wtorek, 22 listopada 2016

Panowie, szanujmy się.

  Nie przeproszę nikogo za to, że znów zrobiłem sobie przerwę. Nie będę się tłumaczył. Nie będę miły dziś wcale. Nie muszę. Bo po co? Macie za to muzykę (klik).
(Photo credit: darkday. via Foter.com / CC BY)
  Chodził za mną ten temat od jakiegoś czasu i stwierdziłem, że wreszcie go poruszę. I fajnie, że dopiero teraz, bo poukładałem sobie to wszystko w głowie i wiem czego chcę, wiem co chcę napisać, wiem do czego i kogo chcę się dopierdolić, wiem co mi nie pasuje. Lećmy więc. No i żeby nie było, że nie ostrzegałem - będzie niesmacznie, choć ja tam nie narzekam, bo żrę właśnie paprykowe lejsy.

  Drodzy Państwo, nie ukrywajmy, że każdy z nas z toalety czasem korzysta, to nie jest jakiś temat tabu, a kał kilkanaście lat temu był w Polsce niemalże gwiazdą filmową. Jak to? A tak to, kurwa! Kultowa scena z Królem Sedesów z kultowej komedii Chłopaki nie płaczą (klik jak coś). O korzystaniu z toalety śpiewa gwiazda (prawie)światowej sławy - Gracjan Roztocki (klik jak coś). No i co? No i gówno. Mimo że wszyscy z kibli korzystamy, to jednak nie wszyscy potrafią. Nie wiem jak tam kobiety, bo z damskiej toalety korzystałem raz w życiu, lekko podchmielony i wygrałem za to piwo, o. Ale faceci to są jednak, kurwa, świnie. I to chyba nie w tym piosenkowym kontekście...

  Przez tych ponad dwadzieścia lat szczałem w różnych miejscach i okolicznościach. W nocnik, w gacie, w szkole, w szkole, w szkole, na uczelni, w typowych publicznych kiblach, w galeriach, w kinach, w teatrach, w mieszkaniach, kamienicach, w hostelach, pod drzewem, pod ścianą, w klubach, w barach, na dworcach, w toitoitach, w kiblu na magazynie w Tesco, chujwiegdziejeszcze. Multum miejsc, podobnie z liczbą okoliczności. I, kurwa, najgorzej jest właśnie w tych kiblach w miejscach publicznych - szkołach, uczelniach, galeriach itp. Bo taki człowiek to sobie myśli, że jak jest gdzieś, gdzie pracuje pani sprzątaczka, czy tzw. babcia klozetowa, to może wszystko, bo ktoś po nim posprząta. No i fakt, trochę racji w tym jest, tylko...

SZANUJ OSOBĘ, KTÓRA KIBLE CZYŚCI
Podejrzewam, że taka pani sprzątająca nie będzie zachwycona jak trafi się jej zasrany kibel. Wiadomo, nie zawsze ta szczotka w miejscach publicznych jest, ale jak już się trafi to weź ją chwyć w dłoń i przeszoruj przez tę muszlę, bo korona z głowy przez to nikomu nie spadnie (bo większość z nas i tak tę koronę nosiła jedynie na jasełkach jak się mu trafiła rola jednego z trzech króli), a pani sprzątająca i tak do kibla co pięć minut nie zagląda żeby po każdym muszlę skrobała. A po tobie ktoś wejdzie i raczej nie chce oglądać resztek tego, co z siebie wydaliłeś. Ty też byś pewnie nie chciał, nie?

DESKĘ PODNIEŚ
Wyobraźmy sobie sytuację, że jakiś typ leci za potrzebą do kibla, wpada do kabiny, zamyka się, gacie w dół, pokrywa w górę, siad... I mokro, bo ktoś przed nim deski nie uniósł i ją oszczał. A teraz wyobraź sobie, koleżko drogi, że tą osobą, która tak szybko do tego wc leciała, jesteś ty. Właśnie ty. Nie kto inny. Miło? Nie? To podnieś, kurwa, tę deskę. W domu matce na nią nie szczasz, to nie szczaj, kurwa, innym ludziom.

WODĘ SPUŚĆ
Nie ważne co robisz, nie ważne czy w pisuar, czy w muszlę. Spuść tę wodę! W necie jest masa zdjęć śmiesznych karteczek naklejonych w kiblach, by spuszczać po sobie wodę. Takie normalne komunikaty rzadko pomagają i czasem trzeba być bardziej konkretnym. Jak pracowałem we wspomnianym Tesco na magazynie, to nad jednym pisuarem wisiała kartka z treścią mniej więcej taką: "jak szczałeś to spuść wodę, bo później jebie w całym kiblu". No i taka jest prawda. Średni komfort się odczuwa, gdy korzysta się z kibla, w którym jebie. A jebie przez użytkowników, nikogo innego.

TRAFIAJ DO MUSZLI
Ja nie wiem jak to jest, ale ostatnio coraz częściej spotykam się z tym, że na około kibli widać, że jest ewidentnie nasikane. W przypadku pisuarów jest podobnie. Problemy z celnością? To, kurwa, usiądź na tym kiblu i tak szczaj! To jest podobna opcja jak z tym spuszczaniem wody. Mocz rozlany w toaletach generuje kurewski smród, a nie daj Boże, niech ktoś wdepnie w taką kałużę, to ten odór niesie za sobą dalej i dalej. Miło, kurwa, jak siedzisz na zajęciach, a od kogoś kurwi moczem przez to, że ktoś inny sobie nie trafił do muszli. Albo celuj, albo siadaj.

