http://kackiller.blogspot.com/p/kac-o-kacu.htmlhttp://kackiller.blogspot.com/p/trzezwi-o-kacu.htmlhttp://kackiller.blogspot.com/p/chcesz-cos.htmlhttps://facebook.com/kackillerhttps://twitter.com/kackiller0

sobota, 30 lipca 2016

Rap na Kacu: WOSK.

  Powtórzymy dziś muzykę z ostatniego posta, bo tak mi pasuje. No to tu ją macie (klik).
(okładkę podjebałem stąd: facebook.com/tacohemingway)
  Szczerze mówiąc, w chuj czasu nie pisałem muzycznych recenzji, a w takiej mojej, kacowej formie, to chyba nigdy nawet. Nowa EP'ka Taco Hemingway'a jest dobrym pretekstem do sprawdzenia jak to wszystko wyjdzie i czy nie straciłem tego rapowo-dziennikarskiego sznytu.

  Filip Szcześniak, czyli Taco Hemingway jest typem, którego raczej nikomu przedstawiać już nie trzeba. Gość dwoma minialbumami rozpierdolił polski hip-hop i część ogólnomuzycznego rynku w Polsce - podwójne podium OLiSu, pierwsze miejsce na Liście Trójki przez jakiś czas, Fryderyk za hip-hopowy album roku, miliony wyświetleń na jutubach i koncerty rozsprzedawane w kilka godzin. Mało? W niektórych miastach koncertował po dwa - trzy razy nie tylko w ciągu jednego miesiąca, ale nawet w ciągu jednego tygodnia.

  Po dwóch świetnych EP'kach (które stoją od jakiegoś czasu na półce) przyszedł czas na w pełni legalny longplej Taco. Początkiem lipca w internetach pojawił się pierwszy singiel zwiastujący album Marmur. Deszcz na betonie jest numerem, który idealnie trafia w wakacyjny klimat - nie tylko muzycznie, bo i teledysk pasuje do lata. Ale Taco pewnie nie byłby sobą gdyby wszystko odbyło się normalnie - teledysk, data premiery, tracklista, okładka, preorder. No gość musiał coś odjebać.

  Odjebał. EP'kę WOSK, której nikt (za wyjątkiem Hemingway'a, producentów i pewnie kilku osób, które brały udział w jej powstawaniu) się nie spodziewał. Najnowsze i zarazem najmniejsze dzieło Taco trochę różni się od jego dotychczasowych muzycznych dokonań. Raper dał się poznać głównie jako luźny obserwator Warszawy - nawijał o tym co widzi i jak widzi, czyli oczyma inteligentnego i oczytanego dwudziestokilkulatka. Teraz jest podobnie, choć bardziej osobiście - Taco jest świadomy sukcesu, który odniósł i nie pierdoli, że nadal mu mało - wręcz przeciwnie. Klasycznie już pojawia się masa odniesień do popkultury - Gombrowicz, Kot Filemon, Podsiadło (który dograł na WOSK kilka słów), a w kręgach piłkarskich Arsene Wenger i pomylony przez jednego z dziennikarzy z Michelem Houellebecqiem - Danny Wellbeck.

  Muzycznie również jest trochę inaczej, jakby mrocznie, bardziej dosadnie. Po trzy bity zrobili Rumak i Borucci. Mimo że to z tym pierwszym Taco zrobił zdecydowanie więcej numerów i z nim gra koncerty, to moim zdaniem tę płytę wygrał Borucci. Zwłaszcza bitem do numeru Wiatr, który jest moim ulubionym z całej płyty - pod względem muzycznym jak i lirycznym. To też kawałek, który najbardziej odbiega od całej reszty, przypominając tym samym wspomniany już przeze mnie singiel z Marmuru - Deszcz na betonie.

   Nie wiem, czy powinno się oceniać tę płytę jako pełnoprawny album. Wątpię, by Taco wydawał odjebaną na sto procent EP'kę niedługo przed premierą longpleja, a na pewno WOSK by nią nie był. Choć lirycznie jest lepiej niż na Trójkącie warszawskim, to coś mi tu jednak nie gra. Podejrzewam, że WOSK jest luźnym projektem, który został stworzony tylko po to, by podgrzać słuchaczy przed mocnym pierdolnięciem, którym będzie Marmur. I (podejrzewam) by było co dodać do preorderów. I na to w sumie czekam. Podsumowując - nie jest źle, ale mogłoby być gorzej. W ogólnym rozrachunku postawiłbym WOSK na równi z Trójkątem warszawskim, ale trochę niżej niż Umowę o dzieło.

   W sumie to sami możecie się przekonać jak to wszystko brzmi, bo płyta jest dostępna na jutubach (link macie na samym początku), a i pobrać można ją za darmo ze strony Taco (klik).

  ŁOcena:
(źródło zdjęcia oryginalnego: nexusmods.com)

  No i więcej Kaca tu:

https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

środa, 27 lipca 2016

Książki na Kacu: Instytut.


