poniedziałek, 1 maja 2017

Suma Kaców: Kwiecień 2017.

  Kwiecień 2017 najkulturalniejszym miesiącem mojego życia. Serio. Muzyka (klik).
(Photo credit: Bert Kaufmann via Foter.com / CC BY)
  To pierwsze zdanie tam wyżej wypadałoby udowodnić. Udowadniam więc.

KSIĄŻKI

  W kwietniu przeczytałem jedenaście książek, w przeliczeniu na strony jakieś 3000. A co tam było? A to:
Submarino Jonasa T. Bengtssona - zrecenzowane tu (klik).
Ślepnąc od świateł Jakuba Żulczyka - (miałem napisać, że przyjemna książka, ale to jest złe słowo) świetna pozycja, choć Radio Armageddon i Instytut jak dla mnie lepsze, 8/10.
Całe życie Roberta Seethalera - zrecenzowane tu (klik).
Schizofreniczna ewangelia Bohumila Hrabala - przyjemny zbiorek, zdecydowanie najlepsze jest tytułowe opowiadanie, 7/10.
Portret młodej wenecjanki Jerzego Pilcha - nie jestem zaskoczony, nie jestem zawiedziony, klasycznie dobrze, 7/10.
Reszta to książki Jakuba Małeckiego, kolejno:
Błędy - bardzo mi się podoba pomysł na zbudowanie całości, 7/10.
Przemytnik cudu - IMO najgorsza z książek Małeckiego, ale nadal niezła 6/10.
Zaksięgowani - niby bez szału, ale ładnie zbudowana klamra, ponadto plus za budowę podobną do Śladów, 7/10.
Dżozef - to była dla mnie powtórka, bo tę książkę czytałem już kiedyś tam i ponowne przeczytanie trochę zmieniło moje postrzeganie tej książki, 1,5 roku temu 7/10, teraz 9/10.
W odbiciu - cytując samego siebie z LC "kolejny dowód na to, że Małecki to nie tylko Dygot i Ślady", 8/10.
Odwrotniak - nadal mój numer jeden, 9/10.

  Na półkę wpadły trzy nowości. Zamówiony jeszcze w marcu Przemytnik cudu Małeckiego, no i w Biedronce złowiłem po 25 zeta Grę w klasy Cortazara i Paragraf 22 Hellera.

MUZYKA

  Muzycznie pierwsze miejsce w kwietniu zdecydowanie Kuban i Myślisz jeszcze? Na chwilę obecną jedna z moich ulubionych polskich płyt tego roku. Z zagranicznych to samo miejsce zajmuje album Process Samphy, który odkryłem również w tym miesiącu, choć wyszedł w styczniu. Ponadto słuchany był nowy Big Sean, nowy Drake, nowy JMSN, Limitless 808 Gedza i Headliner Guovy - wszystko na plus. Na minus nowe Gorillaz i nowy B.R.O.

FILMY/SERIALE

  Tak, mnie też zaskakuje ten ukośnik.

Breaking Bad - jestem w połowie trzeciego sezonu i jaram się przeokrutnie, minimum jeden odcinek dziennie jest wciągany. Ocenię jak skończę
Belfer - ponad połowę sezonu wciągnąłem w jeden wieczór, czekam na drugi, 8/10.
Sing - przedobra animacja, są momenty, w których niewiele mi brakowało, by łzy pociekły, 8/10.
Pingwiny z Madagaskaru - obejrzałem kiedyś, bez szału były. Powtórka nic nie zmieniła w moim postrzeganiu filmu, odcinkowa wersja znacznie lepsza, 6/10.
Strażnicy Galaktyki - SF to nie mój klimat, ale historia i humor bardzo na plus, na dwójkę planuję się wybrać do kina, 7/10.

INTERNETY

   Zaniedbałem w kwietniu czytanie blogów, za to moim odkryciem jest fanpejdż Teksty z forum BDSM na zdjęciach uroczych zwierzaczków. (klik). U mnie trzy posty razem z podsumowaniem to chuj, a nie wyczyn. Najlepiej siadła recenzja Submarino (klik).

SUMA

  No rozjebałem i nie ma co zbierać, taka prawda. Planowałem pięć książek - siadło jedenaście. Planowałem trzy filmy - obejrzałem trzy filmy i łącznie prawie cztery sezony seriali. Miały być minimum dwa posty więcej niż podsumowanie - są dwa posty więcej niż podsumowanie. Dumnym z siebie jak rzadko.

PLANY NA MAJ

1. Nie zejść poniżej pięciu przeczytanych książek (co trudne być nie powinno, bo pewniakami na ten miesiąc są Jeśli zimową nocą podróżny, którego zaczynam po opublikowaniu tego posta i do tego Dygot + Ślady Małeckiego, a coś jeszcze na pewno wjedzie).
2. Coś pewnie napiszę w maju, ale ile to nie będę za bardzo wchodził w konkrety, bo z tym różnie bywa.
3. Minimum trzy filmy, w tym jeden w kinie, o.
4. Dojść do piątego sezonu Breaking Bad.

  Tyle, nara, widzimy się (mam nadzieję) niedługo.

