sobota, 1 lipca 2017

Suma Kaców: Czerwiec 2017.

To jest ten moment, w którym jakiemuś procentowi ludzi, którzy mnie obserwują lekko podnosi się ciśnienie, a po chwili okazuje się, że jednak nie ma ku temu większych powodów. Macie pornusa od Queby (klik) i do czytania.
(Photo credit: Foter.com)
Na samym początku będę najprawilniejszym blogerem i przeproszę cały świat za to, że jestem leniem, że nic nie pisuję, że mam sklerozę, że mi się kompletnie nic nie chce, że walczę sam ze sobą, że przechodzę różne przemiany, że autentycznie zacząłem tu pierdolić jakieś farmazony. Powody, dla których ostatnio nie piszę są maksymalnie trzy. Po pierwsze - nie chce mi się. Po drugie - jak mi się chce, to nie mam czasu. Po trzecie - nie mam o czym pisać, a jak już mam o czym pisać, to nie mam pomysłu na rozwinięcie tematu. Wychodzę z założenia, że jak się nie czuje potrzeby, by pisać, to się nie pisze, bo pisanie na siłę jest najgorszą rzeczą na świecie. Ale pisanie i chwalenie się (tak, będę się też chwalił) na raz nigdy nie wychodzi dobrze, więc to mogę dziś zrobić. To robię.

KSIĄŻKI

Wiecie jak to jest - sesja, te sprawy. Albo nie, nie wiecie, bo średnia wieku odbiorców blogów nie przekracza szesnastu lat, a mojego i tak nikt nie czyta, więc nie możecie wiedzieć jak to jest. Wydawałoby się, że przez sesję przeczytam mniej, a tu niespodzianka, bo źle mi się wydawało. sześć skończonych i dwie nie.
Nadchodzi Orbitowskiego - książka, która wygrała z paczką szlugów, przez którą miałem rzucać palenie i nadal nie rzuciłem. Jak na równowartość paczki szlugów to dobra książka, 6/10.
Oberki do końca świata Szostaka - rozpierdol. Chyba najlepsza rzecz, jaką czytałem w 2017. 9/10.
Dukla Stasiuka - książka, która otwiera mini-pasmo rzeczy czytanych z myślą o egzaminie z literatury najnowszej, nie oceniam jej i kolejnych, bo jest plan, by coś napisać więcej o tym wszystkim.
Ostatnie życzenie Sapkowskiego - zaskoczenie, a więcej nie napiszę z wiadomo jakiego powodu.
Bieguni Tokarczuk
Podróże z Herodotem Kapuścińskiego
Ponadto - by liznąć styl - przeczytałem ponad 150 stron Traktatu o łuskaniu fasoli Myśliwskiego i trochę mniej Kinderszenen J. M. Rymkiewicza, które zamierzam na dniach doczytać.

Jeśli o niczym nie zapomniałem, to w czerwcu kupiłem siedem książek: Kości aniołów Nawrockiego, Podróże z Herodotem Kapuścińskiego, Kinderszenen Rymkiewicza, Górę Tajget Anny Dziewit-Meller, Zapiski nosorożca Orbitowskiego, #upał Olszewskiego i (niepotrzebne skreślić) Engelkinga.

MUZYKA

Słuchałem różnych rzeczy, ale nie pamiętam czego, bo praktycznie cały czerwiec to Quebonafide. Nie, nie Egzotyka. Znaczy też. Ale głównie Dla fanek Euforii EP. Tak, zostałem fanką Euforii. I nowego Spinache'a od wczoraj na pętli słucham i jaram się mocno.

FILMY

Ilościowo - powód do dumy i niedowierzania. Jakościowo - momentami szkoda gadać.

Uwikłanie - przeciętnie, kompletnie bez szału. Nie czuję zajawy na tę podmiankę płciową. Książka > film; 5/10.
Pod Mocnym Aniołem - głównie ze względów porównawczych i dla lepszego zrozumienia książki. W zrozumieniu nieco pomogło, ale brakło mi rozwinięć kilku książkowych wątków, niektóre postacie zostały zepchnięte na dalszy plan, no i znów książka > film; 6/10.
Wilson - wg Filmwebu komedia, gdzieś wyczytałem, że połączenie komedii z dramatem. Ta druga opcja znacznie bardziej trafiona, choć więcej dramatu niż komedii. Przyjemna rzecz, podoba mi się napierdalanie na dzisiejsze społeczeństwo, choć momentami ma to przesadnie patetyczny wydźwięk; 6/10.
Szkoła uwodzenia Czesława M. - na pytanie "Jak czuję się ze świadomością, że obejrzałem ten film?" opowiedziałbym, cytując samego Czesława - "dziękuję, źle". Dlaczego ja to sobie zrobiłem?! 2/10.
Kamper - czekałem, nastawiałem się na obejrzenie, zapominałem, wreszcie się za to wziąłem. Nie zawiodłem się, a momentami bałem się, że autentycznie mogę się przejechać, że niepotrzebnie się nakręcam. Naprawdę przyjemna rzecz, 7/10.
Polskie gówno - tytuł zobowiązuje, 2/10.
Odlot - oglądałem go w zasadzie w nocy z czerwca na lipiec, ale wychodzę z założenia, że dopóki nie pójdę spać, to jeden dzień się nie kończy, więc IMO jeszcze czerwiec. Czołówka animacji, które w życiu obejrzałem, 9/10.

INTERNETY

W pewnym sensie odpokutuję maj, bo w maju pojawił się post z moim alko-tagiem na blogu, którego autorki do niego nie nominowałem, ale zapomniałem o tym napomknąć miesiąc temu, więc Alkoholowy tag książkowy (klik) u Volesquat.