  Trochu u mnie grzmi, ale piszę. Najwyżej znów mi wyjebie prąd i spali listwę zasilającą. Nowy Taco (klik).
(foto moje, okładka: swiatksiazki.pl)
  Są książki złe i dobre. Te złe dzieli się na trochę złe, złe, bardzo złe i chujowe. Dobre z kolei dzielimy na całkiem dobre, dobre, bardzo dobrze i genialne, rozpierdalatory, które nie mogą wyjść z głowy przez jakiś czas. Miałem tak po przeczytaniu (między innymi) Walca pożegnalnego Kundery, Norwegian wood Murakamiego, czy Odwrotniaka Małeckiego (tu se recenzowałem nawet, o). I chciałbym tak mieć po każdej książce, ale nieczęsto na taką trafiam. Niestety.

   O czym jest Instytut Jakuba Żulczyka? O kobiecie, o jej znajomych, o jej dziecku, o jej związkach, o jej mieszkaniu, o jej życiu. Tą kobietą jest Agnieszka, lat coś ponad trzydzieści, przeniosła się z Warszawy do Krakowa, do mieszkania po babci, do tytułowego Instytutu. Czemu Instytut? Bo tak było zanim się wprowadziła, to zostawiła, proste. Agnieszka przeniosła się do Krakowa, bo zostawiła ojca Eli (tak o nim mówi), jej córki, swojego męża (pod koniec książki pierwszy raz pada jego imię!), bo złożyło się na to kilka rzeczy (między innymi miłość ojca Eli do alkoholu). Dobre. Agnieszka w Krakowie trafia do baru, w którym poznaje swoich późniejszych współlokatorów (mam nadzieję, że imion nie popierdolę - Igę, Weronikę, Sebastiana i Jacka zwanego Cyganem. Tfu, kurwa, Rumunem!). Pewnego pięknego dnia (albo i nie pięknego) lokatorzy Instytutu zostają w nim zamknięci. Znaczy drzwi są otwarte, ale nie działa winda, schodów nie ma, a mieszkają na, bodajże, czwartym piętrze kamienicy. Trochę przejebana sprawa, zwłaszcza jak się okazuje, że ktoś wypisuje Ci na drzwiach, że masz wypierdalać z nieswojego mieszkania.

   Na początku Instytut przypominał mi Dżozefa Jakuba Małeckiego. Jest jakaś teraźniejszość i jest też odbieganie myślami w przeszłość jednego z bohaterów, tym razem głównej bohaterki - Agnieszki. Różnica jest taka, że w dżozefowej sali szpitalnej zamkniętych było mniej ludzi i kurczyły się ściany. W Instytucie miejsca jest jakby więcej, a z czasem robi się jeszcze luźniej, bo... A, sięgniecie to się przekonacie dlaczego.

   Żulczyk świetnie kreuje swoich bohaterów i świat. "Siedząc w głowie" Agnieszki poznajemy wszystkie osoby razem z ich historiami i nie dziwi to, że na końcu najlepiej znamy właśnie Agnieszkę. Każdy mieszkaniec Instytutu jest inny, to zbiór różnych osobowości, przeżyć, charakterów, pomysłów na życie, doświadczeń, a mimo wszystko mają ze sobą więcej wspólnego niż miejsce aktualnego zamieszkania. A jest to miejsce z historią i z duszą! Z opisów wynika, że mocno specyficznie zaaranżowane przez lokatorów, ale na pewno nie straciło przez to swojego charakteru.

   Na początku rozpisałem podział książek. Do którego z otwartych worów wrzuciłbym Instytut? Zdecydowanie ostatnie rozpierdalatory i nie wrzucił, a powoli i delikatnie położył między innymi książkami, o których wspomniałem. Żulczyk pokazuje w Instytucie swój kunszt w tworzeniu historii, postaci, miejsc. Mieszkanie zwane Instytutem jest jednym z książkowych miejsc, w których chciałbym się znaleźć. Może nie w chwili, gdy zostało zamknięte, ale chciałbym przeżyć jedną z domówek u Agnieszki i całej zgrai, która tam urzędowała. Jestem pewien, że byłoby to wręcz zajebiste przeżycie. Stawiałbym je pewnie na równi z tym przeżyciem, którego doświadczyłem czytając Instytut. Po Radio Armageddon wyczułem, że czytanie książek Żulczyka należy sobie dawkować. Przez masę emocji, które kryją jego Dzieła (specjalnie napisałem to przez wielkie D) uważam, że nie są pozycje, które powinno się wciągać jedno po drugim. Z bohaterami książek Żulczyka nie da się tak po prostu rozstać, a na pewno nie byłoby za bardzo możliwości zastąpić ich tymi z kolejnych powieści - to byłoby bez sensu. Poza tym nie jestem pewien, czy byłoby to możliwe. Ci ludzie zostają w głowie głównie przez zdarzenia, które przeżywamy razem z nimi. Momentami czułem się jakbym autentycznie był w centrum wydarzeń, bo wszystko jest tak świetnie przedstawione, że wyobrażenie sobie tego wszystkiego to za mało. W tę książkę się wchodzi i trudno z niej wyjść. Świadczy o tym to, że po ostatnich słowach przez kilkanaście minut siedziałem na łóżku i zastanawiałem się nad tym, co właśnie się stało.

   A stało się to, że skończyłem wtedy czytać jedną z najlepszych książek, jakie w życiu czytałem. Tyle.

   Ocena:
(źródło zdjęcia oryginalnego: nexusmods.com)

  Więcej Kaców tu: 

https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

sobota, 23 lipca 2016

Jak pić?!

  No heeej! Pierwszy raz piszę to pierwsze zdanie jako ostatnie, bo jak zaczynałem to miałem z nim problem. Muzyka w temacie (klik).
(Photo credit: anieto2k via Small Kitchen / CC BY-SA)
  Tyle razy już pisywałem na kacu, nawet cały mój blog to jeden wielki kac, kurwa, ja sam jestem Kacem, a nigdy nie wyjaśniłem jak powinno się pić. Dziś to zrobię!

  Szkoły są dwie. Może jest więcej, ale dwie są kluczowe. Pierwsza to luźne popijanie tak, by wszystko ogarniać, a druga to konkret napierdolka, do której ostatnio mi bliżej, no i na niej się dziś skupię.

  Jak się dobrze napierdolić? To naprawdę proste. Musisz:

Mieć dobre towarzystwo
Bo wszystko lepiej robi się z dobrymi ludźmi. Zwłaszcza pije. Taka życiowa prawda od Wujka Kaca - otaczaj się dobrymi ludźmi, a zawsze będzie Ci dobrze. Dobre towarzystwo zadba o to, że zawsze będziesz mieć pełne szkło. W dobrym towarzystwie przyjemniej prowadzi się alkoholowe dyskusje, tematyka jest nieważna - polityka, religia, leczenie bezpłodności i sposoby na sztuczne zapłodnienie, wspominki, skarpetki, wszystkooo! Dobre towarzystwo to też gwarancja, że jak się mocno napierdolisz, to ktoś o Ciebie zadba - przypilnuje Cię jak pójdziesz rzygać (pisałem już trochę o tym kilka postów temu - klik), odwiezie Cię do domu, położy Cię do wyrka żebyś troszkę odpoczął. Tylko dobrzy ludzie!

Mieć dobre zaplecze alkoholowo-żywieniowe
Proste i logiczne. Każdy chyba przeżył imprezę, na której skończył się alkohol. Nie jest to sytuacja przyjemna, wręcz przeciwnie - wyjątkowo nieprzyjemna. Zawsze lepiej jak zostanie jedna flaszka, niż jak jednej flaszki zabraknie - można ją gdzieś wtedy skitrać i mieć na kolejną popijawę. To samo jest z jedzeniem - przekąski, zakąski, konkretniejsze dania. Im pożywniejsze pokarmy spożywasz podczas picia, tym lepiej dla Ciebie - trochę wolniej się schlejesz, ale lepiej przeżyjesz głód dnia następnego, kiedy to pierwszy posiłek zjesz dopiero późnym popołudniem, bo wcześniej istnieje dość duże prawdopodobieństwo, że żołądek się zbuntuje.

Mieć dobre podejście
Sprawa jest prosta i nie ma się nad czym bardziej rozpisywać. Na smutno pić się nie powinno, bo się tylko zamula. Pijesz? Postaraj się mieć dobry humor. Pooglądaj wcześniej śmieszne koty w internetach, poczytaj super śmieszne suchary na fejsbukach, odpal pornusa i zrób se dobrze. Jak siadasz do flaszki, to ciesz japę, bo tak jest fajniej. No i bądź najedzony, to też ważne!

Podjąć ważną decyzję
Co i jak pijesz? Alkohol alkoholowi jest nierówny. Możesz pić piwo, wino, wódkę, whisky, czy inne gówna, których i tak nikt nie pije (jakieś koniaki, krowiaki, likiery, chujnię jednym słowem). Powiedzmy, że wybieramy wódkę. Sposobów jest kilka - między innymi kielon, drin, czysta na lodzie. Pierwsza opcja jest spoko, jeśli masz dobrego kompana, nie zlewasz resztek do przepoi i zawsze trafiasz do kieliszka. Znam przypadki, kiedy któryś z moich kompanów do flaszki tak zlewał sobie resztki z pięćdziesiątki do szklanki z zapojką, tym samym przepijając wódkę coraz mocniejszym drinkiem. Sam w sobie drin jest spoko, bo możesz go powoli sączyć i raczej nikt się nie wkurwia, że opóźniasz kolejne kolejki. Co z czym mieszać? Osobiście do czystej wódki polecam kwaśne soki - pomarańcza, czarna porzeczka, grejpfrut. Do żołądkowej gorzkiej tradycyjnej rudej cola albo sprajt (czy tam zamienniki). Czysta na lodzie jest wyjściem całkiem fajnym, bo jak dobrze się schłodzi i rozmiesza z lodem, to nawet nie czuć aż tak bardzo alkoholu, ale łatwo się upierdolić (w sensie schlać).

Podjąć ważniejszą decyzję
Mieszać, czy nie mieszać? Oto jest pytanie. Wiadomo, że osoby rozważniejsze wybiorą opcję drugą i mieszać nie będą, bo wtedy bełt jest mniej prawdopodobny. Z kolei osoby odważniejsze pójdą na całość, chleją co popadnie w obojętnej kolejności, przepijają wódkę piwem, a później ZONK. Mieszać można, tylko trzeba wiedzieć jak. Opcja z przepijaniem wódki piwem jest zła i odradzam wszystkim. Jeśli już mieszasz, to musisz zapamiętać, że procenty powinno dawkować się stopniowo - od najniższego stężenia, do najwyższego. Albo na odwrót, nigdy nie pamiętam...

