wtorek, 14 lutego 2017

Walentynkowa trauma.

  Dzień dobry. Na początku, z okazji imienin Waszego patrona, życzę najlepszego wszystkim chorym, głównie epileptykom i tym, którzy cierpią na dolegliwości psychiatryczne. Muzyczka w klimacie (klik).
(Photo credit: Lisa L Wiedmeier via Foter.com / CC BY-SA)
  Dobrze wiem, że różne traumy ludzie mają i różne powody ich są - komuś zmarła osoba, którą uważał za najważniejszą, ktoś inny przeżył gwałt, a ktoś tam narzygał na kobietę, która mu się podobała. No różnie bywa. Ja dziś napiszę historię chłopca, którego trauma ma ścisły związek z walentynkami.

  Lat to było temu trochę. Kilkanaście. Nie pamiętam dokładnie ile miał wtedy lat. Podstawówka na pewno. Raczej klasy 1-3, nie 4-6. Wiadomo, te lekcje, na których nauka polega na pisaniu, czytaniu, jakichś zajęciach plastycznych. Klasa tego chłopca robiła wtedy kartki walentynkowe - jakieś wycinanki, wyklejanki, wpisywanie życzeń. Jeśli ktoś miał jakiś pomysł na wierszyk z miłosnym wyznaniem to prezentował go przed całą klasą. Była taka jedna, niezbyt urodziwa dziewczyna, która takowy miała napisany na jednej ze swoich laurek przygotowanych wcześniej w domu, więc przepisała go na tablicę ze swojej kartki w kształcie serca, na której powklejane były kwiatki i inne kolorowe pierdoły z magazynów, które zapewne czytała jej matka. Jeśli ktoś swoją laurkę wykonał, to ją adresował nazwiskiem i klasą swojej sympatii, a na jednej z kolejnych lekcji ktoś przechodził po wszystkich klasach i zbierał je do wielkiego, czerwonego pudła.

  Kilka dni później liściki, kartki i laurki były roznoszone. Klasyczna opcja w każdej ze szkół raczej. W klasie bohatera tego opowiadania ktoś dostał siedem kartek, ktoś trzy, kilka osób po jednej, reszta nic. Wśród osób z jedną laurką był on, chłopiec-bohater. Wierszyk, który znalazł się na jego upominku już znał. Znała go cała klasa. Białe serce wyklejone w kolorowe kwiatki i pierdółki z kobiecych magazynów również znał już każdy w klasie. W klasie, która śmiała się na głos. Za wyjątkiem naszego bohatera i twórczyni kartki, której pośladki nie mieściły się na tym podstawówkowym, dziecięcym krzesełku. Chłopiec schował kartkę do swojego tornistra i starał się o niej zapomnieć. Po lekcjach szybkim krokiem zszedł do szatni, ubrał się i poszedł do domu, przed którym wyciągnął kartkę z tornistra, podarł ją i wrzucił do śmietnika. Złość rysująca się na twarzy chłopca nie umknęła jego matce, która wypytała o co chodzi. Odpowiedział, że dziś w szkole rozdawane były kartki walentynkowe i dostał jedną. Matka zdziwiła się, bo przecież powinien się cieszyć. Dowiedziała się od kogo, starszy brat chłopca na tę informację zareagował dokładnie tak, jak cała klasa wcześniej w szkole, a kobieta starała się coś zaradzić w tej sytuacji.

  Przez kilka kolejnych lat bohater za każdym razem w walentynki miał nadzieję, że nikt nie wyczyta jego nazwiska rozdając w szkole kartki walentynkowe. No i w sumie tak było. I dobrze. Za każdym razem zamiast złości na jego twarzy rysowała się prawdziwa satysfakcja, bo nikt go nie wystawiał na pośmiewisko - świadomie, czy nie, to już nie jest ważne.

  Tym chłopcem byłem ja. Sporo osób pewnie wkleiłoby pod spodem jakiś obrazek w stylu "dziewczyna, z której wszyscy śmiali się w podstawówce teraz i dziś", no i spoko, bo to często się sprawdza. W tym przypadku jednak nie do końca, bo moja ówczesna wielbicielka niewiele się zmieniła na przestrzeni czasu (może trochę urosła), a kilka lat temu, gdy mijałem ją na chodniku nie odpowiedziała mi nawet na uśmiech i "cześć". Nie wiem co jest tego powodem, ale jak tam woli.