MYJ RĘCE
Najgorsza zaraza, której w życiu nie zrozumiem. Jak można wyjść z toalety bez umycia dłoni? No jak, kurwa, JAK?!?!?! Chuj mnie obchodzi, że siebie masz za osobę czystą, wyszorowaną papierem ściernym i na twoim małym przyjacielu nie ma kompletnie bakterii. Tak naprawdę są. Ale nawet jeśli, to na klamce, desce, spłuczce, czy nawet, kurwa, w powietrzu jest ich masa. Wychodzisz z kibla to umyj te dłonie, nawet opłucz pod bieżącą wodą, bo średnią przyjemnością jest naciskanie czystą dłonią na klamkę. Rozumiem, że suszenie dłoni pod tymi dmuchawami nie jest zbyt komfortowe, bo raz dmucha gorącem, a raz zimnem; powietrze rozbryzguje wszędzie wodę z dłoni i spodnie mogą wyglądać jakby się nie kontrolowało swojego potworka, a papierowe ręczniki kosztujo, więc napełniony dystrybutor kaszmirowych jednorazowych ręczniczków to rzadkość, no ale, kurwa, no. Chusteczkę higieniczną wyciągnij z kieszeni, weź sobie trochę papieru z kabiny, czy nawet wytrzyj się we własną bluzę. W ostateczności nic się nie stanie, jak tych dłoni nie wytrzesz, serio. Świata od jednych mokrych rąk nie rozpierdoli.

  Nie wiem jak sytuacja wygląda w damskich toaletach - choć słyszałem, że bywa nawet gorzej, ale to nie mnie to oceniać - więc apeluję głównie do mężczyzn.

  PANOWIE, KURWA, SZANUJMY SIĘ!

  Jest też sprawunia. Miło by mi było, gdybyś mi, Czytaczu, wypełnił kilkuminutową ankietę, o tę (klik). Będę wtedy bardzo wdzięcznym człowiekiem!

  Więcej Kaca: 
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

piątek, 11 listopada 2016

Rap na Kacu: AŁA.

  Rzecz, na którą czekałem długo długo długo, bo od premiery ostatniej płyty Mesa, nadejszła. Dokładnie czwartego listopada. Znaczy do mnie drugiego, bo wiadomo, że jak się zamawia płytki w przedsprzedaży, to czasem trafiają do zamawiających wcześniej. I do mnie tak właśnie trafiła. No to wiadomo o czym dziś będzie, to muzyka (klik)!
(na zdjęciu, które sam se zrobiłem, jest AŁA. w wersji limited, więc okładka nieco różni się od płyt, które można dostać w sklepach)
  Ten Typ Mes - raper, producent, dj, felietonista, wydawca. Człowiek, z którego dokonań artystycznych można by pisać prace naukowe [( ͡° ͜ʖ ͡°)]. Postać nietuzinkowa, swojego rodzaju fenomen na polskiej scenie hip-hopowej, a i muzycznej. AŁA. Dziesiąty album Mesa. Piąty solowy (no bo tego z Lepszymi Żbikami ponoć nie powinno się uznawać za album solowy). Niepierwszy, który okazuje się muzycznym eksperymentem. No ale czego można było spodziewać się po człowieku, po którym należy spodziewać się niespodziewanego? No właśnie TEGO.

  Bardzo eklektycznego brzmieniowo materiału, na którym nie ma dwóch takich samych bitów. Produkcje to przemieszanie stylówek i gatunków. Bo mamy mocno klubowy i jeszcze mocniej zróżnicowany Unisex, który buja banią, wprowadza stopę w tryb tupanka, a wcześniej... Zdecydowanie bardziej minimalistyczne, balladowe Jak nikt, w którym połączenie basu i kilku klawiszy wycisza i też buja, ale znacznie wolniej i na boki, a nie jak poprzednik - w opcji przód-tył. Co jeszcze można odnaleźć w tym miszmaszu? Trapy, cloudy jazzy. Najbardziej hip-hopowym bitem, na tym bardzo niehip-hopowym albumie jest chyba ten z Czy ty to ty? i bonusowego Wiedzą. Muzycznie najbardziej do gustu przypadł mi numer W sumie nie różnią się, gdzie dźwięki syntezatorów kojarzą mi się z jakimiś oldskulowymi, rozpikselowanymi grami komputerowymi.

  Mesowi udała się jedna rzecz, o którą w takim muzycznym rozpierdolu byłoby bardzo trudno. Chodzi o spójność. Bo AŁA., mimo tych bitów, w których nie sposób odnaleźć jakiekolwiek podobieństwo (oprócz syntezatorów), jest albumem naprawdę spójnym. Padały słowa, że dziesiąty album Mesa to zbiór singli, zbiór numerów, które można niezależnie zapętlać, zbiór oddzielnych utworów, taka składanka trochę. Coś w tym jest, bo każdy zasługuje na oddzielną uwagę, każdy na tym samym poziomie. Jednak całościowość i słuchanie AŁA. od deski do deski (patrząc na twarde okładki, to ma to sens!) oddaje, moim zdaniem, jej prawdziwe oblicze - płyty osobistej, życiowej i nieco gorzkiej.

  Przyznam, że Mes ma nosa do singlowej selekcji, czego ostatnio brakuje większości jego kolegów z rapowej branży. Nie wiem czemu, ale większość hip-hopowców jako przedpremierowe single puszcze najlepsze kawałki z danego albumu. A to nie powinno tak działać. Singlami powinny być te numery, które są dobre, która potrafią zaciekawić, zaskoczyć, ale nie będą najlepsze na całej płycie. I tak właśnie robi Mes. Bo Nieiskotne, Czy ty to ty?, Wiedzą, czy Jak nikt to numery dobre, ale są na AŁA. lepsze. Najmocniejszy dłuższy moment tej płyty wchodzi razem ze wspominanym już W sumie nie różnią się. Po nim mamy Świeżaka z gościnną zwrotką RAUa, Jeden mail ze świetnym refrenem i mega klimatyczny, samochodowy Ride. To taka czwórka moich głównych faworytów, choć nie uświadczyłem na tym krążku kawałka, który miałbym ochotę przeskipować. Bo każdy jest świetny.

