niedziela, 23 kwietnia 2017

Książki na Kacu: Całe życie.

  A może by tak rzucić to wszystko, przestać pisać (O JAK JA DUŻO PISZĘ!) i wyjechać wiadomo gdzie? Przemyślę, najpierw muzyka (klik).
  Pomysłów na początek mam milion, ale - jak zwykle - nie wiem od czego tak naprawdę powinienem zacząć. Od bycia ignorantem i tego, że nigdy nie słyszałem o autorze Całego życia jak i o samej książce, mimo że to ponoć hicior i zgarnia nagrody? A mógłbym. I tak było - nie słyszałem, nie widziałem. Teraz się to zmieniło, bo trafiła się okazja, by przeczytać wspomnianą pozycję miesiąc przed premierą.

  Dobra, początek mam za sobą. Całe życie zawiera w sobie głównie historię życia Andreasa Eggera, który razem z Czytelnikiem przechodzi przez lata swojego dzieciństwa, młodości, prac, urazów, miłości, wojny, zmian, samotności, starości. Bohatera można nazwać pustelnikiem - mieszka na uboczu, ze wszystkim radzi sobie praktycznie sam, żyje w zgodzie z naturą i świetnie zna okolice. To ostatnie pomaga mu w pracy w firmie zajmującej się budowaniem kolejek linowych, dzięki którym spokojna, górska osada z biegiem czasu zmienia się w alpejski kurort. Na tej urbanizacji, która nieco kłóci się z przekonaniami Eggera, bohater z jednej strony tak naprawdę korzysta, a z drugiej wiele traci.

  Powieść Roberta Seethalera jest mocno minimalistyczna. Autor stara się oszczędzać słowa, nie rzuca zbędnymi opisami, choć nie wszystko wystawia przed czytelnikiem na tacy. Austriak zdaje się przekazywać Czytelnikowi, że on się nie rozpisze, a Czytający ma sam sobie sporo dopowiedzieć i wyobrazić. Nie tylko w kwestii krajobrazów, ale również w budowie Eggera, bo po słowach Seethalera głównego bohatera nie da się od razu pokochać. Do Andreasa trzeba dorzucić coś od siebie, by go uczłowieczyć. Sam z siebie wydaje się nieczułym gburem, a wystarczy kilka worków z trocinami nasączonych naftą, by jego postać stała się cichym i nieśmiałym gościem o romantycznym wnętrzu.

  Choć książka ta nie rozpierdala, to nie da się jej niczego złego zarzucić. Całość jest przyjemna i bardzo poprawna. Całe życie można porównać do leniwego, słonecznego dnia na górskiej, cichej polanie. Jak nie masz, Czytelniku, możliwości pierdolnąć wszystkim i wyjechać w Bieszczady, to sięgnij po książkę Seethalera - to będzie dobry zamiennik. Ocena:
(źródło zdjęcia oryginalnego: nexusmods.com)
  A w ramach potwierdzenia, że to dobra rzecz jest dorzucam cytacik do przeanalizowania w głowie:

- O, nie - odparł Egger i wstał. - Każdy kuśtyka na własny rachunek!

  No i dziękuję Wydawnictwu Otwartemu za egzemplarz recenzencki. I wpadnijcie do Hani (klik), by porównać sobie nasze odczucia co do Całego życia.

  A tu macie moje social media:
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

wtorek, 18 kwietnia 2017

Szlachetnie skacowani: Submarino.

  Dzień dobry, czas na pozorne nowości. Muzyka (klik).
  Nie ukrywam swojej słabości do kupowania i czytania tanich książek, książek do dychy. Czasem książki do dychy okazują się również książkami do dupy. Czasem się jednak trafi taka perła, że klękajcie narody. I dziw bierze, że ta książkowa perła jest w cenie czterech butelek Perły Export... I siedzi po niej człowiek tak szlachetnie skacowany książkowym kacem. Tak, to będzie dobry początek dla nowej książkowej serii (klasycznie - bardzo nieregularnej), bo wierzę, że ten jeden post z typem, którego zwą Metalem Szlachetnym D., zmieni się w serię, a może i coś większego. Coby nas odróżnić - ja klasycznie czarny, mój gość jeszcze bardziej czarny, w sensie czarny pogrubiony.

  Ta. Jak masz, dajmy na to (ach zapomniałem, „Dzieńdobry”, tak mie nazywajo, jak Kac napisał – prawda szczera) ze dwie stówki na wydanie na jakieś swoje rzecza – piwko, papieroski i pochodne (skarpetki?). No. To u mnie priorytety, niestety, to 1)ksiunżki, 1)muzyka, 2)cała reszta (nie, nie jebłem się, mają być dwa numery jeden, bo nie kupuję naraz książki
i płyty, bo bym bez jednego drugiego nie mógł; no bądźmy odpowiedzialni za swoje słowa, przeeż to kurna poważny blog jies nie?).

  Na pierwszy ogień niech pójdzie Submarino Jonasa T. Bengtssona. Książka dorwana za dychę w Matrasie, która przyciąga okładką - jak i cała seria Prozy świata Wydawnictwa Czarnego. Submarino opowiada historię dwójki braci - Nick dopiero co wyszedł z więzienia, żyje w mieszkaniu socjalnym, wspomina Anę, jego byłą dziewczynę; jego brat samotnie wychowuje kilkuletniego syna, Martina, traci kolejne prace, więc postanawia zostać dilerem, a w jego części pojawiają się liczne retrospekcje.

  Submarino mi Kacunio polecił. Wziąłem kupiłem (tysz za dyszkie). Przeczytałem. Dawej Kac fabułę, bo ja tego nigdy nie.

  Bracia, a właściwie bracia przyrodni, wychowują się w domu dziecka. Zostali zaadoptowani przez jedną kobietę, która miała stworzyć im wymarzony dom, a okazała się alkoholiczką - by zaspokoić nałóg wyprzedaje meble, puszcza się za pieniądze, a wkrótce zachodzi w ciążę. Opieka nad dzieckiem spada na braci, którym ciężko było we dwójkę, a co dopiero, gdy na świecie pojawia się kolejna gęba do wyżywienia. Chłopcy kradną, wpadają w nałogi i konflikty z prawem. Po latach sytuacja niewiele się zmienia: Nick uzależnia się od alkoholu, często leje w mordę (nie tylko swoją, ale i cudze), jego dziewczyna - chorwacka imigrantka - zostawia go, a on trafia do więzienia; jego brat staje się heroinistą, wiąże się z narkomanką, której robi dzieciaka, a para postanawia dla dobra dziecka zerwać z nałogiem. Jego partnerka zostaje jednak potrącona przez samochód i umiera. Mężczyzna sam musi wychować syna i zająć się domem. Nie jest to łatwe, bo narkotyczny nałóg powraca i z każdej kolejnej pracy zostaje zwolniony. Za pieniądze z domu, który dostał w spadku po matce kupuje heroinę, którą zamierza handlować.

  Dobra, tera bez żartów. O ksiunżkach poważnie. Autor podjął bardzo trudną grę z czytelnikiem – daje swoim bohaterom pełnię głosu. Narracja pierwszoosobowa jest poprowadzona konsekwentnie i unika (co rzadko spotykane) denerwującej, patetycznej maniery. Język jest prosty. Tylko momentami przybiera na naturalizmie, na dotykalnej plastyczności. Czytacz(ka) dostaje dużo miejsca, które wypełnić ma jego wyobraźnia i zaskakujące, że z taką łatwością podążałem za słowami bohaterów, dodając od siebie jeszcze więcej brudu, narkomańsko chudych ludzi, lubieżnych spojrzeń. Nick i jego bezimienny brat mówią i myślą inaczej, a przez to zdradzają to, czego sami nie chcą przyznać. Nick mówi oszczędnymi, krótkimi zdaniami (jeśli pomyślałe(a)ś o Drodze McCarthy’ego – brawo, dobry trop), koncentruje się na czynnościach, bo pozostając w ruchu (i w rauszu) ucieka od…(zabrzmi to źle) od życia. Życia alkoholika uzależnionego od przemocy, od Any. To, co dręczy bohatera, jest cały czas wokół niego, oblepia go i ograniczając możliwość ruchu, przyczynia się do podejmowanych przez Nicka fatalnych decyzji. Podobnie z resztą postępuje jego brat – zdefiniowany tylko przez heroinę i przez synka Martina, któremu tak obsesyjnie chce zapewnić dzieciństwo inne, niż swoje. Jednak jego język pełen jest przeszłości, czasu, kiedy po lepsze życie wystarczyło zaledwie sięgnąć (lub nie sięgnąć po heroinę). Współczułem mu, ale też wiedziałem, że tego człowieka nie ma tu i teraz – tu i teraz jest ćpun, któremu wydaje się, że wszystko będzie dobrze. Jakby głęboki oddech pod wodą miał pozwolić żyć…

  Bengtsson świetnie snuje historie braci umieszczając je w brudnych duńskich uliczkach, gdzie roi się od bezdomnych, porozbijanych butelek i zużytych strzykawek. Czytelnik nie ma większych problemów z tym, by wyobrazić sobie miejsca po źle wkłutych igłach heroinistów, obecny wszędzie syf i ubóstwo. Postacie Nicka, jego brata, a także poboczne, jak Ivana, czy Martina, są genialnie opisane. Przez narrację pierwszoosobową nie ma trudności z tym, by Czytelnik odnalazł się w skórze głównych bohaterów, przez to też łatwiej wyobrazić sobie życiowe trudności, przed którymi wyżej wymienieni stawali.

  Nie mógłbym napisać tego tekstu z nikim innym – bo i po lekturze towarzyszyło mi odczucie kaca (hyhy). Mógłbym pisać o determinizmie, wzdychać do umiejętności pisarza, czy narzekać na momenty, gdzie narracja zdaje się zaciemniać (zwłaszcza w segmencie Ivan), a gdzie nie mam pewności czy tak miało być… Ale i tak, nie zmieni to faktu, że Submarino to porządna książka realistyczna, która umoczy czytelnika
w gównie. A ten jej jeszcze za to podziękuje. I to jest coś.