  Częściej jednak bywam w social mediach, o tam niżej:
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

niedziela, 23 kwietnia 2017

Książki na Kacu: Całe życie.

  A może by tak rzucić to wszystko, przestać pisać (O JAK JA DUŻO PISZĘ!) i wyjechać wiadomo gdzie? Przemyślę, najpierw muzyka (klik).
  Pomysłów na początek mam milion, ale - jak zwykle - nie wiem od czego tak naprawdę powinienem zacząć. Od bycia ignorantem i tego, że nigdy nie słyszałem o autorze Całego życia jak i o samej książce, mimo że to ponoć hicior i zgarnia nagrody? A mógłbym. I tak było - nie słyszałem, nie widziałem. Teraz się to zmieniło, bo trafiła się okazja, by przeczytać wspomnianą pozycję miesiąc przed premierą.

  Dobra, początek mam za sobą. Całe życie zawiera w sobie głównie historię życia Andreasa Eggera, który razem z Czytelnikiem przechodzi przez lata swojego dzieciństwa, młodości, prac, urazów, miłości, wojny, zmian, samotności, starości. Bohatera można nazwać pustelnikiem - mieszka na uboczu, ze wszystkim radzi sobie praktycznie sam, żyje w zgodzie z naturą i świetnie zna okolice. To ostatnie pomaga mu w pracy w firmie zajmującej się budowaniem kolejek linowych, dzięki którym spokojna, górska osada z biegiem czasu zmienia się w alpejski kurort. Na tej urbanizacji, która nieco kłóci się z przekonaniami Eggera, bohater z jednej strony tak naprawdę korzysta, a z drugiej wiele traci.

  Powieść Roberta Seethalera jest mocno minimalistyczna. Autor stara się oszczędzać słowa, nie rzuca zbędnymi opisami, choć nie wszystko wystawia przed czytelnikiem na tacy. Austriak zdaje się przekazywać Czytelnikowi, że on się nie rozpisze, a Czytający ma sam sobie sporo dopowiedzieć i wyobrazić. Nie tylko w kwestii krajobrazów, ale również w budowie Eggera, bo po słowach Seethalera głównego bohatera nie da się od razu pokochać. Do Andreasa trzeba dorzucić coś od siebie, by go uczłowieczyć. Sam z siebie wydaje się nieczułym gburem, a wystarczy kilka worków z trocinami nasączonych naftą, by jego postać stała się cichym i nieśmiałym gościem o romantycznym wnętrzu.

  Choć książka ta nie rozpierdala, to nie da się jej niczego złego zarzucić. Całość jest przyjemna i bardzo poprawna. Całe życie można porównać do leniwego, słonecznego dnia na górskiej, cichej polanie. Jak nie masz, Czytelniku, możliwości pierdolnąć wszystkim i wyjechać w Bieszczady, to sięgnij po książkę Seethalera - to będzie dobry zamiennik. Ocena:
(źródło zdjęcia oryginalnego: nexusmods.com)
  A w ramach potwierdzenia, że to dobra rzecz jest dorzucam cytacik do przeanalizowania w głowie:

- O, nie - odparł Egger i wstał. - Każdy kuśtyka na własny rachunek!

  No i dziękuję Wydawnictwu Otwartemu za egzemplarz recenzencki. I wpadnijcie do Hani (klik), by porównać sobie nasze odczucia co do Całego życia.

  A tu macie moje social media:
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

wtorek, 18 kwietnia 2017

Szlachetnie skacowani: Submarino.

  Dzień dobry, czas na pozorne nowości. Muzyka (klik).
  Nie ukrywam swojej słabości do kupowania i czytania tanich książek, książek do dychy. Czasem książki do dychy okazują się również książkami do dupy. Czasem się jednak trafi taka perła, że klękajcie narody. I dziw bierze, że ta książkowa perła jest w cenie czterech butelek Perły Export... I siedzi po niej człowiek tak szlachetnie skacowany książkowym kacem. Tak, to będzie dobry początek dla nowej książkowej serii (klasycznie - bardzo nieregularnej), bo wierzę, że ten jeden post z typem, którego zwą Metalem Szlachetnym D., zmieni się w serię, a może i coś większego. Coby nas odróżnić - ja klasycznie czarny, mój gość jeszcze bardziej czarny, w sensie czarny pogrubiony.

  Ta. Jak masz, dajmy na to (ach zapomniałem, „Dzieńdobry”, tak mie nazywajo, jak Kac napisał – prawda szczera) ze dwie stówki na wydanie na jakieś swoje rzecza – piwko, papieroski i pochodne (skarpetki?). No. To u mnie priorytety, niestety, to 1)ksiunżki, 1)muzyka, 2)cała reszta (nie, nie jebłem się, mają być dwa numery jeden, bo nie kupuję naraz książki
i płyty, bo bym bez jednego drugiego nie mógł; no bądźmy odpowiedzialni za swoje słowa, przeeż to kurna poważny blog jies nie?).

  Na pierwszy ogień niech pójdzie Submarino Jonasa T. Bengtssona. Książka dorwana za dychę w Matrasie, która przyciąga okładką - jak i cała seria Prozy świata Wydawnictwa Czarnego. Submarino opowiada historię dwójki braci - Nick dopiero co wyszedł z więzienia, żyje w mieszkaniu socjalnym, wspomina Anę, jego byłą dziewczynę; jego brat samotnie wychowuje kilkuletniego syna, Martina, traci kolejne prace, więc postanawia zostać dilerem, a w jego części pojawiają się liczne retrospekcje.

  Submarino mi Kacunio polecił. Wziąłem kupiłem (tysz za dyszkie). Przeczytałem. Dawej Kac fabułę, bo ja tego nigdy nie.

  Bracia, a właściwie bracia przyrodni, wychowują się w domu dziecka. Zostali zaadoptowani przez jedną kobietę, która miała stworzyć im wymarzony dom, a okazała się alkoholiczką - by zaspokoić nałóg wyprzedaje meble, puszcza się za pieniądze, a wkrótce zachodzi w ciążę. Opieka nad dzieckiem spada na braci, którym ciężko było we dwójkę, a co dopiero, gdy na świecie pojawia się kolejna gęba do wyżywienia. Chłopcy kradną, wpadają w nałogi i konflikty z prawem. Po latach sytuacja niewiele się zmienia: Nick uzależnia się od alkoholu, często leje w mordę (nie tylko swoją, ale i cudze), jego dziewczyna - chorwacka imigrantka - zostawia go, a on trafia do więzienia; jego brat staje się heroinistą, wiąże się z narkomanką, której robi dzieciaka, a para postanawia dla dobra dziecka zerwać z nałogiem. Jego partnerka zostaje jednak potrącona przez samochód i umiera. Mężczyzna sam musi wychować syna i zająć się domem. Nie jest to łatwe, bo narkotyczny nałóg powraca i z każdej kolejnej pracy zostaje zwolniony. Za pieniądze z domu, który dostał w spadku po matce kupuje heroinę, którą zamierza handlować.

  Dobra, tera bez żartów. O ksiunżkach poważnie. Autor podjął bardzo trudną grę z czytelnikiem – daje swoim bohaterom pełnię głosu. Narracja pierwszoosobowa jest poprowadzona konsekwentnie i unika (co rzadko spotykane) denerwującej, patetycznej maniery. Język jest prosty. Tylko momentami przybiera na naturalizmie, na dotykalnej plastyczności. Czytacz(ka) dostaje dużo miejsca, które wypełnić ma jego wyobraźnia i zaskakujące, że z taką łatwością podążałem za słowami bohaterów, dodając od siebie jeszcze więcej brudu, narkomańsko chudych ludzi, lubieżnych spojrzeń. Nick i jego bezimienny brat mówią i myślą inaczej, a przez to zdradzają to, czego sami nie chcą przyznać. Nick mówi oszczędnymi, krótkimi zdaniami (jeśli pomyślałe(a)ś o Drodze McCarthy’ego – brawo, dobry trop), koncentruje się na czynnościach, bo pozostając w ruchu (i w rauszu) ucieka od…(zabrzmi to źle) od życia. Życia alkoholika uzależnionego od przemocy, od Any. To, co dręczy bohatera, jest cały czas wokół niego, oblepia go i ograniczając możliwość ruchu, przyczynia się do podejmowanych przez Nicka fatalnych decyzji. Podobnie z resztą postępuje jego brat – zdefiniowany tylko przez heroinę i przez synka Martina, któremu tak obsesyjnie chce zapewnić dzieciństwo inne, niż swoje. Jednak jego język pełen jest przeszłości, czasu, kiedy po lepsze życie wystarczyło zaledwie sięgnąć (lub nie sięgnąć po heroinę). Współczułem mu, ale też wiedziałem, że tego człowieka nie ma tu i teraz – tu i teraz jest ćpun, któremu wydaje się, że wszystko będzie dobrze. Jakby głęboki oddech pod wodą miał pozwolić żyć…

  Bengtsson świetnie snuje historie braci umieszczając je w brudnych duńskich uliczkach, gdzie roi się od bezdomnych, porozbijanych butelek i zużytych strzykawek. Czytelnik nie ma większych problemów z tym, by wyobrazić sobie miejsca po źle wkłutych igłach heroinistów, obecny wszędzie syf i ubóstwo. Postacie Nicka, jego brata, a także poboczne, jak Ivana, czy Martina, są genialnie opisane. Przez narrację pierwszoosobową nie ma trudności z tym, by Czytelnik odnalazł się w skórze głównych bohaterów, przez to też łatwiej wyobrazić sobie życiowe trudności, przed którymi wyżej wymienieni stawali.

  Nie mógłbym napisać tego tekstu z nikim innym – bo i po lekturze towarzyszyło mi odczucie kaca (hyhy). Mógłbym pisać o determinizmie, wzdychać do umiejętności pisarza, czy narzekać na momenty, gdzie narracja zdaje się zaciemniać (zwłaszcza w segmencie Ivan), a gdzie nie mam pewności czy tak miało być… Ale i tak, nie zmieni to faktu, że Submarino to porządna książka realistyczna, która umoczy czytelnika
w gównie. A ten jej jeszcze za to podziękuje. I to jest coś.

  Submarino to powieść, w której łatwo się zatopić i cierpieć razem z nią, z jej bohaterami. Całość, mimo tego że niezbyt przyjazna, pochłania się jednym tchem. Bengtsson to kolejne z moich do-dychowych odkryć i naprawdę chcę czytać tego gościa więcej, bo jedna powieść to zdecydowanie za mało. Zwłaszcza, że jest tak dobra. Tak dobra, a jednocześnie tak zła i nieprzyjemna. Ocena:
(źródło zdjęcia oryginalnego: nexusmods.com)
  Trza zapolować na Baśń, co Kac? A! Jest jeszcze film, zrobiony całkiem w porządku. Możecie zerknąć, ale ale! Książka koniecznie wcześniej! A teraz czas na słowa co drugiego blogjera książkowego: dobrzesięczytao. A teraz słowa moje: STAY METAL!

  Aha, moja ocena:
(źródło: http://www.adl-dl.pl/)
  No i ten, stej tjund, widzimy się następnym razem, nara.

  Wbijcie jeszcze na social media: 
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

sobota, 1 kwietnia 2017

Suma Kaców: Marzec 2017.

Zero żartów dziś, poważnymi ludźmi jesteśmy w końcu, nie? Muzyka (klik).
(Photo credit: Foter.com)
Marzec w sumie był spoko, więc idźmy go sumować, co by nie pierdolić zbędnych głupot.

KSIĄŻKI
- Minimum znów odjebane, pięć książek przeczytanych, szósta nawet zaczęta:
Pantałyk Mariana Pilota - nie porwało, ale całkiem znośne, 5/10.
Siedem dobrych lat Etgara Kereta - tu recenzja (klik).
Ryszard i kobiety Ryszarda Kalisza - jak na książkę za zeta to spoko, Pan Kalisz to kumaty gość jest i zbiłbym z nim piątkę, 5/10.
Inwigilacja Remigiusza Mroza - klasa, więcej nie napiszę, bo pewnie kiedyś zrecenzuję.
Kolonie Knellera Etgara Kereta - jedyny minus to to, że jest za krótka, 8/10.
- Kupiłem milion książek i wszystkich nawet nie pamiętam pewnie, ale na pewno wpadło po dwie - trzy pozycje od Twardocha, Szostaka, Orbitowskiego, W odbiciu Małeckiego (zamówiłem też Przemytnika cudu, ale dojdzie mi pewnie po weekendzie), wspomniane Kolonie Knellera Kereta, Inwigilacja Mroza i ten brzydok (klik). A, i Ekshibicjonista. Opowiadania nie tylko erotyczne Janusza Majewskiego.

MUZYKA
- Z płyt zapętlałem The Introvert Holaka, Enuff EP Rosalie. i Molzę Alkopoligamii.
- Singlowo na zapętleniu leciały numery PlanaBe i Bokuna z Młodych wilków Popkillera, nowe single Kubana i pewnie coś jeszcze.
- W kwestii płytowych sprawdzanek i odkryć - Stairs Kroków, Kawalerka Bitaminy, nowe albumy Drake'a, Hadesa, The XX i debiut Michała Sobierajskiego.
- Odświeżałem sobie RHCP, Pink Floydów, FWRD XXANAXXu, instrumentalny projekt pana co się kryje pod ksywą Rowlf The Dawg i trochę innych rzeczy.
- Na półkę wrzuciłem dwa nowe albumy - wspomnianą Molzę od Alkopoligamii (i nie wiem czemu, ale z nowych rzeczy kupuję tylko CD z Alko) i za dyszkę w Biedrze Przed snem Sobierajskiego.

FILMY
- Nie wiem po chuj ta kategoria, skoro w marcu nie obejrzałem nic.

INTERNETY
- Poznałem trochę fajnych blogów, ale jestem strasznym leniem, więc nie będę ich linkował. Poza tym był szerłik, więc pewnie i tak sami macie co czytać, to po co więcej, nie? No.
- U mnie największy rozpierdol zrobił pościk z Hanią (klik).

SUMA SUMY
Jakby nie te filmy to bym pewnie wszystkie punkty z zeszłego miesiąca zrealizował. Napisałem jedną recenzję, która liczy się jako post nieplanowany, bo planowałem zrecenzować zupełnie inną książkę, więc zagiąłem sam siebie. No i ta niespodziewana rzecz wreszcie wjechała, bo chodziło o ten post z Hanią.

PLANY NA KWIECIEŃ
1. Pięć książek.
2. Napisać coś więcej niż podsumowanie.
3. Oprócz tego więcej niż podsumowanie to jeszcze post niespodzianka.
4. Trzy filmy
5. A chuj, wystarczy.

Jouz.

Yup, z tą muzyką na początku to był jednak żarcik.

Idźcie jeszcze na moje socjale:
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

niedziela, 19 marca 2017

Dziesięć książek, których (prawdopodobnie) nie znasz. (+GOŚĆ!)

   No cześć. Dziś witam Was ja i nie tylko ja, bo jest ze mną gość, a właściwie to gościówa. Najpierw muzyka (klik), która łączy mnie i mojego dzisiejszego gościa, znaczy gościówę.
(Photo credit: Alexandru Ilie2012 via Foter.com / CC BY)
   Pomysł na ten post powstał jeszcze w zeszłym roku i od początku założenie było takie, że piszę go z Hanią z bloga Czymkolwiek (klik). Na przestrzeni czasu upewniliśmy się, że nasz gust jest bardzo podobny - kilka książkowych pozycji, które oboje przeczytaliśmy zebrało podobne, a czasem nawet takie same noty, teksty analizujemy dość analogicznie, a i często czytamy książki, które nie są zbyt znane. Warto byłoby więc kilka takich książkowych perełek przybliżyć ludzkości - może nie całej, ale lepiej zacząć od niewielkiej grupy, która z czasem może się rozrośnie. Nasze propozycje pojawiają się naprzemiennie - raz Hani, raz moja. Dla większego rozróżnienia - moje klasycznie na czarno, Hani na niebiesko.

Medgidia. Miasto u kresu. - Cristian Teoderescu
Od czegoś trzeba zacząć, zacznijmy więc od spaceru uliczkami Medgidii, rumuńskiego miasteczka, które pod piórem Cristiana Teoderescu migocze wszystkimi rodzajami ludzkich żywotów. W 103 krótkich szkicach poznajemy te żywoty właśnie, a na dodatek - dziwaczną panoramę Rumunii lat 30. z narastającymi tendencjami faszystowskimi. Czytanie tej książki jest nieco jak przeglądanie starego albumu ze zdjęciami minus element znużenia i zniecierpliwienia, słowem - przyjemna, cieplutka nostalgia. To śliczna rzecz, tym bardziej cieszy mizerne nią zainteresowanie - gdy kupowałam ją na krakowskich Targach Książki jakieś dwa lata temu byłam ponoć pierwszym tego dnia klientem na stoisku Amaltei (a było to około godziny 13 w sobotę, najtłoczniejszy z targowych dni). Niezasłużenie tak się to cudo pomija!

Złote ryby - Dmitrij Strelnikoff
Początki bywają trudne. Taki trudny był właśnie wybór tego, która z książek powinna pójść na pierwszy ogień. Stwierdziłem, że to, co moim zdaniem jest najbardziej warte uwagi pójdzie na sam koniec. Złote ryby nie są pierwszą książką Strelnikoffa, którą przeczytałem, ale za to są takie najświeższe, bo czytałem je w marcu tego roku. Mógłbym tu wstawić każdą pozycję tego Rosjanina, którą miałem okazję przeczytać (czyli powyższą, Wyspę i Nikołaj i Bibigul), bo wszystkie są na bardzo podobnym, wysokim poziomie i wszystkie trzy nie są powieściami tak łatwymi w odbiorze, jak mogłoby się wydawać. No ale co tu takiego skomplikowanego? A no choćby to, że Strelnikoff wrzuca do jednego wora tak dużo, że w żadnym worze by się tyle nie pomieściło - podróże, historię, sensację, a nawet psychologię i filozofię, do tego dokłada przyjemny język, dokładnie miesza i podaje w twardej oprawie historie, które wciągają. I takie są właśnie Złote ryby, które można by wciągnąć na raz. Mało? Jest Rosjaninem, który pisze po polsku. Mało? Jest (chyba) współautorem trzydziesto-tomowej Wielkiej encyklopedii zwierząt. Mało? GRAŁ W KLANIE! Wystarczy? No, to dobrze.

Disneyland - Stanisław Dygat
Tu z kolei przykład perełki rodzimej, która z jakiegoś powodu zatonęła w mętnych wodach zapomnienia. Disneyland to historia teoretycznie błaha, z rodzaju on spotyka ją, teoretycznie piszę jednak, bo niezwykłości nadaje jej po pierwsze - głęboka przenikliwość autora i błyskotliwość, z jaką analizuje on rzeczywistość bohaterów (poczynając od interpretacji zawartości łazienki), po drugie - gorzkawy i całkiem w gruncie rzeczy prawdziwy obraz relacji ludzkich, jaki się z tej książeczki wyłania, a po trzecie - Kraków lat 60., który jako tło powieści sprawdza się całkiem ładnie. Łatwo tę powieść upolować w antykwariatach, nie pozostaje więc nic innego, jak do tych polowań zachęcić.
O Disneylandzie możecie przeczytać więcej w recenzji na blogu Hani (klik).

Odwrotniak - Jakub Małecki
Jeśli ktoś bywa u mnie regularnie, albo nawet od czasu do czasu, to o Odwrotniaku na pewno już tu przeczytał. W recenzji o tej pozycji pisałem, że jest dziwna, że zaskakuje, że jest wieloznaczna, że kończy się kilkukrotnie, że jest chyba najbardziej niedocenioną książką Kuby Małeckiego. I to ostatnie widać. Bo autor sam w jednym z wywiadów przyznał, że fenomen Dygotu i Śladów, to raczej przypadek, bo poprzednich książek nie uważa za gorsze. W tym samym wywiadzie przywołuje Odwrotniaka i mówi o nim, że to książka, której praktycznie nikt nie czytał, a podczas krakowskich targów, na widok właśnie Odwrotniaka w moich dłoniach, na twarzy Małeckiego pojawia się zdziwienie i uśmiech. I ten mój Odwrotniak to była chyba wtedy jedyna książka inna niż wspomniane Dygot i Ślady. Czemu Odwrotniak? Proste - ja lubię jak coś nie jest do końca jasne, jak coś potrafi zaskoczyć, jak coś jest inne od całej reszty. I Odwrotniak taki jest. I jest jedną z najlepszych książek, które w życiu przeczytałem. A mnie trudno zadowolić. Mało? Odsyłam do recenzji (klik).

Śmierć pięknych saren. Jak spotkałem się z rybami - Ota Pavel
To jest z kolei antydepresant w wersji papierowej, lek na wszystkie smutki i całe zło tego świata, nawet na listopad i złamane serduszko. Coś takiego jest w błogich, sielskich opowiadaniach o wędkowaniu, życiu na wsi spokojnej i wesołej, że... leczą. Bardziej zrozumiale robi się, gdy doczytamy, że autor pisał je podczas pobytu w szpitalu psychiatrycznym, w ramach terapii. Coś z tej terapeutycznej mocy spływa na czytelnika, spocznijcie więc wszyscy poszukujący wewnętrznej równowagi. I proszę tędy.

Disko - Anna Dziewit-Meller
I ta książka pojawiła się u mnie w formie recenzji. I chwilę przed tym jak zacząłem o niej pisać, znalazłem w tej recenzji błąd karygodny, za który sam wymierzyłbym sobie sto biczów na plecy, ale nie mam bicza, a błąd poprawiony. Dobra, stop, książka. Pierwsza i jak dotąd jedyna książka Pani Ani, którą przeczytałem i jaram się nieprzeciętnie. Tu jest podobna sytuacja jak w powyższej pozycji od Małeckiego - strasznie marne oceny na LC, mało kto tę pozycję pewnie czytał, ale jest świetna i ja nie rozumiem jak można w ogóle to przeoczyć, co gorsza - napisać, że to słaba książka. Disko nie jest powieścią łatwą w odbiorze, bo poruszana w niej tematyka pedofilii nie jest raczej rzeczą przyjemną. I mimo tej tematyki, mimo wulgarności, o której czytałem, że to obrzydza jej odbiór (jakby pedofilia nie wystarczyła...), ta książka momentami naprawdę bawi. I to jest świetny debiut. I świetna książka. Warto sięgnąć, pogrzebać, poszukać. Bo czyta się szybko i przyjemnie. I jak wyżej - mnie trudno zadowolić. I jak trochę wyżej - odsyłam do recenzji (klik).

Kielonek - Alain Mabanckou
O braku popularności tej niewielkiej książeczki zadecydować mogło kilka czynników - po pierwsze, nazwisko autora jest jednym z tych, na których przyzwoici ludzie łamią sobie języki, a jedynym sposobem uniknięcia złamania tego biednego mięśnia jest... unikanie wypowiadania. Po drugie, dziwaczne nazwisko autora ma źródło w jego pochodzeniu - jest on Kongijczykiem, a kto to słyszał, żeby literackich uniesień szukać w Kongo? Kiedy już poszukamy, okazuje się jednak, że w podejrzanej kongijskiej spelunie zamknąć można dziwactwa ludzkie równie dobrze, jak w każdym innym miejscu na Ziemi. Zaskakująca brakiem kropek i mnogością przecinków, czasami odrobinkę męcząca, parna i duszna - ale wyjątkowa. A ponadto, książkowe hipsterstwo nad hipsterstwa!

Walc pożegnalny - Milan Kundera
Żeby nie było, że tylko polskie pozycje przedstawiam. Usłyszałem niedawno, że odgórne zakładanie, że ktoś nie zna jakiegoś pisarza (w tym przypadku również chodziło o Kunderę) może być bardzo krzywdzące i można sobie tym strzelić w kolano. W to, że znacie Kunderę głęboko wierzę. Tak samo mocno, jak w to, że mało kto czytał Walc pożegnalny, czyli (dotychczas) najważniejszą książkę mojego życia. Ta pozycja trochę zmieniła moje myślenie - ogólnie, tak życiowo i książkowo. Czuję, że przez Walc pożegnalny stałem się innym, nieco lepszym człowiekiem. No nie kłamię, serio piszę. Od momentu, w którym przeczytałem Walc pożegnalny czuję, jakbym miał w sobie więcej empatii i wrażliwości. A o samej książce, to napiszę tyle, że to naprawdę świetna, zaskakująca historia z bardzo barwną grupą bohaterów. Tu nic więcej nie trzeba dodawać, to trzeba przeczytać.

Franny i Zooey - J. D. Sallinger
Tak tak, ten sam Sallinger od Buszującego w zbożu, który to Buszujący, przyznaję z żalem, znużył mnie i zirytował śmiertelnie. Okazuje się jednak, że autor, którego po tym zawodzie miałam skreślić bezpowrotnie, napisał też coś całkiem urokliwego. Franny i Zooey to rodzeństwo, przy którym spędzamy jeden tylko, bardzo długi dzień... I ten dzień wystarcza, by żyli nam w głowach jeszcze długo, bo tak żywych, wyraźnych bohaterów literackich ze świecą szukać. Nie za wiele tu fabuły, jest za to intymność, szczegółowość i klimat. Jak dla mnie - do czytania zamiast osławionego Buszującego w zbożu.