SUMA SUMY

Zdałem sesję, choć z problemami, przeczytałem zadowalającą liczbę książek, obejrzałem trochę więcej filmów niż zwykle, nie skończyłem sezonu Breaking Bad, nie napisałem nic nowego. Mimo wszystko jestem z siebie zadowolony, choć nie dumny.

Planów na lipiec nie rozpisuję, bo kompletnie nie wiem na co czas mi pozwoli, a na 80% czas i okoliczności nie pozwolą mi w kwestiach przyjemnościowych na nic ponad czytanie. Na dniach pewnie wrzucę dwa teksty, które napisałem w ostatnim czasie do naszego uczelnianego magazynu, a jak później na jakiś czas zamilknę w internecie, to będzie znak, że 80% zamieniło się w 100% i to będzie powód do tego, by się cieszyć.

Lufa.

Już to praktycznie publikuję i nagle ogarnąłem, że to jubileuszowe podsumowanie jest, bo pierwsze ever zrobiłem właśnie z czerwca 2016. Baloniki do nieba.

Wincyj:
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

niedziela, 4 czerwca 2017

Suma Kaców: Maj 2017.

(Photo credit: Foter.com)
  Maj to jest taki miesiąc, w którym uświadamiam sobie, że niedługo skończy się semestr i odpalam nową karierę w Football Managerze. Tak było i w tym roku. No i spóźniam się z sumą jak nigdy, bo jestem leniem i w sumie to z czasem też nie jest najlepiej.

KSIĄŻKI

  W maju głównie odświeżałem książki, które kiedyś już czytałem, co ma jakiś tam związek z tym, że wypadało mi to zrobić ze względu na studia, choć też nie do końca... Comiesięczne postanowienie spełnione w stopniu minimalnym, więc bez szału:
Jeśli zimową nocą podróżny Italo Calvino chyba był pierwszy w maju i stwierdzam, że to przepiękna rzecz jest. Na chwilę obecną mój numer jeden z przeczytanych w 2017, 9/10.
Pod Mocnym Aniołem Jerzego Pilcha - powtórka, 7/10.
Dygot Jakuba Małeckiego - kolejna powtórka, 9/10.
Ślady Jakuba Małeckiego - i znów powtórka, znów 9/10 (tu przypominam recenzję - klik).
Walc pożegnalny Milana Kundery - kolejna powtórka, choć ta to taka bardziej sama z siebie, w 100% dla przyjemności i to chyba nadal mój numer jeden ever, 9/10.

  Na półkę wjechało pięć nowych pozycji, pierwsza czwórka po 4,99 z Biedry, ostatnią wygrzebałem za dwa zeta w Kerfurze: Milion małych kawałków Freya, Honor i zbrodnia Podlewskiego, Kacastrofa, czyli cośtamcośtam (nie chce mi się sprawdzać całego tytułu) Crawforda, Biegnij chłopcze, biegnij Orleva i Iwo w krainie gandzi Banasia.

MUZYKA

  Jestem, byłem, będę Smolastego to jest absolutny top maja, zdecydowane najwięcej odtworzeń, przesłuchałem całą EP'kę ponad 100 razy. Z albumów ponadto często latały Vafle ryżowe Adiego Nowaka, Myślisz jeszcze? Kubana, nowa EP'ka Nicka Murphy'ego (wcześniej znanego jako Chet Faker). Odświeżyłem Amebę Gedza, Fantasmagorię duetu PlanBe & Lanek, nadal katowałem Dandys flow Dwóch Sławów i miałem chwilową fazę na Nevermind Nirvany.

  Singlowo, tak jak na samym początku napomknąłem, miesiąc zdecydowanie rozjebał Spinache. Czekam na Egzotykę od Que, a właściwie na to co do niej doda, bo przecież praktycznie wszystkie kawałki z właściwej płyty już wyszły w formie klipów i jaram się w opór. Nic więcej mnie chyba nie rozjebało muzycznie.

FILMY/SERIALE

   Założenie serialowe nie zostało spełnione - jestem w połowie czwartego sezonu Breaking Bad, aleeeeeeeeee filmowo-ilościowo jest rozpierdol jak na mnie.
Strażnicy Galaktyki vol. 2, na którym byłem w kinie. Spotkałem się z masą komentarzy, że dwójka nieco gorsza od jedynki albo na równi. Dla mnie Dwójka > jedynka. Drax jakiś taki bardziej znośny mi się wydawał, historia mi się podobała, humor przepiękny. Ogólnie spoko, polecam, 8/10.
Powidoki - dupa nie została urwana, choć po ocenach wcale wielkich oczekiwań nie miałem. Podobał mi się sam klimat filmu, reszta poprawna, 6/10.
  W maju wpadłem na genialny pomysł - postanowiłem obejrzeć wszystkie trzy części Pitbulla - w sumie nie wiem po co tak naprawdę to zrobiłem, ale zrobiłem.
Pitbull - najgorszy z całej trójki, może przez to, że najstarszy. Gniot straszny. Plus za czerwoną katanę Dorocińskiego (XD), 3/10.
Pitbull. Nowe porządki - jakoś tak lepiej, przyjemniej, ciekawiej, choć momentami ciarki żenady czułem na plecach, 4/10.
Pitbull. Niebezpieczne kobiety - jak wyżej, choć pod względem samej historii to chyba najlepsza część, 4/10.

INTERNETY

  Nic nie napisałem, nic nie przeczytałem. Krzyż na barki i spierdalam.

SUMA SUMY

  No maj nie rozjebał raczej, ale to taki miesiąc, co nie rozpierdala. Wierzę, że w czerwcu będzie lepiej, choć z czasem będzie gorzej - jakikolwiek sens ma to zdanie.

PLANY NA CZERWIEC

1. Klasycznie minimum 5 książek (pierwszą już kończę).
2. Klasycznie minimum 3 filmy (w miarę możliwości coś w kinie zobaczyć).
3. Dojść do piątego sezonu BB (bo mi się nie śpieszy z oglądaniem).
4. Napisać wreszcie coś więcej niż podsumowanie miesiąca.

  NARA.

  Wincy mnie jest tam niżej.
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

poniedziałek, 1 maja 2017

Suma Kaców: Kwiecień 2017.

  Kwiecień 2017 najkulturalniejszym miesiącem mojego życia. Serio. Muzyka (klik).
(Photo credit: Bert Kaufmann via Foter.com / CC BY)
  To pierwsze zdanie tam wyżej wypadałoby udowodnić. Udowadniam więc.

KSIĄŻKI

  W kwietniu przeczytałem jedenaście książek, w przeliczeniu na strony jakieś 3000. A co tam było? A to:
Submarino Jonasa T. Bengtssona - zrecenzowane tu (klik).
Ślepnąc od świateł Jakuba Żulczyka - (miałem napisać, że przyjemna książka, ale to jest złe słowo) świetna pozycja, choć Radio Armageddon i Instytut jak dla mnie lepsze, 8/10.
Całe życie Roberta Seethalera - zrecenzowane tu (klik).
Schizofreniczna ewangelia Bohumila Hrabala - przyjemny zbiorek, zdecydowanie najlepsze jest tytułowe opowiadanie, 7/10.
Portret młodej wenecjanki Jerzego Pilcha - nie jestem zaskoczony, nie jestem zawiedziony, klasycznie dobrze, 7/10.
Reszta to książki Jakuba Małeckiego, kolejno:
Błędy - bardzo mi się podoba pomysł na zbudowanie całości, 7/10.
Przemytnik cudu - IMO najgorsza z książek Małeckiego, ale nadal niezła 6/10.
Zaksięgowani - niby bez szału, ale ładnie zbudowana klamra, ponadto plus za budowę podobną do Śladów, 7/10.
Dżozef - to była dla mnie powtórka, bo tę książkę czytałem już kiedyś tam i ponowne przeczytanie trochę zmieniło moje postrzeganie tej książki, 1,5 roku temu 7/10, teraz 9/10.
W odbiciu - cytując samego siebie z LC "kolejny dowód na to, że Małecki to nie tylko Dygot i Ślady", 8/10.
Odwrotniak - nadal mój numer jeden, 9/10.

  Na półkę wpadły trzy nowości. Zamówiony jeszcze w marcu Przemytnik cudu Małeckiego, no i w Biedronce złowiłem po 25 zeta Grę w klasy Cortazara i Paragraf 22 Hellera.

MUZYKA

  Muzycznie pierwsze miejsce w kwietniu zdecydowanie Kuban i Myślisz jeszcze? Na chwilę obecną jedna z moich ulubionych polskich płyt tego roku. Z zagranicznych to samo miejsce zajmuje album Process Samphy, który odkryłem również w tym miesiącu, choć wyszedł w styczniu. Ponadto słuchany był nowy Big Sean, nowy Drake, nowy JMSN, Limitless 808 Gedza i Headliner Guovy - wszystko na plus. Na minus nowe Gorillaz i nowy B.R.O.

FILMY/SERIALE

  Tak, mnie też zaskakuje ten ukośnik.

Breaking Bad - jestem w połowie trzeciego sezonu i jaram się przeokrutnie, minimum jeden odcinek dziennie jest wciągany. Ocenię jak skończę
Belfer - ponad połowę sezonu wciągnąłem w jeden wieczór, czekam na drugi, 8/10.
Sing - przedobra animacja, są momenty, w których niewiele mi brakowało, by łzy pociekły, 8/10.
Pingwiny z Madagaskaru - obejrzałem kiedyś, bez szału były. Powtórka nic nie zmieniła w moim postrzeganiu filmu, odcinkowa wersja znacznie lepsza, 6/10.
Strażnicy Galaktyki - SF to nie mój klimat, ale historia i humor bardzo na plus, na dwójkę planuję się wybrać do kina, 7/10.

INTERNETY

   Zaniedbałem w kwietniu czytanie blogów, za to moim odkryciem jest fanpejdż Teksty z forum BDSM na zdjęciach uroczych zwierzaczków. (klik). U mnie trzy posty razem z podsumowaniem to chuj, a nie wyczyn. Najlepiej siadła recenzja Submarino (klik).

SUMA

  No rozjebałem i nie ma co zbierać, taka prawda. Planowałem pięć książek - siadło jedenaście. Planowałem trzy filmy - obejrzałem trzy filmy i łącznie prawie cztery sezony seriali. Miały być minimum dwa posty więcej niż podsumowanie - są dwa posty więcej niż podsumowanie. Dumnym z siebie jak rzadko.

PLANY NA MAJ

1. Nie zejść poniżej pięciu przeczytanych książek (co trudne być nie powinno, bo pewniakami na ten miesiąc są Jeśli zimową nocą podróżny, którego zaczynam po opublikowaniu tego posta i do tego Dygot + Ślady Małeckiego, a coś jeszcze na pewno wjedzie).
2. Coś pewnie napiszę w maju, ale ile to nie będę za bardzo wchodził w konkrety, bo z tym różnie bywa.
3. Minimum trzy filmy, w tym jeden w kinie, o.
4. Dojść do piątego sezonu Breaking Bad.

  Tyle, nara, widzimy się (mam nadzieję) niedługo.

  Częściej jednak bywam w social mediach, o tam niżej:
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

niedziela, 23 kwietnia 2017

Książki na Kacu: Całe życie.

  A może by tak rzucić to wszystko, przestać pisać (O JAK JA DUŻO PISZĘ!) i wyjechać wiadomo gdzie? Przemyślę, najpierw muzyka (klik).
  Pomysłów na początek mam milion, ale - jak zwykle - nie wiem od czego tak naprawdę powinienem zacząć. Od bycia ignorantem i tego, że nigdy nie słyszałem o autorze Całego życia jak i o samej książce, mimo że to ponoć hicior i zgarnia nagrody? A mógłbym. I tak było - nie słyszałem, nie widziałem. Teraz się to zmieniło, bo trafiła się okazja, by przeczytać wspomnianą pozycję miesiąc przed premierą.

  Dobra, początek mam za sobą. Całe życie zawiera w sobie głównie historię życia Andreasa Eggera, który razem z Czytelnikiem przechodzi przez lata swojego dzieciństwa, młodości, prac, urazów, miłości, wojny, zmian, samotności, starości. Bohatera można nazwać pustelnikiem - mieszka na uboczu, ze wszystkim radzi sobie praktycznie sam, żyje w zgodzie z naturą i świetnie zna okolice. To ostatnie pomaga mu w pracy w firmie zajmującej się budowaniem kolejek linowych, dzięki którym spokojna, górska osada z biegiem czasu zmienia się w alpejski kurort. Na tej urbanizacji, która nieco kłóci się z przekonaniami Eggera, bohater z jednej strony tak naprawdę korzysta, a z drugiej wiele traci.

  Powieść Roberta Seethalera jest mocno minimalistyczna. Autor stara się oszczędzać słowa, nie rzuca zbędnymi opisami, choć nie wszystko wystawia przed czytelnikiem na tacy. Austriak zdaje się przekazywać Czytelnikowi, że on się nie rozpisze, a Czytający ma sam sobie sporo dopowiedzieć i wyobrazić. Nie tylko w kwestii krajobrazów, ale również w budowie Eggera, bo po słowach Seethalera głównego bohatera nie da się od razu pokochać. Do Andreasa trzeba dorzucić coś od siebie, by go uczłowieczyć. Sam z siebie wydaje się nieczułym gburem, a wystarczy kilka worków z trocinami nasączonych naftą, by jego postać stała się cichym i nieśmiałym gościem o romantycznym wnętrzu.

  Choć książka ta nie rozpierdala, to nie da się jej niczego złego zarzucić. Całość jest przyjemna i bardzo poprawna. Całe życie można porównać do leniwego, słonecznego dnia na górskiej, cichej polanie. Jak nie masz, Czytelniku, możliwości pierdolnąć wszystkim i wyjechać w Bieszczady, to sięgnij po książkę Seethalera - to będzie dobry zamiennik. Ocena:
(źródło zdjęcia oryginalnego: nexusmods.com)
  A w ramach potwierdzenia, że to dobra rzecz jest dorzucam cytacik do przeanalizowania w głowie:

- O, nie - odparł Egger i wstał. - Każdy kuśtyka na własny rachunek!

  No i dziękuję Wydawnictwu Otwartemu za egzemplarz recenzencki. I wpadnijcie do Hani (klik), by porównać sobie nasze odczucia co do Całego życia.

  A tu macie moje social media:
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

wtorek, 18 kwietnia 2017

Szlachetnie skacowani: Submarino.

  Dzień dobry, czas na pozorne nowości. Muzyka (klik).
  Nie ukrywam swojej słabości do kupowania i czytania tanich książek, książek do dychy. Czasem książki do dychy okazują się również książkami do dupy. Czasem się jednak trafi taka perła, że klękajcie narody. I dziw bierze, że ta książkowa perła jest w cenie czterech butelek Perły Export... I siedzi po niej człowiek tak szlachetnie skacowany książkowym kacem. Tak, to będzie dobry początek dla nowej książkowej serii (klasycznie - bardzo nieregularnej), bo wierzę, że ten jeden post z typem, którego zwą Metalem Szlachetnym D., zmieni się w serię, a może i coś większego. Coby nas odróżnić - ja klasycznie czarny, mój gość jeszcze bardziej czarny, w sensie czarny pogrubiony.

  Ta. Jak masz, dajmy na to (ach zapomniałem, „Dzieńdobry”, tak mie nazywajo, jak Kac napisał – prawda szczera) ze dwie stówki na wydanie na jakieś swoje rzecza – piwko, papieroski i pochodne (skarpetki?). No. To u mnie priorytety, niestety, to 1)ksiunżki, 1)muzyka, 2)cała reszta (nie, nie jebłem się, mają być dwa numery jeden, bo nie kupuję naraz książki
i płyty, bo bym bez jednego drugiego nie mógł; no bądźmy odpowiedzialni za swoje słowa, przeeż to kurna poważny blog jies nie?).

  Na pierwszy ogień niech pójdzie Submarino Jonasa T. Bengtssona. Książka dorwana za dychę w Matrasie, która przyciąga okładką - jak i cała seria Prozy świata Wydawnictwa Czarnego. Submarino opowiada historię dwójki braci - Nick dopiero co wyszedł z więzienia, żyje w mieszkaniu socjalnym, wspomina Anę, jego byłą dziewczynę; jego brat samotnie wychowuje kilkuletniego syna, Martina, traci kolejne prace, więc postanawia zostać dilerem, a w jego części pojawiają się liczne retrospekcje.