Podjąć najważniejszą decyzję
To powinien być pierwszy punkt, bo jest najważniejszy w sumie, ale nie chce mi się już zmieniać kolejności. Na samym początku, jeszcze przed tym jak zaczniesz pić, musisz sobie zadać bardzo ważne, wręcz najważniejsze pytanie - czy aby na pewno chcesz się dziś napierdolić? Chcesz? Chlej w opór. Nie chcesz? Spoko, jak nie chwycą Cię smaki po pierwszej bani/drinku/piwku, to nie pij na siłę. Sącz powoli i śmiej się z najebańców. Albo pomagaj im ogarniać świat. Też będzie fajnie.

  A jak już się ładnie napierdolisz, to pamiętaj, że na drugi dzień nie będzie zbyt przyjemnie. Ból głowy, susza w japie, trudności w jedzeniu i wysokie prawdopodobieństwo, że brudne skarpetki wrzucisz do kibla, zamiast do pralki (wiem co piszę, ostatnio już podniosłem deskę i powoli kierowałem dłoń ze skarpetkami w stronę muszli).

  Picie nie jest takie proste, jak mogłoby się wydawać. Sam nie jestem jakimś weteranem alkoholowych walk, ale swoje w życiu wypiłem i wiecie co? Nie żałuję. Nie żałuję tego ile wypiłem, ile razy się nasrałem (jedno z moich ostatnich słownych odkryć w kontekście nazywania stanu upojenia alkoholowego - strasznie mi się podoba, choć wydźwięk niezbyt przyjemnie się kojarzy), co odpierdalałem po pijaku. Nie żałuję też tego, że nie wszystko pamiętam. Bo też ważne jest, że jak pijesz, to tego nie żałuj. W końcu samemu doprowadzamy do tych wszystkich alkoholowych ekscesów. To, że wypiło się nam trochę za dużo nie jest żadną wymówką. A jak jest, to strasznie chujową.

  A, i wybaczcie, że dalej nie ogarnąłem przycisków. Średnio mi się chce.

  Chcesz więcej Kaca? Tu go znajdziesz:

https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

środa, 20 lipca 2016

Nowy ja.

  No cześć. Nie wiem co tu dziś napisać, więc daję Wam linka do muzyki (która chyba już tu kiedyś była, ale chuj tam - klik) i lecimy dalej.
(źródło zdjęcia oryginalnego: buzzfed.com)
  Chciałbym Wam dziś przedstawić nowego mnie. Tak ogólnikowo, to postanowiłem się zmienić trochę. Przede wszystkim nie będę już przeklinał, bo doszedłem do wniosku, że jest to bardzo złe i bardzo brzydkie. Ponadto postanowiłem rzucić palenie, bo to bardzo złe, bardzo brzydkie, bardzo dużo kosztuje i bardzo się po tym śmierdzi. Do tego odstawiam całkowicie alkohol na zawsze, bo to bardzo złe, bardzo brzydko jest pić, bardzo źle wpływa na nasze życie i jest bardzo złe. Do tego będę ubierał i zachowywał się jak porządny obywatel - będę chodził codziennie w wypucowanych butach, wyprasowanej, świeżutkiej koszuli, będę wieszał flagę na wszystkie święta ważne i mniej ważne, no i będę głosował, bo to mój obywatelski obowiązek! No i będę mył zęby po każdym posiłku, używał nici dentystycznych, płukał jape takim czymś do płukania japy, no i będę się zdrowo odżywiał. Będę super.

  No, na pewno. Wyobraziłem sobie jak zmieniłoby się moje życie, gdybym choć połowę tych wszystkich wytycznych spróbował zrealizować. Byłoby strasznie. Żyć w przeświadczeniu, że kebsa nie można sobie normalnie opierdolić - to chyba jest straszne. Albo, że sobie nie mogę szluga zapalić, bo tak sobie postanowiłem. NIE. Śmieję się teraz na głos.

  Śmieję się na głos z tych wszystkich ludzi, którzy oznajmiają całemu Światu, jak to bardzo zmieniają swoje życie, stają się nową, "lepszą" wersją samych siebie.

  Jeszcze głośniej na głos śmieję się z tych ludzi, którzy wymyślają sobie te wszystkie postanowienia, ogłaszają całemu Światu, że stają się nowymi ludźmi, a po jakimś czasie szlag wszystko trafia, chuj z tego wychodzi i porażka na całej linii, conie. Weźmy taką typiarkę. Do najszczuplejszych nigdy nie należała, ale postanawia się za siebie wziąć (WZIONŚĆ się za siebie postanowiła! Czaisz to?). Karnet na siłkę, dieta sztos - pisiont kaloryji dziennie, bieganko, ćwiczonko, koktajlik, bidonik porządny kupiony przez internety za czyiści złotych (plus dyszka przesyłki), bo fajny jest, buciczki do biegania za cztery stówki, gacie do biegania za kolejne trochę piniendzy, chujowa bieżnia do mieszkania za tysiaka, bo przecież nie będę biegała po ulicach jak Ci wszyscy idioci, skakanka, drugie buty do skakania na skakance, bo w tych do biegania źle się skacze, wszystko. Zmienia swoje życie po całości.

  A po jakimś czasie, gdy zajawka zaniknie, a chęci pójdą się jebać, bidon służy jej jako szejker do drinków (ew. kubek na piwo), w butach do biegania jeździ sobie furką, bo są w chuj wygodne, skakankę rozwiesiła na balkonie i suszy na niej gacie do biegania, w których na co dzień chodzi po domu, w butach do skakania nadal skacze, tylko do osiedlowej Żabki po browara i hot doga z sosem tysiąca wysp. Zmieniła swoje życie - przyjebała dziesięć kilo więcej niż przed dietką. NOWA ONA!

  Pamiętam, że kiedyś sam miałem konkretną zajawę na to żeby zrzucić trochę brzucha, nabrać mięśnia i odżywiać się odrobinę zdrowiej niż dotychczas. Wytrzymałem kilka miesięcy, zszedłem ponad dziesięć kilo w dół, bicek mi odrobinę urósł, czułem się całkiem spoko. Ale tak samo czuję się teraz, kiedy ta zrzucona dyszka mi wróciła, czytam książki i się opierdalam, jem pizze, kebaby i zdarza mi się napierdolić. Czemu? Bo to, czy jest nam z czymś dobrze siedzi w mózgu, nie jest kompletnie zależne od procentu tłuszczu w naszym organizmie, otwarcia na świat, czy bycia super-fajnym człekiem.

  Wszystko sobie trzeba poukładać w głowie, znaleźć plusy i minusy w swoim dotychczasowym życiu i wprowadzić kilka korekt. Wychodzenie z własnego ciała i wymienianie go na inne jest bez sensu, bo to nie do końca będziemy my. Nie trzeba od razu stawać się nową osobą żeby życie było lepsze. A już na pewno nie powinno się tego ogłaszać całemu Światu. Bo czasem nie wyjdzie i Świat Was wyśmieje. A jak nie cały Świat, to przynajmniej ja to zrobię. Bo mogę!

  A teraz idę zapalić.

  Tu więcej Kaca:
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

sobota, 16 lipca 2016

Ksiązki do d...: Teraz ją widzisz.

  Dziś nie będzie o dobrych rzeczach, więc niech przynajmniej muzyka będzie dobra. Niby sprzed półtora roku, ale nadal sztos. Taki sztos (klik).
(zdjęcie moje, okładka: swiatksiazki.pl)
  Kolejna książka chyba do dyszki. Nie pamiętam w sumie czy dałem za nią dziesiątkę bez grosza, czy piętnastaka (no bo niby do dyszki, a pisałem, że naciągamy do piętnastu, nie?), ale wiem, że kilka sztuk widziałem niedawno w tym sklepie, co to niby tylko dla inteligentnych jest, za 9,99. Co za książka? No pisałem niby w tytule i powyżej macie okładkę, ale napiszę raz jeszcze - Joy Fielding - Teraz ją widzisz.

  Na okładce jest taki napis "Autorka Strefy szaleństwa". Nic Wam pewnie nie powie. Mi mówi. Bo Strefę szaleństwa wygrzebałem trochę wcześniej (też za małe pieniądze) niż Teraz ją widzisz i była bardzo spoko. Takie przyjemne siedem na dziesięć. No i przez to pewnie skusiłem się na kolejną z książek Pani Joy (zapamiętajcie to imię, to ważne, bo jakby nie było ważne, to bym go nie wyboldował, a zrobiłem to już drugi raz).

  O czym jest Teraz ją widzisz? Ano widzisz, Czytelniku, ja Ci to powiem. Znaczy napiszę. Książka Pani Joy jest o takiej Pani, co się nazywa Marcy Taggart i jest Kanadyjką (klik), ale wszyscy myślą, że Amerykanką. Chuj wie czemu. Ta Pani Marcy pojechała na wycieczkę do Irlandii, która miała być drugim miesiącem miodowym jej i jej męża, Pana Taggarta (jakby co, to Piotrek ma na imię on, znaczy Peter), ale, że posuwał na boku Panią Sarę (Saręh? Sarahę? Saharę? nie wiem, H miała w imieniu, ale w książce to nie było odmieniane, więc zastosuję tu spolszczoną opcję), która to była kimś tam w klubie golfowym, do którego uczęszczał Pan Taggart i Pani Taggart, to Pani Marcy pojechała sama. Pewnie się zastanawiacie czemu piszę wszędzie Pan/Pani, nie? Bo to są starsi ludzie ode mnie, a ja szanuję ludzi. Pani Marcy ma pisiont lat, to należy się jej szacunek. Pan Peter też, więc należy mu się szacunek, mimo że posuwa na boku młodszą Sarę (Saharę). Pani Sara (Sarah - o tu, jest spoko) ma mniej, ale też jej się należy szacunek, mimo że daje się posuwać żonatemu typowi, bo pewnie ma i tak więcej lat niż ja. No i jak Pani Marcy pojechała sama do tej Irlandii to tam była w takim mieście, co się nazywa Cork. Zwiedzała je z grupą innych turystów, ale jej się odechciało - jak i kilku innym osobom - to poszła do jakiejś knajpy na herbatę. Dosiadł się do niej Pan Vic, który też był na tej wycieczce i jest Amerykaninem z włoskimi korzeniami. W tym barze pracował taki barman, Liam ma na imię, co się spodobał Pani Marcy. Jak rozmawiała z Tym Vikiem, to zadzwonił jej telefon - okazało się, że to jej siostra dzwoni. I jak olała Vika i gadała z siostrą, to za oknem przeszła typiara i machnęła do barmana Liama, barman Liam jej kiwnął głową, a Pani Marcy upierdoliła sobie, że to jej córka. Cóka, która od dwudziestuiluś miesięcy nie żyje. No to Pani Marcy za nią wybiegła, ale jej nie było nigdzie w pobliżu, więc Pani Marcy ruszyła na poszukiwania w deszczu. Ni chuja, nie znalazła jej. No, ale skoro ją widziała i żyje to przecież musi ją znaleźć. I szuka. Pomagają jej ten Pan Vic i ten barman Liam. Tak trochę. No i tyle, bo oprócz tego, że daje dupy Vikowi to mało interesujących rzeczy się tam dzieje.

  Do czasu. Teraz ją widzisz jest kurewsko nudne. Do pewnego momentu. Ciekawie zaczyna się robić gdzieś koło połowy książki, ale tylko na chwilę. W trakcie czytania jeszcze kilkukrotnie pojawiają się trochę interesujące momenty, ale to rzadko i chwilowo. Tak skrótowo - jak ma jakiś trop, to się wszystko pierdoli. Przykładowo (spojler) - jak jedzie spotkać tę swoją niby córkę, co to się później okazuje nie jej córką, to ktoś w tym czasie robi rozpierdol w pokoju, który wynajmuje i tnie jej wszystkie ubrania. Miałem pewne podejrzenia, co do zakończenia i okazały się niepoprawne. To jest na plus, bo mnie to zwiodło mocno. ALE TO JEDYNY PLUS TEJ KSIĄŻKI. A nie, nie jest jedyny. Drugi jest taki, że mimo twardej okładki grzbiet wygina się bez żadnych problemów, a nawet łatwiej niż w niektórych miękkich wydaniach. A z minusów to Pani Marcy to ma strasznie wkurwiającą schizofrenię chyba, bo słyszy cudze głosy. Często podczas rozmów z innymi ludźmi. Strasznie to myli, mimo że jest napisane kursywą.

  Wróćmy do autorki, do Pani Joy. Wiecie czemu chciałem byście zapamiętali to imię? Bo po angielsku joy to radość. A ta książka nie ma kompletnie nic wspólnego z radością, przyjemnością, pozytywnymi emocjami (oprócz tego, że mnie zaskoczyła i się łatwo wygina grzbiet). Czytanie jej to była, kurwa, katorga. Po pierwszych kilkudziesięciu (chyba sześćdziesięciu) stronach autentycznie miałem ochotę pierdolnąć nią przez okno. Ostatnio recenzowany Chomik... był średnio przyjemny, ale Teraz ją widzisz, to jest zło. Historia mogłaby być ciekawa, ale Pani Radość ją strasznie chujowo napisała. Liczyłem na fajną pozycję, którą opierdolę w dwa dni bez problemu. Przeczytanie jej zajęło mi chyba cztery dni, w tym jeden, kiedy nawet na nią nie spojrzałem, no bo, kurwa, nie byłem w stanie.

  Nie chcę już nic więcej o niej pisać, bo muszę o niej myśleć. Oficjalnie jedna z najgorszych książek jakie w życiu przeczytałem. Ocena:
 (źródło zdjęcia oryginalnego: nexusmods.com)
  A, jak ogarnęliście, że te przyciski po prawej nie działają i trochę Was to wkurwia, to wybaczcie, ale na nowo skategoryzowałem wszystkie posty na Kacu i jak będzie mi się chciało to zrobię nowe przyciski. Na razie mi się nie chce.

  Jak coś to więcej skacowanych rzeczy jest tu:
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

środa, 13 lipca 2016

Młody czytelniku.

  Dzień dobry. Było kilka dni fajnie, nie narzekałem na pogodę, to się, kurwa, znów zaczyna chujnia i gorąc... Muzyka (klik).
(Photo credit: kbowenwriter via Foter.com / CC BY-SA)
  Dziś mogę być trochę niemiły. Przynajmniej przez znaczną część tego czytadła. Na końcu ogłoszę wyniki konkursu, to wtedy na pewno będę miły. Przynajmniej dla jednej osoby.

  Uważam, że jako część ogólnointernetowej społeczności, bo konta mam na większości portali społecznościowych, mam lepszy, zdecydowanie łatwiejszy dostęp do różnych rzeczy, nie zawsze tych interesujących. Wiadomo, że czasem się człowiek zgubi oglądając śmieszne koty na jutubie i trafi do jakiejś dziury, z której później wyjść trudno, a zostawia ona nieodwracalny ślad na ludzkiej psychice. Chcąc nie chcąc, jako bloger, czasem grzebię również w blogosferze, gdzie trafiam na naprawdę złe rzeczy. Mają one czasem plusy, bo pozwalają mi spojrzeć z nieco innej strony na niektóre aspekty życia. Na przykład na czytanie. Albo nieczytanie. No i będę uogólniał. Bo mogę (hipokryta jebany...).

  Skupiłem się ostatnio trochę na męskiej części blogosfery książkowej i tak zwanego booktube'a. Przeglądanie MĘSKICH blogów i jutjubowych kanałów skupiających się głównie wokół literatury okazało się dla mnie nie lada wyzwaniem, bo cóż... Faceci, a raczej chłopcy (bo takich jest zdecydowanie więcej i o nich mi dziś chodzi), którzy recenzują książki strasznie nudzą, są nijacy, jakby bezpłciowi i mało konkretni. Czemu tak jest? Mam pewne podejrzenia.