Wspaniałe życie - Robert Ziębiński
No i tu miałem problem. Jak pierwsze cztery pozycje były u mnie pewniakami, tak z ostatnią mam problem największy. Kompletnie nie wiedziałem co tu wrzucić i nie dlatego, że czytam książki, które wszyscy znają (bo staram się takich unikać), a dlatego, że tych wartościowych książek, o których słyszało mało ludzie, jest naprawdę bardzo dużo. Jest ich w chuj i trochę. Padło na Ziębińskiego, bo to tak naprawdę dwie książki. Taka książka w książce. Wspaniałe życie opowiada o alkoholiku, któremu nagle kompletnie wali się świat, bo traci pracę i kobietę. Chcąc naprawić swoje życie, zapisuje się na terapię i szuka sponsora na jego własne wydawnictwo (a w sumie to nie tylko wydawnictwo, bo to ogólnie gruby biznes plan jest), a jednocześnie - na oczach czytelnika - pisze kryminał. Całość może dupy nie urywa, ale to na pewno pozycja, po którą warto sięgnąć. Trochę Bukowski, trochę Pilch. Trochę american dream, trochę polska rzeczywistość.

   Kończymy to zestawienie z nadzieją, że ktoś z Was sięgnie po którąkolwiek z naszych propozycji i uświetni swój czytelniczy żywot przynajmniej jedną nowością, której do tej pory nijak nie kojarzył.

   Hani raz jeszcze dziękuję za udział w tym przedsięwzięciu i zapewniam świat, że to nie ostatni raz kiedy można nas zobaczyć wspólnie w jednym miejscu, także polecam mieć oczy szeroko otwarte.

   Zaobserwuj Hanię na fejsbuku (klik) i tłiterze (klik).

   Kac w mediach społecznościowych:
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

środa, 15 marca 2017

Tysiąc pięćset sto dziewięćset blogów, które czytam, czyli SHARE WEEK 2017.

  Dzień dobry. Mamy marzec, a jak marzec, to wiadomo, że Share week. Znaczy wiadomo - ja się dowiedziałem o zeszłorocznej edycji (i o całej akcji) dopiero w kwietniu, więc od tego momentu czekałem, by kogoś polecić od siebie. To muzyka, która jakoś tak mi do tematyki pasuje (klik) i lecim.
(Photo credit: Booook via Foter.com / CC BY)
  Na wstępie kilka słów o całej akcji. Share week to blogersko-jutubersko-podkasterski event wymyślony przez Andrzeja Tucholskiego, który polega na promowaniu, polecaniu i dzieleniu się z innymi blogami (jutuberami i podkasterami też, o ile te rzeczy się robi), które sami czytamy. Proste? Proste. Jak nie, to więcej informacji o Share weeku uzyskacie tutaj (klik), a Andrzej ładnie to wszystko wyjaśnia.

  Ja to jestem z tych, co na trzech zaczynają się rozkręcać, a po kilku kolejnych tracą kontrolę nad sobą, dlatego na blogu zamieszczę nieco więcej moich blogowych poleceń. Pominę też te, które wszyscy pewnie znają, bo raczej stronię od takich - obserwuję ich na portalach społecznościowych, ale rzadko bywam na ich blogach, chyba że jakiś tytuł mnie wybitnie zaciekawi. No i będę leciał raczej alfabetycznie. Poza tym wspominałem kiedyś, że będę chciał stworzyć post, gdzie polecę ludzi, których czytam i zasługują na większy rozgłos (choć ja im go nie zapewnię XD). No to lećmy. A, nazwy blogów będą podlinkowane, więc tam klikajta.

Choć faceci będą tu mniejszością, to zaczniemy od rodowitego Radomianina (chyba że tak naprawdę jesteś uchodźcą z miejsca gorszego niż Radom?). Do pewnego momentu Radom kojarzył mi się z chytrą babą, absurdami i Kękę. Później trafiłem na APW i ta lista się troszkę powiększyła. Jest bezpośrednio, jest zabawnie, jest ciekawie, jest po męsku. A i ryja dał sobie pomalować. No fenomen i to - przypominam - z RADOMIA!

Z Hanią jest tak, że to bardzo skromna dziewczyna, która naprawdę potrafi pisać. Zwłaszcza o książkach. Przekonała mnie już do kilku powieści i każda z nich idealnie trafiała w mój gust. Hania to też bardzo kreatywny, trochę analogowy elf, który mnie inspiruje i w jakimś tam stopniu też motywuje do pisania.

Czy kobieta, która pisze o rzeczach dobrych do kawy może okazać się blogerką, którą człowiek, który kawy nienawidzi może czytać? Jak najbardziej! Taka właśnie jest Kaja, która odwala kawał dobrej roboty. Pisze tak, że chce się ją czytać, i pisze o książkach, które - dzięki niej - chce się czytać. Choć z jej tekstów bije kobiecość, to mi to pasuje. Podoba mi się, że ciągle stawia na swój styl, bo to dobre jest. A i fotki do tych postów ładne trzaska...

