś urodziny - świetnie.

  Wszystko w porządku, naprawdę, dobre party, było chlane, były baunsy, był Jimmy Fallon z Willem Smithem i Justinem Timbelake'm (chociaż już nie pamiętam kto był kim), było w pytę. Wracasz do domu, idziesz spać, budzisz się, kac. Naturalna kolej rzeczy. W takiej sytuacji początkowo kurewsko nie chce mi się wstać, dosypiam (bo zajęcia zaczynam dopiero chwilę przed południem), a raczej próbuję jeszcze na chwilę zasnąć ale nie mogę, NIGDY. Ostatecznie wstaję o 8 bo z Saharą w mordzie dłużej nie wytrzymam. Łazienka, kilka łyków zimnej wody z kranu, kolejne kilkadziesiąt mililitrów żeby przemyć twarz - zdecydowanie lepiej. Kocham wodę. Kac nie jest jakiś potężny, w końcu nie wypiłem wczoraj dużo, ale i tak czuję potrzebę uraczenia się szybkim prysznicem. Jeszcze lekko chwiejąc się wchodzę pod natrysk i ten szybki prysznic zamienia się w taki troszkę dłuższy, taki, gdzie każda kropla spadająca na ciało lekko podmęczone wczorajszego wieczoru jest jak zbawienie. No dobra, może trochę przesadzam ale ponoć często mi się to zdarza. Pisałem już, że kocham wodę?

  Dobra, już lekko ogarnięty lecę coś zjeść a raczej wmusić w siebie cokolwiek. Jest jakaś bułka, genialnie! Szkoda, że lekko zmęczona, taka trochę wczorajsza, no ale jak się nie ma co się lubi to się nie wybrzydza bo darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda, czy jakoś tak. Mam pieczywo, co do tego? Najlepiej coś tłustego, mam jakąś wędlinę (#bułkizszynką #dinal #plusymieszkaniazrodzicamipodczasstudiów), klasa. Masełko? Odwracam głowę żeby sprawdzić czy jest tam gdzie być powinno - HELL YEAH! Pojem! Klasyczna opcja kiedy to percepcja wzrokowo-ruchowa jednak jeszcze trochę szwankuje, a bułka, którą chcieliśmy przekroić równo wygląda bardziej jak ten chleb do którego się wlewa żurek tylko, że jeszcze przed wydrążeniem miąższu. No cóż, jak się nie ma co się lubi... Masła nie żałuje, 4 plastry szynki, czegoś mi tu jeszcze brakuje. No tak, czas na mój klasyczny kac-dodatek do kanapek - przecier pomidorowy zwany również koncentratem. Lekko kwaśny a wszyscy wiedzą, że kwaśne dobre na kaca. Do tego jeszcze spora szklanka zimnej wody z sokiem z połowy cytryny wypita na raz - done. Jako, że hangover to nie ten from Las Vegas to apetyt się zgadza, szkoda, że hajs już mniej.

  Kace to tacy nasi znajomi. Zazwyczaj uprzedzają o tym, że wpadną, czasem przeczuwamy, że wpadną a tu niespodzianka, chwilowa posiadówka. Czasem zdarzy się taki, że nie chce nas opuścić do samego wieczora. Ten mój to taki znajomy, za którym nie do końca przepadamy ale jednak na imprezę go zaprosimy bo weźmie ze sobą flaszkę. Ja też wierzę, że taki kac wpada na jakiś czas ale daje nam coś pozytywnego.

*wczoraj tzn. przedwczoraj, miałem to opublikować wczoraj ale zamuliłem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz