środa, 31 grudnia 2014

Nowe rzeczy.

  Rok się kończy ponoć, nie? To jakiś czas podsumowań jest podobno. Ja nie czuję żebym miał coś podsumowywać, robić jakieś postanowienia. Każdy dzień przynosi nam nowe rzeczy i nigdy nie wiemy co się wydarzy przecież, a to co było to było i nie wróci (chyba, że głód, on wraca zawsze) i nie warto się tym zadręczać, jeśli dobrze nie było, a jak było to powspominam innym razem.
(źródło zdjęcia oryginalnego: cc.com)
  Tyle by to było na wstępie. Gdzieś wyżej, dwukrotnie padł epitet "nowe rzeczy". To zupełnie dwie różne rzeczy. Mimo, że nowe to różne. Dzisiaj zajmę się rzeczami, głównie ubraniami, które są nowe. No. Soundtrack tu, trochę bardziej imprezowo dziś (kliknij se). 
 
  Mam tak, że jak kupię sobie nowe ubranie to przechodzi próbę czasu, głównie chodzi o spodnie, buty i jakieś dodatki. Nie wiem czemu, robię to podświadomie. Przykładowo nowe spodnie zdarza mi się nosić do oporu. Mimo zalegających w szafie kilku innych par ja będę nosił tę nową, powiedzmy przez 3 dni z rzędu, a zdarza się, że i cały tydzień. No bo w sumie czemu nie? Spodnie to nie majtki czy skarpetki. A że nie chodzę w jakichś mega oczojebnych to jestem w stanie codziennie dobrać resztę tak żeby to wszystko pasowało, no. Teraz taką próbę czasu będzie przechodził pewnie zegarek, na szczęście jest tak jak w przypadku spodni - kolorystycznie da się dopasować. 
 
  Tak samo w sumie mam z muzyką. Nowe płyty mogę katować w nieskończoność. Pierwsza rzecz z rana to odpalenie nowego CD na wieży a potem mogę się budzić. To samo w autobusie czy gdzieś tam na nożnych tripach - słuchawki w uszach i katuje. A po jakimś czasie, głównie kiedy wchodzi coś nowego, to czym się jarałem odchodzi do lamusa, tak jakby ta wcześniejsza płyta mi się przejadła i jaram się czymś nowym. Są też wyjątki, kiedy coś nowego mi nie siada aż tak dobrze jak to wcześniejsze i wracam. Albo jak zbiega się kilka dobrych premier w jednym terminie. Wtedy miejsce na telefonie nie do końca się zgadza, muszę zrobić wstępną selekcję i zgrywam to co mi podeszło najlepiej. 
 
  I tak się zastanawiam czy tylko ja tak mam, że to co nowe uważam za najlepsze... Czy tylko moja podświadomość tak działa, czy to nie tylko mój wymysł. A może jednak? Chuj wi.

  Przy okazji życzę dobrego nowego roku! Jeśli ten mijający nie był dobry to niech kolejny będzie lepszy, a jeśli był w porządku to niech nadchodzący będzie przynajmniej tak dobry jak ten! No. Widzimy się w 2015!

wtorek, 23 grudnia 2014

Karma na dwadzieścia procent.

  Słucham sobie nowego Bonsona i Matka (kliknij tu to Ci się otworzy mój ulubiony numer z tej płyty + cały odsłuch na jutubku) i przypomniałem sobie, że się zobowiązałem do w miarę regularnego pisania. Chuj z tego wyszedł, więc muszę nadrobić.
(źródło zdjęcia oryginalnego: movieweb.com)
  Sytuacja sprzed dwóch sobót i wcześniejsza sprzed miesiąca ponad, jakoś tak. Zacznę od tej drugiej. Prosta historyjka, czekam na autobus, nic się nie dzieje, stoję, marznę, bo wiatr mocny był i zimny, słucham sobie czegoś tam na słuchawkach, w miarę głośno, ale tak żeby słyszeć co się dzieje wokół mnie. Idzie sobie typek z kobietą, wiekowo jakoś tak okolice trzydziestki, niezbyt zadbani, wydaje mi się, że takie bardziej osiedlowo-blokowe towarzystwo. Gość przede mną schyla się tak, jakby chciał zawiązać mi buta. Myślę sobie "co Ty typie odpierdalasz...?". Zerkam w dół, patrzę... A on podnosi PIĘĆDZIESIĄT ZŁOTYCH, które leżało koło mojej prawej nogi... Szok, niedowierzanie! Patrzy na mnie i pyta: "Twoje?". Szok, niedowierzanie x2, zaniemówienie... Wydusiłem z siebie "yyy... nie", zatkało mnie, szok x3. Poszedł dalej. Wyzywam się w myślach od idiotów - jak ja mogłem tego nie zobaczyć wcześniej?! Kurwa, no nie. Sytuacja na tyle marna, że przeżywałem to przez tydzień. No ale dobra, przejdźmy do historyjki numer dwa. Tu już konkrety, trzynasty grudnia, godzina jakoś przed dwudziestą. Skoczyłem sobie po kebsa, klasycznie studencki, ciasto, baranina, ostry sos - 7,50 zł. Zapłaciłem, zjadłem, wyszedłem. Czegoś bym się jeszcze napił... Wstąpiłem sobie do jednego ze sklepów na trasie kebabownia - klub, wziąłem sobie jabłkowe Cappy (#product_placement) w małej butelce - 2,50 zł. Podbijam do kasy, Pani ze sklepu podchodzi ażeby mnie "skasować". Chwyciła butelkę w dłoń, przejechała czytnikiem kodów kreskowych, piknęło - "2,50 poproszę". Wyciągam portfel z tylnej kieszeni moich bordowych chinosów, a ona wzięła dyszkę, która leżała cały czas na tym takim szklanym pojemniczku na hajs, wydała mi 7,50 zł. Jako, że człowiek ze mnie zły i niedobry, nic nie mówiąc wziąłem resztę i wyszedłem ze sklepu. HEHEHEHE.

  Mniej więcej po miesiącu od dnia, w którym przed nosem przeszło mi pięć dyszek "wydałem" nieswoje dziesięć złotych. Nie wiem czy to karma, za to, że byłem tak dobrym człowiekiem, czy po prostu raz na rok uśmiechnie się do mnie szczęście. Jeśli w najbliższym czasie znajdę jeszcze pozostałe osiemdziesiąt procent z tej pięćdziesiątki to uwierzę w istnienie karmy w stu procentach.

  Dycha to niby tak niewiele, a jednak cieszy. Nie wystarczy nawet na szlugi, ale idzie sobie pojeść i się napić. A jeśli Wy wierzycie w karmę to chciałbym Was zaprosić do wzięcia udziału w fajnej akcji, zupełnie przy okazji, wpadłem na to w trakcie pisania posta. Ja udział wziąłem już kilkanaście dni temu. Więcej dowiecie się tutaj tutaj (no weź kliknij w ten link no!).

niedziela, 7 grudnia 2014

W autobusie.

  Myślałem nad specjalną playlistą pod ten wpis. Miały na niej być numery, które najdłużej katowałem/katuję w autobusie, ale stwierdziłem, że jest tego tak dużo, że i tak większości nie pamiętam a sporą ich część katuję także w innych okolicznościach. Mimo wszystko, niech Mes wprowadzi nas w autobusowy klimat... (kliknij se)
(źródło zdjęcia oryginalnego: entertainment.ie)
  Mam furę. Fajna jest, czarna, mała, wystarcza mi. No i ogólnie to sobie nią jeżdżę. Niestety nie jestem w stanie jeździć wszędzie samochodem, bo jednak nie zawsze mi się to opłaca, dlatego też częściej niż moją Czarną Szczałą aka Eryką Badu jeżdżę autobusem - Jelczem, Otokarem, chuj wie co to tam jeszcze jeździ po Tarnowie. Nie ważne. Ważne jest to, że autobus to miejsce dla mnie szczególne (jak właśnie dla Mesa w tym numerze tam wyżej). W Jelczu, którym podróżuję praktycznie dzień w dzień od jakichś 6 lat sporo myślę, sporo obserwuję, czasem czytam. Ogólnie spędzam w nim dość dużo czasu. To nie tylko tripy po Tarnowie, dalsze wyjazdy też się zdarzają i w zasadzie wszędzie zauważam jedną zależność...

  Zauważyliście, że ludzie mają jakąś taką dziwną tendencję do siadania na oddzielnych, w 100% wolnych siedzeniach? Rzadko spotykam się z tym żeby ktoś dosiadł się do kogoś jeśli wolna jest jakaś "dwójka". No wiadomo, nie liczę tutaj ludzi starszych, którzy zazwyczaj dosiadają się do innych starszych ludzi i prowadzą zażyłe dyskusje. Podziwiam i żałuję. Podziwiam za to, że są w stanie bez problemu dosiąść się do bardzo często całkiem obcej im osoby i zacząć rozmowę, jakby to znali się od kilkudziesięciu lat, magia. Żałuję, że ludzie w moim wieku, w tym też ja, nie posiadają takiej supermocy, na pewno dużo spraw w życiu by nam to ułatwiło. Na przykład - strony typu "Spotted: Chujwiegdzie" miałyby mniej wpisów. Typ, któremu podoba się jakaś typiara, po prostu by do niej podbił i zagadał w autobusie, a nie wypisywał bzdety w internetach, że oszołomiła go jak pierdolnięcie bejsbolem w ryj, że miała na sobie sukienkę w kolorze kupy młodej kaczki, włosy o wyglądzie (kolor, kruchość itp.) słomy oraz pryszcza na czole wielkości pięciogroszówki. Bo jak bardzo poetyckie by te wpisy nie były, to i tak najprawdopodobniej nie odpisze, albo dowiesz się, że już kogoś ma, życie. 

  Chodzi mi głównie o to, że ludzie stali się zamknięci na świat, bardzo aspołeczni. Klepanie w klawisze, czy tam szuranie palcem po ekranie stało się jakimś marnym substytutem rozmów i kontaktu twarzą w twarz z innym człowiekiem. Ludzie boją się, że jak przysiądą się do kogoś to ta osoba jeszcze się do nich odezwie - tragedia. Ktoś zapyta nas o godzinę - o nie! Jeszcze ktoś się do nas dosiądzie i będziemy go przepraszać, bo chcemy wyjść - kurwa, najgorzy. Jakby siedzenia nie mogły być pojedyncze... Ja osobiście mam za bardzo wyjebane na to wszystko, praktycznie zawsze mam na uszach słuchawki, zdarza mi się zignorować nawet swoich znajomych. Po prostu w autobusie mam swój świat i nie zawsze mam ochotę na rozmowy. Czasem potrzebuję się po prostu wyciszyć, odpocząć (rano obudzić) i obserwować.

  Jakby jednak ktoś zobaczył typa w nie do końca naciągniętej na uszy czapce, trochę wyglądającego jak menel, chociaż trochę bardziej zadbanego, to można się śmiało dosiadać. Nie gryzę. Znaczy czasem, jeśli już to staram się gryźć tak żeby było przyjemnie, więc też nie warto się bać. Bądźcie bardziej otwarci, po prostu. Do następnego razu (temat autobusów został dopiero lekko nadgryziony, spodziewajcie się kontynuacji)!

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Przerwy.

(źródło zdjęcia oryginalnego: abcnews.go.com)
  Został miesiąc do końca roku, to stosunkowo niewiele. Coś się zmieniło u mnie? Chyba całkiem sporo. Zmiana, która chyba najwięcej wniosła do mojego życia jest tutaj. Tak, chodzi mi o bloga. To jedna z najlepszych decyzji jakie w życiu podjąłem. Mogę sobie na poważnie napisać coś niezbyt poważnego i ktoś (całkiem niewielkie grono, któremu jestem wdzięczny, mam nadzieję, że z czasem się rozrośnie) nawet to przeczyta, fajnie, nie? Jakbym nie pisał to bym sobie zazdrościł, serio. To na swój sposób fajna zabawa. Dość często zaniedbywałem mojego małego blogspocika (od miesięcznych po ponad dwumiesięczne przerwy), ale ostatnimi czasy staram się pisać możliwie najczęściej.

  Dobra, ale skąd te przerwy, Kac? Szczerze powiem, że sam nie wiem. W życiu każdego człowieka przychodzą takie momenty, że nie dzieje się nic ciekawego, albo dzieje się zbyt dużo. Tak też bywa i u mnie, no bo przecież jestem całkiem normalny (na swój sposób, ale normalny). Czasem naprawdę nie mam czasu, mimo że na fejsiku koło mojego ryja i nazwiska świeci się zielona kropka, serio. Czasem mam tego czasu tak duuuuuuużo, że nie wiem co z nim zrobić i zazwyczaj w takich chwilach nie robię nic, czyste lenistwo. Zdecydowanie stwierdzam, że w moim przypadku zwycięża ta druga opcja i nie jest mi przez to wstyd, nie jest mi przez to źle, wręcz przeciwnie, dobrze mi z tym. Nie wiem w sumie czemu, ale tak już jest, o. A czasem mam milion (no dobra, może trochę przesadziłem, mniej) pomysłów na (...czy ja o tym przypadkiem nie pisałem?) wpis, ale za chuj nie wiem jak ubrać dany temat w słowa, no tak jest. Albo po prostu, kurwa, nie mam weny. Do tego zauważyłem, że moje wpisy wyglądają bardzo niespójnie - wiadomo, wszystkie są ładnie wyjustowane, ale czasem sobie przypierdolę jakąś interlinię (bo czasem piszę w edytorze, a później dopiero to wrzucę na bloga), czasem nie, czasem jebnę więcej spacji (bo tabem sobie wcięcia w akapicie nie zrobię), czasem przypierdolę entera między akapitami. Myślałem o tym żeby to jakoś ogarnąć, ale chuj, nie chcę mi się, niech ludzie wiedzo, że krejzol ze mnie (huehue).

  Jak widać, listopad był jak dotąd najowocniejszym miesiącem dla mnie, w tym miesiącu napisałem 36,(36)% notek na blogu. Założenie jest takie, że będę chciał podtrzymać formę i mam nadzieję, że mi się to uda, ale jak już kiedyś wspomniałem - założenia się zmieniają. Nie pozostaje mi nic innego jak życzyć sobie szczęścia, a Was prosić o to, żebyście trzymali za mnie kciuki. Cze.