  Po latach mam na walentynki kompletnie wyjebane, nie obchodzą mnie, bo ja nie obchodzę ich (bo i tak nie mam z kim). Wiedz jednak, Czytelniku, że jeśli ktoś z Twoich znajomych, a może nawet Twój partner/partnerka nie chce jakoś specjalnie celebrować tego dnia, to go za to nie potępiaj. Może ma jakiś powód do tego? Taki, jak ja miałem dawniej na przykład.

  A jak walentynki obchodzicie, to niech wam dobrze dziś będzie. Ja sobie wpierdolę tofifi od mamy i poczytam jakąś książkę.

  Lufa.

  Social media:
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

sobota, 11 lutego 2017

Zimo, idź se w pizdu.

  Postanowiłem sobie sprawdzić całą płytę Organka najnowszą ostatnio, bo znałem tylko to (klik) singlowe Mississippi w ogniu. Zauroczonym całością. 
(Photo credit: Foter.com / CC0)
  Zima jest. No nie da się ukryć, że nie. Chociaż dziś i tak jest całkiem spoko, bo słoneczko, śnieg stopniał w pizdu i no, przyjemniej jakoś jest. Ale ja zimy nie lubię. No nienawidzę. Bo mi zimno. Bo najlepiej to bym się w dwie kołdry i trzy koce owinął, a na sobie miał jeszcze dresy, kalesony, bluzę z kapturem, szalik i dwie pary skarpet. Takich grubych, ciepłych, wełnianych, gryzących. Ale takich nie mam. Nawet jednej pary. Cały plan w pizdu. Trzeba wyjść.
  Pojechałem ostatnio na egzamin. Trzeba było się odpierdolić ładnie, bo to egzamin. Ubrałem sobie ładne spodnie, koszulę, szeleczki, te sprawy. Do tego zaczesałem ładnie włosy. Usiadłem na łóżku, tylna szelka mi się odpięła i z całym impetem zajebała mi w tył głowy. Bolało. Ale to był ból otrzeźwiający umysł i coś tam jeszcze, nie pamiętam co. Wpadłem wtedy na dwa przemyślenia takie:
pierwsze - przecież moja kurtka zimowa nichuja nie pasuje do mojego ałtfitu of de dej;
drugie - jak ubiorę czapkę, to mi się spierdoli zaczes.
  Problemy mnożą się jak króliki. Chore pojeby, zwyrodnialcy, zło.
  Z problemami trzeba sobie radzić, więc ja, jako zaradny, stosunkowo (jeszcze) młody mężczyzna, zacząłem się głowić nad rozwiązaniami. Nie no, żartuję. Przecież logiczne, że ubrałem krótszą i bardziej wiosenno-jesienną, niż zimową kurtkę, a czapki to nie ubrałem wcale. Ubrałem też buty i w momencie, w którym się schylałem znów jebła mi tylna szelka. Nie zajebała mi znów w tył głowy, bo miałem na sobie już kurtkę, więc została powstrzymana, ale jestem leniem i czasu miałem coraz mniej, więc stwierdziłem, że szybciej będę, gdy jakoś złapię za spodnie tą szelką bez zdejmowania kurtki. I poszedłem na autobus, na który prawie się spóźniłem (na wcześniejszy zaspałem, ale to nic, bo wtedy byłbym na uczelni długo przed moim wejściem na egzamin, a drugim tylko kilkanaście minut przed tym wejściem). Śnieg prószył, wiał wiatr, zimno było. Miałem szalik. Owinąłem się nim tak, że uszy mi trochę zasłaniał i były w tym dwa plusy:
pierwszy - słuchawki mi się lepiej w uszach trzymały;
drugi - nie wiało mi tak bardzo po uszach, jak mogłoby mi wiać, gdybym ich nie owinął. 
Geniusz.
  Jechałem, przesiadałem się, trochę czekałem, później trochę szedłem i tak samo było jak wracałem do domu, tylko od końca i zadowolony fest byłem, bo zdałem. Szedłem trochę, czekałem trochę, się przesiadałem, jechałem. Coś w tym stylu. Jedno w tych podróżach i całym dniu (oprócz momentów, w których przesiadywałem w pomieszczeniach zamkniętych) było niezmienne.
  Marzłem. Kurewsko marzłem. W łeb mi zimno było i w jajka też trochę. I w dupę też trochę, bo ta kurtka wiosenno-jesienna to krótsza jest niż ta zimowa stricte. I rękawiczek nie miałem, to w dłonie mi też było zimno. W nogi też mi było zimno trochę. Tylko trochę. Tak samo trochę jak w jajka i dupę, bo od tej zimy tworzę z parą kalesonów nierozerwalny związek oparty na czułości i cieple. Jest nam ze sobą super. Znaczy mi na pewno, im chyba też. Zimno mi było jeszcze w uszy, bo te górne takie kawałeczki mi wystawały. Dobrze, że elfem nie jestem, bo wystawały by mi większe części uszu. A jakby tego było mało, to mój zaczes wiatr potargał, więc równie dobrze mogłem czapkę ubrać i mieć wyjebane. I tę kurtkę dłuższą jednak ubrać, bo nie dość, że dłuższa jest, to i cieplejsza.
  Zimowa sesja to zło. Nie dość, że to sesja, to jeszcze w zimie. Mi zimno, ktoś chory, a ktoś inny się jeszcze w garniturze i lakierkach wypierdoli na zakręcie przed samą uczelnią. Samą sesję dałoby się znieść znacznie lepiej, z mniejszym natłokiem narzekań, ale sesja w zimie? Kto to w ogóle wymyślił?
  Wniosek jest tylko jeden. Zimo, idź se w pizdu.
  A wpis ten by nie powstał, gdyby nie wpis Ani z PKNDL (klik), który stał się moją inspiracją.