  Kolejny plus dla Typa za dobór gości. Dawid Podsiadło - bardzo przyjemny refren w numerze otwierającym całą płytę. VNM - jego akurat wybrała większość, z którą ja się nie zgadzam, bo głosowałem na wersy Rasa, ale jest bardzo spoko. Ifi Ude - miłość za chórki i ten refren. RAU - moim zdaniem to największy kot z tego jeszcze stosunkowo świeżego narybku w Alko i jeszcze mnie nie zawiódł. Iza Lach - idealne dopełnienie w Nieiskotne. Panie Kinga Miśkiewicz i Monika Borzym - potwierdzenie, że kilka podśpiewanych słów robi robotę i nikt nie powie, że jest inaczej. Instrumentaliści - świetne podkręcenie podkładów. Producenci - rozpierdol, ale o tym już pisałem.

  Mam tak, że każda kolejna solówka Mesa podoba mi się bardziej od poprzedniczki. No każda. Ale teraz to już przesadził. Otworzyłbym okno i przez megafon krzyknął, że AŁA. to najlepsza płyta Tego Typa Mesa - muzycznie, lirycznie, wokalnie; w każdym możliwym aspekcie (ale nie mam megafonu). To samo myślałem wcześniej o TBZD, to samo myślałem o Kandydatach na szaleńców i Zamachu na przeciętność. Ale to, co stało się na AŁA. pokazuje, że nie warto daleko wybiegać w przyszłość i poprawię się trochę. AŁA. to, na chwilę obecną, najlepsza płyta Tego Typa Mesa. Dlatego też dyszki nie dostanie, bo wierzę, że w przyszłości czeka mnie coś lepszego. Ocena:
(źródło zdjęcia oryginalnego: nexusmods.com)
  I jeszcze jedno. Panie Mes, dobrze, że nie został pan dresiarzem.

  A ja to jakoś tak czuję, że wypadłem trochę z rytmu pisania o muzyce. Trzeba to chyba nadrobić i poprawić.

  Jeszcze jedno! Ostatnio na blogu Kai, którą już powinniście dobrze znać, pojawił się post, w którym pojawiam się razem z kilkorgiem blogerów bardziej znanych ode mnie. Polecam zajrzeć na Do kawy blog (klik), bo całkiem ciekawy i nieźle napisany tekst z tego wyszedł.

  Więcej Kac-kontentu:
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

poniedziałek, 7 listopada 2016

10 faktów o Kacu - Liebster Award.

  Dzień dobry. Ostatnio się zacząłem z powrotem rozkręcać trochę i bardzo mi się to podoba. Tak samo jak nowy Taco (klik).
(Photo credit: Michael Fötsch via Foter.com / CC BY-SA)
  Normalnie zlałbym tę nominację jak każdą inną. Ewentualnie wrzucił w komentarz zniesmaczonego/wkurwionego Zacha (klik) i link do jednego z moich postów (konkretnie to tego - klik). Coś mnie jednak tknęło do tego, by sobie popisać - nominacja padła ze strony Kai z Do kawy blog (klik), a z Kają mi się świetnie współpracuje przy okazji naszych wspólnych, mroźnych recenzji, więc odmówić jej nie mogłem. Poza tym miałem względnie gotowy post, w którym napisałem o moich życiowych pojebaństwach, a to się trochę łączy. Dopiszę więc do nich kilka rzeczy mniej pojebanych, przemieszam to wszystko i akurat będę miał dziesięć skacowanych niby-faktów. No bo ja nie wiem, czy te pierdoły, które tu powypisywałem, to je w ogóle można za jakiekolwiek fakty uznać. Ja nie wiem. Ja się nie znam. Nie muszę. Nie chcę nawet. Ostrzegam jednak - stężenie popierdolenia może momentami być wyższe niż jakakolwiek ustawa przewiduje (o ile taka jest). No to niech będzie - Libster Ełord a.k.a. 10 faktów o Kacu.

NIE PIJĘ KAWY
Czujecie ten paradoks? Gość, który nie piję kawy, a właściwie to jej nie lubi, pisze sobie wspólne posty z kobietą, której blog traktuje o rzeczach dobrych do kawy. Taki właśnie jestem. Student i bloger, który nie pije kawy, to jak student i bloger, który nie pije kawy - zdaniem jednych, to trochę bez sensu; moim raczej nie ma to nic do rzeczy. Trochę mi to jednak ogranicza pole do wychodzenia z propozycją wspólnego wyjścia na kawę ze znajomymi, czy jakąś tam potencjalną Panią Kac, bo co? Zaproszę kogoś na kawę, a ja kawy nie piję. Tu się nie ma w sumie nad czym rozpisywać, więc podsumuję to cytatem. "Kawa mi nie smakuje. Kawa mi nic nie daje. Kawa chuj." - tu cytuję samego siebie, bo pisałem te trzy zdania w jednym z pierwszych postów na Kacu, ale nie pamiętam, w którym konkretnie. Nie tyczył się on kawy, ale był tam taki kawowy wątek.

NIE OGLĄDAM FILMÓW
Taki niby jestem kulturalny chłopak, a filmów to ja nie lubię. Taki właśnie jestem. Niby mógłbym, ale po co mam robić coś, co mnie najzwyczajniej w świecie nudzi? Przecież to bez sensu. Czasem coś obejrzę, ale bardzo rzadko. Odpalam sobie coś na kompie, czy zalegam przed telewizorem i się gapię w ten ekran. Po jakimś czasie zaczynam ziewać, rozpraszać się, przeglądać internety na telefonie - robić wszystko, by średnio skupiać się na oglądanym filmie. Czasem, gdy trafię na coś, co autentycznie mnie ciekawi, to się skupię i obejrzę całość bez żadnych rozproszeń. Ale to bardzo rzadko się dzieje.

CHCIAŁEM OPATENTOWAĆ SAMOŁADUJĄCE SIĘ SILNIKO-WIATRAKI W MOTORÓWKACH
No pisałem kiedyś, że miałem być inżynierem. Niestety studia inżynierskie rzuciłem w pizdu po pierwszym roku. Znaczy one mnie rzuciły, choć nie powiem, swoim bumelanctwem i ogólną wyjebką znacznie się do tego przyczyniłem. Jak już byłem na wykładzie to grałem w starą Fifę na lapku albo Pokemony na emulatorze w telefonie. Albo inne gry smartfonowe. Było fajnie. W czasie tych studiów inżynierskich wpadłem na genialny pomysł. Pomysł taki, że HOHO. Pomysł taki, że klękajcie narody. Pomysł taki, że ojapierdolę. Pomysł taki, że postanowiłem ubić na nim miliony. Chodziło o stworzenie łódki albo motorówki, której silniki ładowałyby się dzięki takim wiatrakom, które pod wpływem wiatru, który by przez te wiatraki przelatywał podczas płynięcia i wszystko działoby się na bieżąco. To byłoby takie samowystarczalne pływające coś. Przedstawiłem ten pomysł kumplowi, on powiedział, że idziemy w to, a chwilę później ja wylądowałem na studiach humanistycznych, a on w robocie zagranico. Takie z nas inżyniery właśnie.

PRAKTYCZNIE NIGDY NIE MAM HAJSU
No serio. Czasem mam, ale jak mam to zaraz rozpierdolę prawie wszystko co mam. I wtedy już nie mam. I wszystko wraca do normy. Niby zawsze znajdę te kilkanaście złotych na paczkę szlugów, ale tak grubiej to raczej rzadko bywa. Jak dostaję stypendium z uczelni to sobie kupię jakieś książki, płyty, pierdoły, które planuję kupić od jakiegoś czasu i nic nie mam. W sumie to chyba każdy student ma tak jak ja. Chociaż nie, nie każdy. Nie każdy student może rozpierdalać hajs na pierdoły, bo nie każdy może sobie jednak na to pozwolić. Zwłaszcza, gdy utrzymuje się sam albo z niewystarczającym wkładem finansowym rodziców. Ja niby mogę rozpierdalać, bo nie jestem takim normalnym studentem, bo...

MIESZKAM Z RODZICAMI
I nie widzę w tym żadnego powodu do wstydu. Niby robię już magistra i powinienem się już usamodzielnić, ale mi pasuje takie rozwiązanie. Na uczelnię dojeżdżam w jakieś dwadzieścia, może trzydzieści minut dwoma autobusami miejskimi, po zajęciach wracam i mam co zjeść, mam ciepło, nie płacę za nic i mam względny spokój. Dla mnie to naprawdę świetne rozwiązanie, zwłaszcza, gdy uwzględni się w tym wszystkim mój brak organizacji czasu i własnego życia. A żeby nie było, że w domu nic nie robię i tylko żeruję na rodzicach, to napiszę, że jest to gówno prawdą - czasem to ja gotuję, sprzątam, odkurzam, myję okna, jak trawa rośnie to ja ją koszę, jak jest zimno to palę w piecu, jak trzeba to drewno rąbię i w miarę możliwości staram się odwdzięczać rodzicom za to, że jeszcze ze mną wytrzymują. I polecam takie rozwiązanie wszystkim, którzy w swoim mieście (albo w mieście obok) mają uczelnię z kierunkiem, który chcą studiować i satysfakcjonującym poziomem.

MIAŁEM WYIMAGINOWANEGO PIESEŁA
Miałem kiedyś wyimaginowanego (w sensie takiego, że sobie go wyobraziłem [to dla tych, którzy mają kurewsko niski zasób słownictwa]) pieseła. Pieseł był bardzo mały, czyli taki bardziej piesełek niż pieseł. Mój piesełek był bardzo mądrym i ułożonym piesełkiem. No nikt takiego piesełka przechuja nie miał w życiu. Ja miałem. Ale skąd? No wymyśliłem go sobie przecież. Ale jak go wymyśliłem? No głową, mózgiem. Ale czemu? Bo - naprawdę, nie mam pojęcia skąd - miałem w ręce wstążkę i po prostu z nią stałem. I przechodziła taka bardzo w porządku pani, co to miałem z nią zajęcia (takie na studiach) takie jedne i takie drugie i stwierdziłem, że zrobię jej psikusa, a co! Ona przechodzi, ja trzymam tę wstążkę i nagle mówię: "Pani uważa, bo mi pani psa rozdepcze!". No i tu jest miejsce na fejspalma (w sensie takie klapnięcie dłonią w czoło, a nie takie drzewo, którym trzeba sobie w twarz przyjebać) albo miejsce na pociągnięcie beki dalej - ofkors ze strony pani doktór. Załóżmy, że fejspalm to odpowiedź A., a beka to odpowiedź B. I teraz ja jestem Pół-Hubert Pół-Urbański, a to są Pół-Milionerzy (bo zamiast czterech odpowiedzi są dwie i można wygrać tylko pół miliona [ale to tak na niby, żeby nie było]). I jako ten Pół-Huber Pół-Urbański pytam ja cię pół-uczestniku, którą odpowiedź byś wybrał w pytaniu: Co zrobiła pani doktór? No i jakbyś odpowiedział, że A, to byś stracił możliwość wygrania tej połowy miliona (tej na niby), a jakbyś powiedział, że B (jak beka, śmiesznie to dopasowałem, conie?), to mógłbyś grać dalej, bo poszła beka. Ta pani udawała, że się przestraszyła i powiedziała żebym trzymał pieseła, bo pieseł na nią szczeka i ona nie wie czemu. Na co ja odparłem, że to przez to, że widocznie wyczuł w niej coś troszeczkę niedobrego. A ona się zaśmiała pod nosem i poszła sobie. Taki ze mnie żartowniś trochę.

MAM KIWI
Nie jestem do końca pewien, ale był to najprawdopodobniej ten sam dzień (lub tydzień) co w przypadku tego pieseła. Ktoś ode mnie z roku jadł jakąś bułkę, kanapkę lub coś innego, co opakował wcześniej w folię aluminiową, a ja zabrałem tę folię i zacząłem w niej rzeźbić. Rzeźba wyszła mi super, bo wyrzeźbiłem kiwi, w sensie takiego ptaka małego włochatego, tylko mój kiwi nie był włochaty, a aluminiowy. Kiwi dostał również imię. A imię jego to Kiwi, w sensie jak taki owoc mały i włochaty. No i kiwi siedział ze mną na wszystkich zajęciach i każdy kto go poznawał mówił, że to najfajniejszy kiwi jakiego w życiu widzieli. Kiwi dostał również smycz po moim piesełku (którego zapomniałem - piszę to, by nikt nie myślał, że go tak po prostu zabiłem czy coś tam) i bardzo się z tego powodu cieszył. W przeciwieństwie do pieseła - Kiwi towarzyszy mi do dziś. Cały czas noszę go w plecaku i choć trochę się spłaszczył i z jego smyczy została sama obroża, która wygląda trochę jak krawat, a trochę jak muszka, to nadal jesteśmy ziomeczkami i czasem jemy razem owoce, a czasem pijemy kompot.

MAM SKLEROZĘ
Znaczy taką niestwierdzoną. Podobnie ma pewnie sporo osób na świecie. Często zapominam o rzeczach, które są bardziej istotne. Za to o wszystkich pierdołach pamiętam latami. Pamiętam jak porzygałem się truskawkami z przejedzenia jak miałem kilka lat, a nie pamiętam o tym, że mam przygotować jakąś prezentację czy coś na uczelnię. Często zapominałem sobie włączyć budzika, o tym, że mam sprawdzian czy kolosa, a pamiętałem o tym co śmiesznego powiedział nauczyciel trzy tygodnie wcześniej na lekcji albo gdzie PaniUznam (klik - tu jest beka życia, bo napisałem klik, a zapomniałem na początku podlinkować) była na pierwszej randce i co piła. No pojebane to jest. Dobrze, że nie mam młodszego rodzeństwa, bo pewnie zapominałbym odbierać je ze szkoły, czy coś tam...

MIEWAM ABSTRAKCYJNE TEORIE NA RÓŻNE WYJAŚNIONE SPRAWY
Bo często myślę o różnych pierdołach, które są nieistotne. I czasem wymyślę jeszcze większe pierdoły. No i jedną zaprezentuję. Na tę akurat wpadłem stosunkowo niedawno. Wymyśliłem pewną teorię trzęsień ziemi wszelakich i wydaje mi się ona bardzo prawdopodobna (XD). Otóż ziemia nie trzęsie się dlatego, że nachodzą na siebie płyty tektoniczne, czy co tam innego dzieje się według naukowców. Trzęsienia ziemi występują wyłącznie z powodu śpiewających ziemniaków. Proszę nie przecierać oczu ze zdziwienia i przytrzymać opadnięte szczeki, bo muchy i inne robaczki lubią takie ciepłe i ciemne miejsca. Tak właśnie jest. Młode ziemniaczki zaczynają śpiewać - zupełnie jak harcerze. Nie od dziś wiadomo, że wspólny śpiew ułatwia integrację, a jak jeszcze druh ziemniak wyciągnie gitarę z ziemniaczanego futerału, a na ognisku skwierczą skwierczą kiełbaski, to robi się naprawdę niebezpiecznie. Śpiewa młodych ziemniaczków wprowadza ziemię w drgania i w momencie, kiedy one bawią się naprawdę świetnie, świat jest zagrożony, bo ziemia się trzęsie! Z jednej strony rozumiem wykopywanie młodych ziemniaczków, bo ich śpiewy są bardzo niebezpieczne, a jednocześnie są bardzo smaczne, a z drugiej strony to płakać mi się chce. Zawsze jak jem młode ziemniaczki, takie z kefirem, to łzę uronię, bo mi smutno się robi, bo myślę o tym, jak jeszcze niedawno siedziały przy ognisku na obozie i śpiewały, a później grzecznie szły spać do namiocików z ziemi. No przykro.

KIEDYŚ POKAŻĘ WAM SWOJĄ MORDĘ
Tak, zrobię to. Jeśli wytrzymamy ze sobą jeszcze niecałe dwa lata to zdradzę swoją tożsamość. Planuję zrobić to po obronie pracy magisterskiej. Chyba, że coś się zmieni, to zmieni się również termin mojego ujawnienia się.