  Submarino mi Kacunio polecił. Wziąłem kupiłem (tysz za dyszkie). Przeczytałem. Dawej Kac fabułę, bo ja tego nigdy nie.

  Bracia, a właściwie bracia przyrodni, wychowują się w domu dziecka. Zostali zaadoptowani przez jedną kobietę, która miała stworzyć im wymarzony dom, a okazała się alkoholiczką - by zaspokoić nałóg wyprzedaje meble, puszcza się za pieniądze, a wkrótce zachodzi w ciążę. Opieka nad dzieckiem spada na braci, którym ciężko było we dwójkę, a co dopiero, gdy na świecie pojawia się kolejna gęba do wyżywienia. Chłopcy kradną, wpadają w nałogi i konflikty z prawem. Po latach sytuacja niewiele się zmienia: Nick uzależnia się od alkoholu, często leje w mordę (nie tylko swoją, ale i cudze), jego dziewczyna - chorwacka imigrantka - zostawia go, a on trafia do więzienia; jego brat staje się heroinistą, wiąże się z narkomanką, której robi dzieciaka, a para postanawia dla dobra dziecka zerwać z nałogiem. Jego partnerka zostaje jednak potrącona przez samochód i umiera. Mężczyzna sam musi wychować syna i zająć się domem. Nie jest to łatwe, bo narkotyczny nałóg powraca i z każdej kolejnej pracy zostaje zwolniony. Za pieniądze z domu, który dostał w spadku po matce kupuje heroinę, którą zamierza handlować.

  Dobra, tera bez żartów. O ksiunżkach poważnie. Autor podjął bardzo trudną grę z czytelnikiem – daje swoim bohaterom pełnię głosu. Narracja pierwszoosobowa jest poprowadzona konsekwentnie i unika (co rzadko spotykane) denerwującej, patetycznej maniery. Język jest prosty. Tylko momentami przybiera na naturalizmie, na dotykalnej plastyczności. Czytacz(ka) dostaje dużo miejsca, które wypełnić ma jego wyobraźnia i zaskakujące, że z taką łatwością podążałem za słowami bohaterów, dodając od siebie jeszcze więcej brudu, narkomańsko chudych ludzi, lubieżnych spojrzeń. Nick i jego bezimienny brat mówią i myślą inaczej, a przez to zdradzają to, czego sami nie chcą przyznać. Nick mówi oszczędnymi, krótkimi zdaniami (jeśli pomyślałe(a)ś o Drodze McCarthy’ego – brawo, dobry trop), koncentruje się na czynnościach, bo pozostając w ruchu (i w rauszu) ucieka od…(zabrzmi to źle) od życia. Życia alkoholika uzależnionego od przemocy, od Any. To, co dręczy bohatera, jest cały czas wokół niego, oblepia go i ograniczając możliwość ruchu, przyczynia się do podejmowanych przez Nicka fatalnych decyzji. Podobnie z resztą postępuje jego brat – zdefiniowany tylko przez heroinę i przez synka Martina, któremu tak obsesyjnie chce zapewnić dzieciństwo inne, niż swoje. Jednak jego język pełen jest przeszłości, czasu, kiedy po lepsze życie wystarczyło zaledwie sięgnąć (lub nie sięgnąć po heroinę). Współczułem mu, ale też wiedziałem, że tego człowieka nie ma tu i teraz – tu i teraz jest ćpun, któremu wydaje się, że wszystko będzie dobrze. Jakby głęboki oddech pod wodą miał pozwolić żyć…

  Bengtsson świetnie snuje historie braci umieszczając je w brudnych duńskich uliczkach, gdzie roi się od bezdomnych, porozbijanych butelek i zużytych strzykawek. Czytelnik nie ma większych problemów z tym, by wyobrazić sobie miejsca po źle wkłutych igłach heroinistów, obecny wszędzie syf i ubóstwo. Postacie Nicka, jego brata, a także poboczne, jak Ivana, czy Martina, są genialnie opisane. Przez narrację pierwszoosobową nie ma trudności z tym, by Czytelnik odnalazł się w skórze głównych bohaterów, przez to też łatwiej wyobrazić sobie życiowe trudności, przed którymi wyżej wymienieni stawali.

  Nie mógłbym napisać tego tekstu z nikim innym – bo i po lekturze towarzyszyło mi odczucie kaca (hyhy). Mógłbym pisać o determinizmie, wzdychać do umiejętności pisarza, czy narzekać na momenty, gdzie narracja zdaje się zaciemniać (zwłaszcza w segmencie Ivan), a gdzie nie mam pewności czy tak miało być… Ale i tak, nie zmieni to faktu, że Submarino to porządna książka realistyczna, która umoczy czytelnika
w gównie. A ten jej jeszcze za to podziękuje. I to jest coś.

  Submarino to powieść, w której łatwo się zatopić i cierpieć razem z nią, z jej bohaterami. Całość, mimo tego że niezbyt przyjazna, pochłania się jednym tchem. Bengtsson to kolejne z moich do-dychowych odkryć i naprawdę chcę czytać tego gościa więcej, bo jedna powieść to zdecydowanie za mało. Zwłaszcza, że jest tak dobra. Tak dobra, a jednocześnie tak zła i nieprzyjemna. Ocena:
(źródło zdjęcia oryginalnego: nexusmods.com)
  Trza zapolować na Baśń, co Kac? A! Jest jeszcze film, zrobiony całkiem w porządku. Możecie zerknąć, ale ale! Książka koniecznie wcześniej! A teraz czas na słowa co drugiego blogjera książkowego: dobrzesięczytao. A teraz słowa moje: STAY METAL!