  Najbardziej skłaniam się, ku jednemu z nich i winą obarczałbym... książki. Tak, KSIĄŻKI. Czemu? Bo większość młodych recenzentów literatury skupia się na jednym gatunku - NA LITERATURZE DLA NASTOLETNICH DZIEWCZYNEK, kurwa. Ludzie, co z Wami?! Czytałem opisy tych najpopularniejszych pozycji, sag, serii, czy co to tam się tworzy jeszcze z tego i kompletnie nic ciekawego tam dla mnie nie ma. Żeby nie było - poczytałem i pooglądałem recenzje tych książek. Serio. Moje zdanie się nie zmieniło, przynajmniej nie na plus. Zdarzały się przypadki, że po sprawdzeniu tego, co ktoś miał o danej pozycji do powiedzenia zaczynałem jej nienawidzić. I tej osoby przy okazji też.

  Jeśli znajdzie się ktoś, kto chciałby mnie zapytać, dlaczego uważam, że winne są temu wszystkiemu książki dla nastoletnich dziewczyn to niech się w łeb pierdolnie i przeczyta to zdanie raz jeszcze. Nadal nie wiesz czemu uważam, że książki dla nastoletnich dziewczyn wypruwają z dorastających chłopaczków tę początkującą męskość? Nadal, nic, hm? BO SĄ, KURWA, DLA DZIEWCZYN! Już? Rozumiemy się? Bo ja nadal nie zrozumiem czemu te typki to czytają.

  Załóżmy, że mam tak z dwajścia-kilka lat więcej, znalazłem sobie kobitę, mamy dorastającego syna i on czyta. Spoko, cieszy mnie to i nawet jestem w stanie mu dawać hajs na książki, taki zupełnie oddzielny od kieszonkowego hajs, wyłącznie na książki. I załóżmy, że któregoś dnia zerkam na półkę tej mojej małej, dorastającej latorośli i widzę tam pozycje, które w księgarniach widywałem na półce z literaturą młodzieżową. Spoko. Sięgam po jedną z nich i czytam opis. Opis, który ewidentnie wskazuje na to, że jest to książka dla dziewcząt. Zapewne bym się lekko wkurwił i próbował dowiedzieć się, czemu mój syn czyta książki, które raczej powinny być kierowane do jego koleżanek. Bo mnie to w chuj ciekawi (EJ, SPRAWA, JAK TRAFI TU JAKIŚ CHŁOPACZEK Z TYCH, NA KTÓRYCH NAPIERDALAM I Z PŁACZEM NIE WYŁĄCZYŁ JESZCZE TEJ STRONY, TO NIECH NAPISZE MI W KOMENTARZU DLACZEGO CZYTA TAKIE KSIĄŻKI, BARDZO MI NA TYM ZALEŻY!!!), dlaczego młody, dorastający mężczyzna czyta takie pozycje. Jako rodzic bardziej bym się wkurwił o to, że czyta książki o księżniczkach, czy tam złamanych sercach, niż o to, że czyta przykładowo Bukowskiego.

  Jestem w stanie zaakceptować tok rozumowania, gdy ktoś czyta książki kierowane do zupełnie innych odbiorców, jeśli chce lepiej poznać daną grupę. Nie wiesz jak poderwać dupeczkę, więc przeczytałeś jakąś książkę, w której autorka opisuje jak nastolatka chciałaby być zdobywana - spoko, rozumiem, akceptuję, choć trochę szydzę. Ja przeczytałem Pisiont twarzy Greja żeby przekonać się, jak bardzo złą książką jest. Poza tym jestem zdania, że nie powinno się krytykować czegoś, czego się nie zna, dlatego też teraz z czystym sumieniem mogę wszędzie pisać, że Grej jest chujowy, a jak mi ktoś zarzuci, że go nie czytałem to mogę go wyśmiać pod nosem, bo czytałem. Półtorej części, bo aż zacząłem się w pewnym momencie sam z siebie śmiać i pytać dlaczego ja dalej w to brnę.

  W moim odczuciu, ale pewnie nie tylko w moim, jedną z cech, które powinny iść z męskością jest zdecydowanie. Bo facet to powinien wiedzieć co mu się podoba, co mu się nie podoba, dlaczego tak jest, no i fajnie jakby jeszcze wprost wyrażał to swoje zdecydowane zdanie. Nie podeszła Ci jakaś książka? Powiedz czemu - nie kryj swoich odczuć, bo to bez sensu. Stwierdzenie, że coś "nawet mi się podobało" nie jest też wystarczające dla dobrych recenzji, która, jeśli jest pochlebna, powinna zachęcić czytelnika do sięgnięcia po daną pozycję. Nie wiem kogo zachęci wyrażanie zdania w powyżej zaprezentowany sposób. Mnie z miejsca zniechęca. Nie rozumiem też chwalenia słabych książek. Jak rozumiem, że blogerzy i booktube'erzy chcą dostawać książki do recenzji za darmo, tak nie ogarniam sytuacji, w której próbują się wkupić w łaski wydawnictw chwaląc wszystko, co czytają. Podobnie jest w przypadku tych pseudorecenzentów, którzy książki za darmo już dostają - jeśli wydawnictwo, które przesyła Ci swoje nowości przestanie to robić po wyrażeniu Twoich niepochlebnych odczuć, to znak, że jest trochu chujowe, bo nie do końca potrafi się pogodzić z tym, że gusta się różnią i nie każdemu książka, w której wydanie pakują hajs, musi się podobać. Wręcz przeciwnie. Nie powinna się podobać każdemu.