FAKT BONUSOWY!!!
Mimo tych popierdolonych pomysłów, to tak naprawdę jestem całkiem normalnym gościem. Mam tylko strasznie duży dystans do życia i całego świata. A chodzenie z tak zwanym kijem w dupie uważam za najgłupszą rzecz, jaką można uprawiać.

  Kai, mimo wszystko, dziękuję za nominację i ze swojej strony nie nominuję nikogo. Wiem, że w tym wszystkim chodzi o to, by promować inne blogi, ale noszę się z zamiarem stworzenia zakładki, w której umieszczę wszystkie blogi, które uważam za warte uwagi. I posta o nich pewnie też napiszę. Albo kilka postów, bo tych blogów jest całkiem sporo. I to będzie lepsza promocja niż wypisanie tych ludzi tutaj.

  No to nara.

  Wincy mnie:
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

czwartek, 3 listopada 2016

Skacowane targi książki.

No cześć. Wróciłem do świata żywych po targach i mogę sobie teraz powspominać co się tam działo. Dziś wszystko będzie bardzo w klimacie targów i nawet muzyka będzie ściśle z nimi związana (klik).
(Photo credit: Alexandru Ilie2012 via Foter.com / CC BY-SA)
Krakowskie Targi Książki to pierwsza taka impreza w moim życiu, nie tylko blogowym, w życiu całkowitym. Kraków niby niedaleko, ale nigdy nie pałałem do niego żadnym uczuciem, a jeśli już to nie były to uczucia pozytywne (i możecie mi nawrzucać w komentarzach, że Kraków to przecież piękne miasto - zdania swojego nie zmienię) no i jakoś się tak rozmijamy, bo bywam tam rzadko, a jeśli już to przejazdem, mimo że masa znajomych tam studiuje. Wzbudziło to we mnie pewne obawy, no bo jak to tak - ja sam (bo się skończyło na tym, że jechałem tam zupełnie sam!) muszę sobie poradzić z miastem, którego praktycznie nie znam. Czy podołam, czy dam radę? No dałem. Ściągnąłem appkę Jak Dojadę no i dojechałem praktycznie pod samo EXPO. W całości. Z telefonem. Z obiema nerkami. Żywy. Przyjemne to uczucie.

Obawy generowała we mnie również bardzo niejasna wieść o tym, że mejla, którego oto to wtedy czytałem mam wymienić na wejściówkę blogerską. Tylko, kurwa, gdzie? W kasie? W dupie? No i okazało się dopiero na miejscu, że jest bardzo przyjemnie, że mogę sobie bokiem przemknąć, że pan mnie zapyta "a wejściówkę pan ma?", że ja mu odpowiem "a właśnie idę ją odebrać", że przejdę obok, że drugi mnie takim czymś przetenteguje czy nie wnoszę żadnej bomby (tak, kurwa, z moim zarostem to faktycznie wyglądam jak bojownik Al-Kaidy... tylko, że level podstawówka), że podejdę do pani, która się tak pięknie uśmiechała, że aż mi st... yyy... serce mocniej zabiło, że dam jej wydruk, a ona mi da za wydruk wejściówkę upragnioną. I wejdę. I wszedłem. A w środku było ciepło...

A jak w środku ciepło, to ja głupi w kurtce chodził przecież nie będę cały czas. Poszedłem więc do szatni. Kolejka długa, w taką anakondę trochę zwiniętą się uformowała. Ruszała się baaaardzo powoli. Jak taka najedzona anakonda. Taka bardzo najedzona i ociężała. Jak byłem gdzieś w jednej trzeciej tej kolejki to się okazało, że miejsc w szatni nie ma. By kurtkę oddać, czekać trzeba aż ktoś swoją weźmie. No to czekałem. czterdzieści, kurwa, pięć minut czekałem na to, żeby kurtkę do szatni oddać. Czy to jest normalne? No ja przepraszam bardzo, ale czy to jest, kurwa, normalne? No widocznie jest, a ja się po prostu nie znam, bo pierwszy raz byłem, to mogę się nie znać i mogę się wkurwiać.

Nie napisałem tego wcześniej, ale umówiłem się z Hanią z Czymkolwiek (klik), że spotykamy się na miejscu, w hali. Spotkaliśmy się z półgodzinnym poślizgiem, ale okazało się, że nie tylko ja ten poślizg miałem, choć ona nieco mniejszy i, co najważniejsze, również nie ze swojej winy. I napisałbym Ci, Czytelniku, o Hani coś więcej, ale nie będę, bo albo się przesłodzi, albo sobie pomyśli, że ją podrywam i zerwie ze mną wszelkie kontakty.

Od spotkania z moją koleżanką po fachu (i jej kolegą, Karolem [Haniu, jeśli będziesz to czytała, to mi później potwierdź, czy dobrze pamiętam imię kolegi!]), do zakupu pierwszej książki minęło może pół minuty. Umówiliśmy się akurat pod stoiskiem, które oferowało jedną z pozycji, które znalazłyby się na mojej liście To masz kupić na targach, gdybym w ogóle sobie taką zrobił. Śmieję się z bogami wylądowało w moim plecaku, idziemy dalej. Choć idziemy, to jest, kurwa, bardzo złe słowo w kontekście przemierzania tych wszystkich miejsc, które powinny być alejkami, a były jakimś takim morzem ludzi przeróżnych, gąszcze rąk, dłoni, nóg, brzuchów, wszystkiego. I przemierzaliśmy te ludzkie losu przeciwności jak jakiś Indiana Dżons (chyba, bo nie widziałem filmu o nim żadnego). Gdybyśmy byli bliżej Nowej Huty, to przed wejściem bym może się wyposażył w jakąś maczetę, bo z nią na pewno byłoby znacznie łatwiej.