  Aha, moja ocena:
(źródło: http://www.adl-dl.pl/)
  No i ten, stej tjund, widzimy się następnym razem, nara.

  Wbijcie jeszcze na social media: 
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

sobota, 1 kwietnia 2017

Suma Kaców: Marzec 2017.

Zero żartów dziś, poważnymi ludźmi jesteśmy w końcu, nie? Muzyka (klik).
(Photo credit: Foter.com)
Marzec w sumie był spoko, więc idźmy go sumować, co by nie pierdolić zbędnych głupot.

KSIĄŻKI
- Minimum znów odjebane, pięć książek przeczytanych, szósta nawet zaczęta:
Pantałyk Mariana Pilota - nie porwało, ale całkiem znośne, 5/10.
Siedem dobrych lat Etgara Kereta - tu recenzja (klik).
Ryszard i kobiety Ryszarda Kalisza - jak na książkę za zeta to spoko, Pan Kalisz to kumaty gość jest i zbiłbym z nim piątkę, 5/10.
Inwigilacja Remigiusza Mroza - klasa, więcej nie napiszę, bo pewnie kiedyś zrecenzuję.
Kolonie Knellera Etgara Kereta - jedyny minus to to, że jest za krótka, 8/10.
- Kupiłem milion książek i wszystkich nawet nie pamiętam pewnie, ale na pewno wpadło po dwie - trzy pozycje od Twardocha, Szostaka, Orbitowskiego, W odbiciu Małeckiego (zamówiłem też Przemytnika cudu, ale dojdzie mi pewnie po weekendzie), wspomniane Kolonie Knellera Kereta, Inwigilacja Mroza i ten brzydok (klik). A, i Ekshibicjonista. Opowiadania nie tylko erotyczne Janusza Majewskiego.

MUZYKA
- Z płyt zapętlałem The Introvert Holaka, Enuff EP Rosalie. i Molzę Alkopoligamii.
- Singlowo na zapętleniu leciały numery PlanaBe i Bokuna z Młodych wilków Popkillera, nowe single Kubana i pewnie coś jeszcze.
- W kwestii płytowych sprawdzanek i odkryć - Stairs Kroków, Kawalerka Bitaminy, nowe albumy Drake'a, Hadesa, The XX i debiut Michała Sobierajskiego.
- Odświeżałem sobie RHCP, Pink Floydów, FWRD XXANAXXu, instrumentalny projekt pana co się kryje pod ksywą Rowlf The Dawg i trochę innych rzeczy.
- Na półkę wrzuciłem dwa nowe albumy - wspomnianą Molzę od Alkopoligamii (i nie wiem czemu, ale z nowych rzeczy kupuję tylko CD z Alko) i za dyszkę w Biedrze Przed snem Sobierajskiego.

FILMY
- Nie wiem po chuj ta kategoria, skoro w marcu nie obejrzałem nic.

INTERNETY
- Poznałem trochę fajnych blogów, ale jestem strasznym leniem, więc nie będę ich linkował. Poza tym był szerłik, więc pewnie i tak sami macie co czytać, to po co więcej, nie? No.
- U mnie największy rozpierdol zrobił pościk z Hanią (klik).

SUMA SUMY
Jakby nie te filmy to bym pewnie wszystkie punkty z zeszłego miesiąca zrealizował. Napisałem jedną recenzję, która liczy się jako post nieplanowany, bo planowałem zrecenzować zupełnie inną książkę, więc zagiąłem sam siebie. No i ta niespodziewana rzecz wreszcie wjechała, bo chodziło o ten post z Hanią.

PLANY NA KWIECIEŃ
1. Pięć książek.
2. Napisać coś więcej niż podsumowanie.
3. Oprócz tego więcej niż podsumowanie to jeszcze post niespodzianka.
4. Trzy filmy
5. A chuj, wystarczy.

Jouz.

Yup, z tą muzyką na początku to był jednak żarcik.

Idźcie jeszcze na moje socjale:
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

niedziela, 19 marca 2017

Dziesięć książek, których (prawdopodobnie) nie znasz. (+GOŚĆ!)

   No cześć. Dziś witam Was ja i nie tylko ja, bo jest ze mną gość, a właściwie to gościówa. Najpierw muzyka (klik), która łączy mnie i mojego dzisiejszego gościa, znaczy gościówę.
(Photo credit: Alexandru Ilie2012 via Foter.com / CC BY)
   Pomysł na ten post powstał jeszcze w zeszłym roku i od początku założenie było takie, że piszę go z Hanią z bloga Czymkolwiek (klik). Na przestrzeni czasu upewniliśmy się, że nasz gust jest bardzo podobny - kilka książkowych pozycji, które oboje przeczytaliśmy zebrało podobne, a czasem nawet takie same noty, teksty analizujemy dość analogicznie, a i często czytamy książki, które nie są zbyt znane. Warto byłoby więc kilka takich książkowych perełek przybliżyć ludzkości - może nie całej, ale lepiej zacząć od niewielkiej grupy, która z czasem może się rozrośnie. Nasze propozycje pojawiają się naprzemiennie - raz Hani, raz moja. Dla większego rozróżnienia - moje klasycznie na czarno, Hani na niebiesko.