  Submarino to powieść, w której łatwo się zatopić i cierpieć razem z nią, z jej bohaterami. Całość, mimo tego że niezbyt przyjazna, pochłania się jednym tchem. Bengtsson to kolejne z moich do-dychowych odkryć i naprawdę chcę czytać tego gościa więcej, bo jedna powieść to zdecydowanie za mało. Zwłaszcza, że jest tak dobra. Tak dobra, a jednocześnie tak zła i nieprzyjemna. Ocena:
(źródło zdjęcia oryginalnego: nexusmods.com)
  Trza zapolować na Baśń, co Kac? A! Jest jeszcze film, zrobiony całkiem w porządku. Możecie zerknąć, ale ale! Książka koniecznie wcześniej! A teraz czas na słowa co drugiego blogjera książkowego: dobrzesięczytao. A teraz słowa moje: STAY METAL!

  Aha, moja ocena:
(źródło: http://www.adl-dl.pl/)
  No i ten, stej tjund, widzimy się następnym razem, nara.

  Wbijcie jeszcze na social media: 
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

sobota, 1 kwietnia 2017

Suma Kaców: Marzec 2017.

Zero żartów dziś, poważnymi ludźmi jesteśmy w końcu, nie? Muzyka (klik).
(Photo credit: Foter.com)
Marzec w sumie był spoko, więc idźmy go sumować, co by nie pierdolić zbędnych głupot.

KSIĄŻKI
- Minimum znów odjebane, pięć książek przeczytanych, szósta nawet zaczęta:
Pantałyk Mariana Pilota - nie porwało, ale całkiem znośne, 5/10.
Siedem dobrych lat Etgara Kereta - tu recenzja (klik).
Ryszard i kobiety Ryszarda Kalisza - jak na książkę za zeta to spoko, Pan Kalisz to kumaty gość jest i zbiłbym z nim piątkę, 5/10.
Inwigilacja Remigiusza Mroza - klasa, więcej nie napiszę, bo pewnie kiedyś zrecenzuję.
Kolonie Knellera Etgara Kereta - jedyny minus to to, że jest za krótka, 8/10.
- Kupiłem milion książek i wszystkich nawet nie pamiętam pewnie, ale na pewno wpadło po dwie - trzy pozycje od Twardocha, Szostaka, Orbitowskiego, W odbiciu Małeckiego (zamówiłem też Przemytnika cudu, ale dojdzie mi pewnie po weekendzie), wspomniane Kolonie Knellera Kereta, Inwigilacja Mroza i ten brzydok (klik). A, i Ekshibicjonista. Opowiadania nie tylko erotyczne Janusza Majewskiego.

MUZYKA
- Z płyt zapętlałem The Introvert Holaka, Enuff EP Rosalie. i Molzę Alkopoligamii.
- Singlowo na zapętleniu leciały numery PlanaBe i Bokuna z Młodych wilków Popkillera, nowe single Kubana i pewnie coś jeszcze.
- W kwestii płytowych sprawdzanek i odkryć - Stairs Kroków, Kawalerka Bitaminy, nowe albumy Drake'a, Hadesa, The XX i debiut Michała Sobierajskiego.
- Odświeżałem sobie RHCP, Pink Floydów, FWRD XXANAXXu, instrumentalny projekt pana co się kryje pod ksywą Rowlf The Dawg i trochę innych rzeczy.
- Na półkę wrzuciłem dwa nowe albumy - wspomnianą Molzę od Alkopoligamii (i nie wiem czemu, ale z nowych rzeczy kupuję tylko CD z Alko) i za dyszkę w Biedrze Przed snem Sobierajskiego.

FILMY
- Nie wiem po chuj ta kategoria, skoro w marcu nie obejrzałem nic.

INTERNETY
- Poznałem trochę fajnych blogów, ale jestem strasznym leniem, więc nie będę ich linkował. Poza tym był szerłik, więc pewnie i tak sami macie co czytać, to po co więcej, nie? No.
- U mnie największy rozpierdol zrobił pościk z Hanią (klik).

SUMA SUMY
Jakby nie te filmy to bym pewnie wszystkie punkty z zeszłego miesiąca zrealizował. Napisałem jedną recenzję, która liczy się jako post nieplanowany, bo planowałem zrecenzować zupełnie inną książkę, więc zagiąłem sam siebie. No i ta niespodziewana rzecz wreszcie wjechała, bo chodziło o ten post z Hanią.

PLANY NA KWIECIEŃ
1. Pięć książek.
2. Napisać coś więcej niż podsumowanie.
3. Oprócz tego więcej niż podsumowanie to jeszcze post niespodzianka.
4. Trzy filmy
5. A chuj, wystarczy.

Jouz.

Yup, z tą muzyką na początku to był jednak żarcik.

Idźcie jeszcze na moje socjale:
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0