Stoisko Wydawnictwa Literackiego przyniosło pierwsze dylematy - Króla Twardocha brać w twardej czy miękkiej oprawie? Rozsądek przezwyciężył, miękka, choć ta twarda taka piękna... Do Twardocha dołożyłem O pisaniu Bukowskiego, a zastraszony pan sprzedawca opuścił mi kilka złotych. UWAGA TUTORIAL JAK ZASTRASZAĆ PANÓW SPRZEDAWCÓW (pań nie zastraszamy, bo to nieładnie): załóżmy, że stoi przed Tobą, Czytelniku, osoba, która kupuję jakąś książkę, jak przede mną stała Hania, i za jedną książkę płaci stuzłotówką. Pan sprzedawca widząc banknot mówi, że aż go serce zabolało. No i co Ty powinieneś zrobić w tej chwili? A to co ja - powiedzieć mu, że zaraz zaboli go bardziej i zacząć wyjmować stówkę (w tej samej chwili lekko uśmiechnąć się do pani sprzedającej, która stała obok pana sprzedawcy i w tej chwili się odwróciła w waszą stronę). Takim oto sposobem pan sprzedawca wyszedł z propozycją - jak zapłacę mu drobniej to opuści mi cenę o końcówkę (w sensie 60 zamiast bodajże 64 złotych). No to wygrzebałem te sześć dyszek z portfela i mu podałem. A on taki miły, jeszcze mi reklamówkę proponował. A ja zadowolony, bo zaoszczędziłem pieniążka na bilet tramwajowy.

Pokrążyliśmy chwilę po stoiskach przeróżnych, Hania coś tam kupiła, ja się wstrzymywałem, choć trudno mi było, ale miałem w głowie kilka takich mast hewów, jak to młodzież mawia, i na nich się skupiłem. W międzyczasie posiedzieliśmy sobie na ekspowej podłodze i przyznam, że to bardzo wygodna podłoga, ale jak się jest starym człowiekiem, to skurcze w udach łapią, więc się długo nie nasiedziałem. Poszliśmy zatem na spotkanie z Jakubem Małeckim.

Kolejka całkiem znośna, na pewno krótsza niż do szatni, a w rękach każdy ściskał Ślady albo Dygot. Każdy, oprócz mnie, bo ja wziąłem ze sobą Odwrotniaka, który jest dla mnie pozycją chyba najważniejszą wśród książek Małeckiego. W tej kolejce, przed nami, stał taki typek. Taki niepozorny. Taki no, uwagi nie zwracał raczej. W pewnym momencie podeszły do niego jakieś dwie dziewczynki, takie niskie raczej, małe, młode w sensie i zapytały go o wspólną fotkę. W tym momencie popatrzyliśmy na siebie z Panną Hanną, a nasze miny wyrażały jednocześnie zdziwienie przemieszane ze zniesmaczeniem i ogólnym zakłopotaniem. No bo o chuj chodzi? Powie ktoś? Jakiś przypadkowy gość zostaje poproszony o wspólne zdjęcie a na nas, fejmi blogerów, nikt nawet uwagi nie zwraca. No kurwa no. Stwierdzenie "a z nami to nikt fotki nie chce" przypieczętowaliśmy wspólną samojebą. Później sobie uświadomiliśmy, że ten typ to jeden z męskich fejmów buktjuba z kilkoma tysiącami subów, więc wszystko stało się zrozumiałe. Wracając jednak do Małeckiego - na widok Odwrotniaka sprawiał wrażenie trochę zaskoczonego i zadowolonego jednocześnie, a ja zażartowałem, że bałem się tego, że mnie stąd wyrzucą (wyprzedzając pytania niekumatych - Odwrotniak wydany został nakładem wydawnictwa W.A.B., natomiast najnowsze książki Kuby wydaje wydawnictwo SQN i na ich stoisku odbywało się spotkanie) zgarnąłem podpis, zebrałem kilka istotnych i wartościowych informacji, no i nie pochwaliłem się, że jestem blogerem, a mogłem. Bo jestem.

Kupiłem jeszcze Immunitet Mroza (wyczekujcie powoli recenzji Rewizji, bo jak znajdziemy z Kają [klik] chwilę, to się napisze, a później siądziemy do Immunitetu), Rury Etgara Kereta, Odgłosy rosnących bananów Ece Temelkuran (Hania mnie zachęciła recenzją tej książki [klik]) i jedną płytę - Drony autorstwa Fisza i Emade. W międzyczasie pożegnałem się z moimi targowymi towarzyszami, którym bardzo dziękuję za to, że pomogli mi się w tym wszystkim połapać, no bo to są już targowo doświadczeni ludzie, a ja pewnie bez ich towarzystwa bym te targi opuścił po kilkunastu minutach (przez moją życiową niechęć do tłumów i nieporadność). No i dziwnie było gdzieś tam wśród stoisk minąć niektórych buktjuberów, z których trochę cisnę bekę (bo mogę). Serio, dziwne to uczucie, widzieć na żywo osobę z jutuba, która wypowiada się na temat książek dla dziewczynek.

Czy jestem zadowolony? Bardzo.
Czy mógłbym być zadowolony bardziej? Mógłbym.
Czemu nie jestem zadowolony bardziej? Bo jakbym miał więcej pieniędzy to kupiłbym jeszcze Behawiorystę i Świt, który nie nadejdzie Mroza, Wigilijne psy i inne opowieści Orbitowskiego i masę innych książek. Chciałem jeszcze podejść i zgarnąć podpis Mroza, ale na pół godziny przed spotkaniem, kolejka do niego była taka jak do szatni, więc odpuściłem. Niewiele przyjemniej było pewnie w przypadku Twardocha, a jakbym kupił te Wigilijne psy to podszedł bym jeszcze po podpis do Orbitowskiego (którego minąłem gdzieś w tłumie, jak szedł na spotkanie z czytelnikami), ale hajs się w pewnej chwili przestał zgadzać, a za coś wrócić do domu musiałem.