Medgidia. Miasto u kresu. - Cristian Teoderescu
Od czegoś trzeba zacząć, zacznijmy więc od spaceru uliczkami Medgidii, rumuńskiego miasteczka, które pod piórem Cristiana Teoderescu migocze wszystkimi rodzajami ludzkich żywotów. W 103 krótkich szkicach poznajemy te żywoty właśnie, a na dodatek - dziwaczną panoramę Rumunii lat 30. z narastającymi tendencjami faszystowskimi. Czytanie tej książki jest nieco jak przeglądanie starego albumu ze zdjęciami minus element znużenia i zniecierpliwienia, słowem - przyjemna, cieplutka nostalgia. To śliczna rzecz, tym bardziej cieszy mizerne nią zainteresowanie - gdy kupowałam ją na krakowskich Targach Książki jakieś dwa lata temu byłam ponoć pierwszym tego dnia klientem na stoisku Amaltei (a było to około godziny 13 w sobotę, najtłoczniejszy z targowych dni). Niezasłużenie tak się to cudo pomija!

Złote ryby - Dmitrij Strelnikoff
Początki bywają trudne. Taki trudny był właśnie wybór tego, która z książek powinna pójść na pierwszy ogień. Stwierdziłem, że to, co moim zdaniem jest najbardziej warte uwagi pójdzie na sam koniec. Złote ryby nie są pierwszą książką Strelnikoffa, którą przeczytałem, ale za to są takie najświeższe, bo czytałem je w marcu tego roku. Mógłbym tu wstawić każdą pozycję tego Rosjanina, którą miałem okazję przeczytać (czyli powyższą, Wyspę i Nikołaj i Bibigul), bo wszystkie są na bardzo podobnym, wysokim poziomie i wszystkie trzy nie są powieściami tak łatwymi w odbiorze, jak mogłoby się wydawać. No ale co tu takiego skomplikowanego? A no choćby to, że Strelnikoff wrzuca do jednego wora tak dużo, że w żadnym worze by się tyle nie pomieściło - podróże, historię, sensację, a nawet psychologię i filozofię, do tego dokłada przyjemny język, dokładnie miesza i podaje w twardej oprawie historie, które wciągają. I takie są właśnie Złote ryby, które można by wciągnąć na raz. Mało? Jest Rosjaninem, który pisze po polsku. Mało? Jest (chyba) współautorem trzydziesto-tomowej Wielkiej encyklopedii zwierząt. Mało? GRAŁ W KLANIE! Wystarczy? No, to dobrze.

Disneyland - Stanisław Dygat
Tu z kolei przykład perełki rodzimej, która z jakiegoś powodu zatonęła w mętnych wodach zapomnienia. Disneyland to historia teoretycznie błaha, z rodzaju on spotyka ją, teoretycznie piszę jednak, bo niezwykłości nadaje jej po pierwsze - głęboka przenikliwość autora i błyskotliwość, z jaką analizuje on rzeczywistość bohaterów (poczynając od interpretacji zawartości łazienki), po drugie - gorzkawy i całkiem w gruncie rzeczy prawdziwy obraz relacji ludzkich, jaki się z tej książeczki wyłania, a po trzecie - Kraków lat 60., który jako tło powieści sprawdza się całkiem ładnie. Łatwo tę powieść upolować w antykwariatach, nie pozostaje więc nic innego, jak do tych polowań zachęcić.
O Disneylandzie możecie przeczytać więcej w recenzji na blogu Hani (klik).

Odwrotniak - Jakub Małecki
Jeśli ktoś bywa u mnie regularnie, albo nawet od czasu do czasu, to o Odwrotniaku na pewno już tu przeczytał. W recenzji o tej pozycji pisałem, że jest dziwna, że zaskakuje, że jest wieloznaczna, że kończy się kilkukrotnie, że jest chyba najbardziej niedocenioną książką Kuby Małeckiego. I to ostatnie widać. Bo autor sam w jednym z wywiadów przyznał, że fenomen Dygotu i Śladów, to raczej przypadek, bo poprzednich książek nie uważa za gorsze. W tym samym wywiadzie przywołuje Odwrotniaka i mówi o nim, że to książka, której praktycznie nikt nie czytał, a podczas krakowskich targów, na widok właśnie Odwrotniaka w moich dłoniach, na twarzy Małeckiego pojawia się zdziwienie i uśmiech. I ten mój Odwrotniak to była chyba wtedy jedyna książka inna niż wspomniane Dygot i Ślady. Czemu Odwrotniak? Proste - ja lubię jak coś nie jest do końca jasne, jak coś potrafi zaskoczyć, jak coś jest inne od całej reszty. I Odwrotniak taki jest. I jest jedną z najlepszych książek, które w życiu przeczytałem. A mnie trudno zadowolić. Mało? Odsyłam do recenzji (klik).

Śmierć pięknych saren. Jak spotkałem się z rybami - Ota Pavel
To jest z kolei antydepresant w wersji papierowej, lek na wszystkie smutki i całe zło tego świata, nawet na listopad i złamane serduszko. Coś takiego jest w błogich, sielskich opowiadaniach o wędkowaniu, życiu na wsi spokojnej i wesołej, że... leczą. Bardziej zrozumiale robi się, gdy doczytamy, że autor pisał je podczas pobytu w szpitalu psychiatrycznym, w ramach terapii. Coś z tej terapeutycznej mocy spływa na czytelnika, spocznijcie więc wszyscy poszukujący wewnętrznej równowagi. I proszę tędy.