Socjale:
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

środa, 1 lutego 2017

Suma Kaców: Styczeń 2017.

Luty, sesja, kolejne podsumowanie to i muzyka (klik).
Na początku napiszę tylko, że jestem zadowolony. Powody poniżej.

KSIĄŻKI
- Cytując plany na styczeń: "na dobry początek - minimum pięć książek do przeczytania". Postanowienie spełnione, przeczytałem sześć pozycji (gdyby nie to, że musiałem popisać trochę rzeczy na zaliczenie byłoby siedem). W styczniu przeczytałem:
Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa Harukiego Murakamiego - przyjemna powieść, świetna gra na wyobraźni kolorami, 7/10.
Nietoperze. Aqua Velva Leny Kitsopoulou - z każdą kolejną książką coraz bardziej cenię wydawnictwo Książkowe Klimaty, bo nie dość, że ładnie wydają wizualne, to i opowieści są bardzo przyjemne, choć tu przyjemne to złe słowo. Są bardzo dobre, choć złe (trzeba to przeczytać, wtedy się mnie zrozumie), 8/10.
Szamo Grzegorza Szamotulskiego i Krzysztofa Stanowskiego - spodziewałem się książki biograficznej jednego z bardziej ekscentrycznych polskich bramkarzy, okazało się, że jej nie dostałem. To raczej zbiór anegdot z życia Szamo, głównie tego życia boiskowego. Przyjemna lektura, 6/10.
Nagle pukanie do drzwi Etgara Kereta - Rur nie przebił, ale jest dobrze. Świetnie mi się tego gościa czyta. Chcę więcej! 7/10.
Spotkanie Milana Kundery - napisałem o tej pozycji kilka słów na LC, więc można sobie zerknąć (klik), 7/10.
Marcovaldo czyli pory roku w mieście Italo Calvino - zbierałem się długo, zebrałem się w końcu, nie żałuję ani chwili. Kawał dobrego czytadła w postaci dwudziestu opowiadań o tytułowym Marcovaldo, 7/10.
No i zostało mi kilkadziesiąt stron Mężczyzny ze Stumilowego lasu Douglasa Laina, ale to pewnie skończę dziś przed snem.
- W styczniu złamałem sobie postanowienie noworoczne o tym, że będę kupował mniej książek i po trzech dniach nowego roku miałem już trzy nowe książki. Ostatecznie stanęło na jedenastu: wspomniane Nagle pukanie do drzwi Kereta oraz Siedem dobrych lat tego samego autora, Bezcenny Miłoszewskiego, również wspomniany już Mężczyzna ze Stumilowego lasu Laina, Nadchodzi Orbitowskiego, Submarino Bengtssona, Pies musi wystrzelić Hollanka, Jeśli zimową nocą podróżny Calvino, Opowiadania zebrane Cortazara, Pióropusz Pilota oraz Kobiety to męska specjalność Gołębiewskiego. Ciekawostka jest taka, że praktycznie wszystkie pozycje kupiłem poniżej dziesięciu złotych za sztukę. Dyszkę przebił tylko Keret (pierwszą wspomnianą książką - 17,50 zł), Orbitowski (już wspominałem w jednym poście - 14,90 zł) i Cortazar (wygrzebany w antykwariacie za 16 zł).

MUZYKA
- W porównaniu do poprzednich miesięcy wiele się nie zmieniło. Pierwsze miejsca nadal zajmują The Weeknd, Taco Hemingway i Ten Typ Mes.
- Do czołówki wjechały Dwa Sławy z nową płytą, Igły od Zaburzeń, ostatnie dwa albumy Franka Oceana i odświeżyłem sobie ANTI Rihanny.
- Na półkę nie trafiło nic nowego.

FILMY
- Postanowienie na styczeń spełnione, obejrzałem trzy filmy, konkretniej animacje:
Sekretne życie zwierzaków domowych - nie spodziewałem się tu niczego specjalnego i w sumie nie byłem zbyt zaskoczony. Taka całkiem przyjemna historia, realizacja całkiem niezła, 6/10.
Sausage party - tutaj się zawiodłem, bo po trailerach oczekiwałem rozpierdolu i strzału w dziesiątkę w kwestii trafiania w moje gusta. ZAWÓD, 5/10.
Trolle - czołowy motyw w wykonaniu Timberlake'a nucę od premiery, ale jakoś nie po drodze mi było ze sprawdzeniem tej produkcji. Skusiłem się i jestem bardzo pozytywnie zaskoczony. W polskiej wersji językowej gryzły mnie jednak piosenki, wolałbym, by zostały w wersji oryginalnej, ale wiadomo - nie jestem potencjalnym odbiorcą takich produkcji. Niemniej jednak daję 8/10.

INTERNETY
- Blogowo też było całkiem nieźle. Nie spełniłem tylko jednego postanowienia, ale to jednak zajmie mi więcej czasu niż przewidywałem. Nie ukazały się Gadające głowy, ale mam nadzieję, że po sesji znajdę więcej czasu na dopracowanie tego projektu.
- Najlepiej siadło podsumowanie roku 2016 (klik). Z postanowień, jak pisałem, nie wjechała tylko jedna rzecz, za to wrzuciłem wspomniane podsumowanie roku, jedną recenzję książkową, jeden post, którego odgórnie nie planowałem i jedna zaplanowana niespodzianka, czyli wszystko spoko.

SUMA SUMY
Jestem z siebie strasznie zadowolony, bo mimo że w międzyczasie ogarniałem kilka rzeczy na studia to byłem w stanie przeczytać prawie siedem książek, obejrzeć te trzy filmy i wrzucić kilka postów. Wierzę, że taki stan rzeczy utrzyma się w kolejnych miesiącach tego roku.

PLANY NA LUTY
1. Powtórka - minimum pięć książek (nie licząc tej, którą dziś skończę).
2. Spróbuję naskrobać jakąś recenzję.
3. Bardzo możliwe, że wjedzie kolejna recenzja Mroza z Kają.
4. Bardzo możliwe, że wjedzie ta druga niespodzianka, o której wspominałem miesiąc temu.
5. Powtórka - minimum trzy filmy.

Naaaaaaraaaaaaa.

Wincy Kacówy:
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0