Kraków nie taki straszny, targi bardzo przyjemne i za rok pewnie pojawię się ponownie, a jak hajs się będę zgadzał to może uderzę również do innych miast, bo warto. Tylko tych ludzi trochę za dużo, jak na medialne doniesienia, że Polacy nie czytają książek...

Więcej mnie:
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

wtorek, 1 listopada 2016

Suma Kaców: Październik 2016.

Bez dłuższych wstępów - muzyka jesienna (klik).
(Photo credit: Foter.com / CC0)
Październik będzie dla mnie miesiącem wstydu. Sumujmy, choć dużo do sumowania nie ma...

KSIĄŻKI
- W październiku przeczytałem... Trzy książki. Tak, TRZY:
Ślady Jakuba Małeckiego, o których więcej pisałem tu (klik);
Platformę Michela Houellebecqa, o której nie pisałem, na której trochę się zawiodłem, oceniłem ją na 6/10;
Rewizję Remigiusza Mroza, której recenzja z Kają z Do kawy blog (klik) powinna pojawić się w najbliższym czasie.
Wstyd jak chuj, ale zacząłem też Ziarno prawdy Miłoszewskiego i pewnie niedługo je skończę. W kontekście planów, które wrzuciłem we wrześniowym podsumowaniu, to nie wypadłem tak źle. Przeczytałem trzy pozycje, które sobie zaplanowałem, a czwartą zacząłem. Platforma, którą czytałem przez dwa tygodnie, ogólny brak czasu i przystosowania do praktycznie codziennego wstawania rano i chodzenia na uczelnię, trochę popsuły mi ten miesiąc, ale powoli zaczynam się do tego wszystkiego na nowo przyzwyczajać i pewnie będę czytał więcej.
- W październiku kupiłem dziewięć książek: Krzesło Hemingwaya Michaela Palina, Grę Andersa de la Motte, Jezioro Bodeńskie Stanisława Dygata, O pisaniu Charlesa Bukowskiego, Śmieję się z bogami - rozmowy Ch. Bukowskiego z Fernandą Pivano, Króla Szczepana Twardocha, Immunitet Remigiusza Mroza, Rury Etgara Kereta i Odgłosy rosnących bananów Ece Temelkuran. Pierwszą pozycję wygrzebałem za siedem złotych z pudła w Matrasie, drugą dorzuciłem do pierwszej, bo stała przy kasie i kosztowała dychę. Dygata kupiłem w antykwariacie za cztery złote, a pozostałą szóstkę przywiozłem z krakowskich targów, więc już klasycznie - wszystko taniej. Ponadto otrzymałem do recenzji Ślady Małeckiego od wydawnictwa SQN i wygrałem urodzinowy konkurs u Bohatera fikcyjnego (klik), w którym trafił mi się Harry Potter i kamień filozoficzny w tym takim nowym wydaniu.

MUZYKA
- Muzycznie październik stał głównie pod znakiem Zaburzeń i ich płyty Sny, w których ginę, która jest albumem idealnym na jesień. Ponadto słuchałem głównie Dronów Fisza i Emade, The Altar Banks, The Divine Feminine Maca Millera, H8M4 Białasa, FWRD XXANAXXu, Ameby Gedza i mojego odkrycia tego miesiąca - Pawła Bokuna i jego materiału zatytułowanego Pjes uliczny (się pochwalę, że byłem pięćdziesiątą trzecią osobą, która polubiła fanpejdż Pawła).
- Na półkę wjechały tylko wspomniane już Drony - targowy zakup.

INTERNETY
- Opublikowałem w październiku pięć tekstów. To jest kolejny powód do wstydu - tłumaczył się drugi raz nie będę, wytłumaczenie jest takie samo jak w przypadku przeczytanych książek.
- Najbardziej w październiku zeżarł mój autorski Alkoholowy tag książkowy (klik).
- Z cudzych rzeczy wyróżnię odpowiedzi na moje alkoholowe nominacje: Rachelcię (klik), Paulinę (klik) i Pawła (klik).

SUMA SUMY
Wstydzę się całym sobą jak ten miesiąc zmarnowałem. No jest mi głupio przed samym sobą, że mogłem zrobić tak mało, a właściwie to prawie nic. Oprócz tego, że praktycznie nic nie przeczytałem, trochę posłuchałem, niewiele napisałem, to byłem w Krakowie na targach książki i napisałem z nich relację (w środę/czwartek wjedzie na bloga).

PLANY NA LISTOPAD
Spodobało mi się to planowanie trochę, mimo że się z tych październikowych do końca nie wywiązałem.
- Główny plan na listopad to poprawa - chcę przeczytać więcej niż w październiku i więcej też chcę napisać.
- Jeśli już miałbym sobie planować konkretne lektury na ten miesiąc to będzie to plan jeszcze z wakacji - Harry Potter i kamień filozoficzny, bo w końcu go mam. Do tego dorzucam Króla Twardocha, Immunitet Mroza i coś z tych nowych książek, na których widnieje nazwisko Bukowskiego. Ale najpierw skończę to zaczęte Ziarno prawdy.

No i za miesiąc zobaczymy jak mi poszło z tymi nowymi postanowieniami.

Narteczki.

https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0