Disko - Anna Dziewit-Meller
I ta książka pojawiła się u mnie w formie recenzji. I chwilę przed tym jak zacząłem o niej pisać, znalazłem w tej recenzji błąd karygodny, za który sam wymierzyłbym sobie sto biczów na plecy, ale nie mam bicza, a błąd poprawiony. Dobra, stop, książka. Pierwsza i jak dotąd jedyna książka Pani Ani, którą przeczytałem i jaram się nieprzeciętnie. Tu jest podobna sytuacja jak w powyższej pozycji od Małeckiego - strasznie marne oceny na LC, mało kto tę pozycję pewnie czytał, ale jest świetna i ja nie rozumiem jak można w ogóle to przeoczyć, co gorsza - napisać, że to słaba książka. Disko nie jest powieścią łatwą w odbiorze, bo poruszana w niej tematyka pedofilii nie jest raczej rzeczą przyjemną. I mimo tej tematyki, mimo wulgarności, o której czytałem, że to obrzydza jej odbiór (jakby pedofilia nie wystarczyła...), ta książka momentami naprawdę bawi. I to jest świetny debiut. I świetna książka. Warto sięgnąć, pogrzebać, poszukać. Bo czyta się szybko i przyjemnie. I jak wyżej - mnie trudno zadowolić. I jak trochę wyżej - odsyłam do recenzji (klik).

Kielonek - Alain Mabanckou
O braku popularności tej niewielkiej książeczki zadecydować mogło kilka czynników - po pierwsze, nazwisko autora jest jednym z tych, na których przyzwoici ludzie łamią sobie języki, a jedynym sposobem uniknięcia złamania tego biednego mięśnia jest... unikanie wypowiadania. Po drugie, dziwaczne nazwisko autora ma źródło w jego pochodzeniu - jest on Kongijczykiem, a kto to słyszał, żeby literackich uniesień szukać w Kongo? Kiedy już poszukamy, okazuje się jednak, że w podejrzanej kongijskiej spelunie zamknąć można dziwactwa ludzkie równie dobrze, jak w każdym innym miejscu na Ziemi. Zaskakująca brakiem kropek i mnogością przecinków, czasami odrobinkę męcząca, parna i duszna - ale wyjątkowa. A ponadto, książkowe hipsterstwo nad hipsterstwa!

Walc pożegnalny - Milan Kundera
Żeby nie było, że tylko polskie pozycje przedstawiam. Usłyszałem niedawno, że odgórne zakładanie, że ktoś nie zna jakiegoś pisarza (w tym przypadku również chodziło o Kunderę) może być bardzo krzywdzące i można sobie tym strzelić w kolano. W to, że znacie Kunderę głęboko wierzę. Tak samo mocno, jak w to, że mało kto czytał Walc pożegnalny, czyli (dotychczas) najważniejszą książkę mojego życia. Ta pozycja trochę zmieniła moje myślenie - ogólnie, tak życiowo i książkowo. Czuję, że przez Walc pożegnalny stałem się innym, nieco lepszym człowiekiem. No nie kłamię, serio piszę. Od momentu, w którym przeczytałem Walc pożegnalny czuję, jakbym miał w sobie więcej empatii i wrażliwości. A o samej książce, to napiszę tyle, że to naprawdę świetna, zaskakująca historia z bardzo barwną grupą bohaterów. Tu nic więcej nie trzeba dodawać, to trzeba przeczytać.

Franny i Zooey - J. D. Sallinger
Tak tak, ten sam Sallinger od Buszującego w zbożu, który to Buszujący, przyznaję z żalem, znużył mnie i zirytował śmiertelnie. Okazuje się jednak, że autor, którego po tym zawodzie miałam skreślić bezpowrotnie, napisał też coś całkiem urokliwego. Franny i Zooey to rodzeństwo, przy którym spędzamy jeden tylko, bardzo długi dzień... I ten dzień wystarcza, by żyli nam w głowach jeszcze długo, bo tak żywych, wyraźnych bohaterów literackich ze świecą szukać. Nie za wiele tu fabuły, jest za to intymność, szczegółowość i klimat. Jak dla mnie - do czytania zamiast osławionego Buszującego w zbożu.

Wspaniałe życie - Robert Ziębiński
No i tu miałem problem. Jak pierwsze cztery pozycje były u mnie pewniakami, tak z ostatnią mam problem największy. Kompletnie nie wiedziałem co tu wrzucić i nie dlatego, że czytam książki, które wszyscy znają (bo staram się takich unikać), a dlatego, że tych wartościowych książek, o których słyszało mało ludzie, jest naprawdę bardzo dużo. Jest ich w chuj i trochę. Padło na Ziębińskiego, bo to tak naprawdę dwie książki. Taka książka w książce. Wspaniałe życie opowiada o alkoholiku, któremu nagle kompletnie wali się świat, bo traci pracę i kobietę. Chcąc naprawić swoje życie, zapisuje się na terapię i szuka sponsora na jego własne wydawnictwo (a w sumie to nie tylko wydawnictwo, bo to ogólnie gruby biznes plan jest), a jednocześnie - na oczach czytelnika - pisze kryminał. Całość może dupy nie urywa, ale to na pewno pozycja, po którą warto sięgnąć. Trochę Bukowski, trochę Pilch. Trochę american dream, trochę polska rzeczywistość.

   Kończymy to zestawienie z nadzieją, że ktoś z Was sięgnie po którąkolwiek z naszych propozycji i uświetni swój czytelniczy żywot przynajmniej jedną nowością, której do tej pory nijak nie kojarzył.

   Hani raz jeszcze dziękuję za udział w tym przedsięwzięciu i zapewniam świat, że to nie ostatni raz kiedy można nas zobaczyć wspólnie w jednym miejscu, także polecam mieć oczy szeroko otwarte.

   Zaobserwuj Hanię na fejsbuku (klik) i tłiterze (klik).

   Kac w mediach społecznościowych:
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0