Magda jest takim mniej klnącym Kacem w spódnicy, choć częściej pewnie chodzi w spodniach - nie wiem, nie orientuję się, nie widuję jej nóg. Są rzeczy, w których się różnimy, bo ona pisze bardzo mądrze i wydawałoby się, że poważnie (a ja to wiadomo, że sobie bekę robię). I pisze dobrze, bardzo inteligentnie i nie brakuje jej takiej solidnej szczypty ironii. Magda to jedna z nielicznych osób z tego spisu, które - mimo tego że same mi się nasunęły - odkryłem trochę późno i żałuję, że tak późno. Madziu, wybacz mi...

Czyli Urocza Sherly z Lajfstajlu ironią płynącego, która podjęła dojrzałą decyzję i zaczęła pisać pod własnym nazwiskiem. Może i na tym jej nowym blogu wiele jeszcze nie ma, ale to nadal jest ta sama jakość, co za czasów Lajfstajlu i mega przyjemnie się ją czyta. Przyznam, że do twórczości Karoliny mam sentyment, bo Lajfstajl... to jeden z pierwszych blogów, które zacząłem czytać (a było to hoho i jeszcze trochę temu) i bywam u niej do dziś, a to o czymś w końcu znaczy (bo ja wymagający chłopak jestem).

Kolejne z tych moich o wiele za późnych odkryć. Kobieta - wilk, która czytelników wpuszcza do swojej głowy i pozwala się szwendać po zwojach mózgowych. I tam jest bardzo przyjemnie, bo Lena ma ten mózg specyficzny, mądry ale bardzo niesztampowy. Poza tym pisuje na tematy damsko-męskie i o kulturze. No i udowadnia, że wilki mają oczy nie tylko po to, by straszyć nimi czerwone kapturki, ale i czytać nimi potrafią bardzo ciekawe książki.

Ania, czyli autorka PKNDL, jest jednym z moich najnowszych odkryć. Ponadto jest prześwietną felietonistką, bo jej wpisy to nie są posty, to są najprawdziwsze felietony, w których prezentuje genialne pióro i jeszcze lepsze poczucie humoru. Pamiętam, jak na jednych zajęciach na uczelni opracowywaliśmy felietony. W zasadzie to jeden z felietonów Stefana Kisielewskiego, którego kompletnie nie pamiętam, ale pamiętam, że była to świetna, zabawna rzecz. A Ania to moja kandydatka na nowego Kisielewskiego, tylko w wersji kobiecej.

Każdy z nas trafia w życiu na takie miejsce, którego estetyka uderza do naszego serduszka idealnie. U mnie tak było z blogiem Michała i Madzi (Madzia coś jeszcze pisuje?). No kurde, jak ja lubię stylówkę grafik tego typa, co to je robi, to no ja nie mogę. Są świetne, mimo że bardzo proste, czyli - logiczne podsumowanie - zajebiste. Ponadto treściowo jest dobrze, bo to co się tam wypisuje to są same trafne obserwacje naszego społeczeństwa w przyjemny, prześmiewczy sposób. Jedyny minus to to, że Michał jest ode mnie młodszy, a ma ponoć całkiem spoko zarost (nie wiem, nie macałem), więc zazdraszczam.

No zaskoczę wszystkich ponownie, bo znów trafiamy na świetną obserwatorkę społeczeństwa. Agnieszka taką właśnie jest i jest też - jak wspomniana trochę wyżej Karolina - jedną z tych blogerek, które śledzę od moich poważniejszych blogowych początków. Bardzo cenię u niej to, że praktycznie całkowicie wyczerpuje temat - jak ona się za coś weźmie, to napisze obszerny post, do którego kompletnie nic nie trzeba dodawać. Jakbym chodził z nią do gimnazjum, to płaciłbym jej za pisanie za mnie wypracowań.

Z popkulturą się rozmijam. Nie oglądam seriali, filmów, nie czytam komiksów. Jest jednak takie miejsce, które kształci mnie w kwestii kultury popularnej. Tak, to właśnie Wanna pełna zombie. Sygin pisze w taki sposób, że i laikowi takiemu jak ja łatwo jest przyswajać jej teksty. Ponadto nieco nauczyłem się od niej w kwestii ogarniania social mediów, a i zdarzyło się nam wymieniać poglądy odnośnie studiowania filologii polskiej, bo to moja nieco starsza koleżanka po fachu (jak coś, to wiele się w polonistyce nie zmieniło).

Najstarszy z całej stawki, choć kompletnie nie czuć tych różnic w wieku. Wiadomo - tematyka i doświadczenie różniące się od poprzedników, ale styl przystępny dla każdego, więc i ja - już mocno pełnoletni, ale nadal dzieciak - się jaram. Witek pisuje o relacjach międzyludzkich, o kulturze popularnej, czasem o latach swojej młodości no i o piwsku też. Ponadto zdradzał co robić, gdy nie ma się pomysłu na nowy post na bloga, a mnie przekonał do tego, że nie chcę być dziennikarzem. Dzięki Pan Witek!


  Tym, którzy to czytają i również blogują polecam wziąć udział w szerłiku, bo chętnie poznałbym jakieś nowe ciekawe blogi, a to fajna zabawa, jak się tak pisze o innych blogach. Serio. Brać się za pisanie, albo się poobrażamy!

  Moje media społecznościowe:
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0