  Ostatnio na kanale Bukbuk pojawił się Maciek Dąbrowski ztj. Człowiek Warga, prowadzący jutubowy kanał Z Dupy (tu do sprawdzenia - klik). Prezentował on swoje ulubione książki. Z tych pozycji, które pokazał, chyba żadna nie pokryła się z tymi kluczowymi dla mnie (choć spora ich część mnie zainteresowała), ale podejrzewam, że gdyby prowadząca dłużej pozwoliła mu pogmerać w torbie (HEHE), to na pewno znalazłoby się w niej coś, co i ja uważam za rzecz ważną. Maciej, jako człowiek, który niewątpliwie jest osobą bardzo popularną wśród młodych odbiorców treści internetowych, swoimi propozycjami przedstawił kilka wartościowych pozycji, które mogą zmienić obraz czytelnictwa wśród młodzieży. Zwłaszcza tej męskiej części młodzieży. Na to trochę liczę.

  BTW. Kupiłem niedawno jedną taką młodzieżową książkę na półce i w najbliższym czasie ją przeczytam. No i spróbuję ją zrecenzować. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Z tego co czytałem to nie jest to książka dla młodych dziewcząt, więc UF.

  Bym zapomniał! Wyniki konkursu!!!!!!
  Drugi oficjalny konkurs na Kacu nie cieszył się zbyt dużym zainteresowaniem i muszę przyznać, że poziom był bardzo średni, choć trafiło się kilka perełek, przez które prawie leżałem. Były też takie, które być może wykorzystać w przyszłości. Nagrodził bym, kurwa, wszystkich, no ale książkę mam jedną i wygrywa ją PANI KINGA PINAS, której pomysł trafił najbardziej w mój gust. 
Wszystkim dziękuję za udział w superkonkursie, a zwycięzcy gratuluję!

  Więcej Kac-kontentu:

https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

sobota, 9 lipca 2016

Czego nauczyły mnie studia licencjackie.

   Byłoby Wam pewnie smutno jakbym nie zaczął standardowo od mojego wstępu nie na temat, conie? To zacznę od niego. Muzykę Wam dam nawet. O, taką (klik).
(Photo credit: davidsmini111 via Foter.com / CC BY-SA)
   Od jakiegoś czasu jestem (po chuju) dumnym posiadaczem tytułu zawodowego, określanego mianem licencjatu. Pracowałem na to (po chuju) ciężko przez trzy lata, obroniłem się na piękne pięć.zero. No i teraz mówię, że mam licencję na poprawianie ludzi. Bo to tak trochę jest. Bo filologia polska. Bo seminarium językoznawcze. Bo tak.

   Przez te trzy cztery lata (jak mnie znasz osobiście/ogarniasz całego Kaca w stu procentach to wiesz, czemu cztery, jak nie to sprawdź zakładkę Kac o Kacu.) studiów nauczyłem się kilku przydatnych, sporo średnioprzydatnych i wielu kompletnie nieprzydatnych rzeczy. Jako, że ja, jako DZK (skrót dla koneserów Kaca) staram się przekazywać moim superCzytelnikom tylko dobre rzeczy, to zaprezentuję Wam przydatne umiejętności, które pozyskałem na studiach.

Systematyczność.
   To taka rzecz, której nauczyłem się trochę pośrednio dzięki studiom, a raczej to tylko w czasie, kiedy studiowałem. Systematyczności nauczyłem się tu, na blogu. Serio. Blog ma w pewnym stopniu dużo wspólnego z moimi studiami, bo bez nich pewnie by go nie było, bo średnio by mnie jarało pisanie tych wszystkich pierdół, bo nie byłoby pewnie imprezy, po której napisałem pierwszy post tu, no i ogólnie. Jeśli chcecie komuś podziękować za Kaca to nie mi, dziękujcie mojej uczelni i ludziom, których na niej poznałem (jeśli ktoś z nich to czyta to Wy, ludzie, których poznałem na studiach - wiedzcie, że bez Was nie byłbym tym Kacem, którym teraz jestem - nie byłbym wtedy żadnym Kacem, taka prawda). Wracając do ideji (kolejny ukłon w kierunku moich studiów) tego punktu - od kiedy postanowiłem sobie, że będę rozwijał mojego bloga, to za cel przyjąłem sobie regularne pisanie nowych rzeczy. Zazwyczaj posty wchodzą w środy i soboty, choć czasem ulega to lekkim zmianom - bo czasem jebnę trzy wrzuty w tygodniu. Dzięki temu postanowieniu staram się jakoś tak lepiej zarządzać własnym czasem, ale i tak większość tutaj piszę na ostatnią chwilę, albo chociaż w dniu publikacji. Potwierdzeniem dla słów z pierwszych zdań tego punktu jest to, że chyba wszystkie możliwe prace zaliczeniowe oddawałem w ostatnim możliwym terminie. Albo przedostatnim. W każdym razie - jako jedna z ostatnich osób.

Nie pierdol, że nie umiesz.
   Serio. To najgorsza rzecz, jaką możesz robić będąc nie tylko na studiach, ale także, kurwa, w szkole. Bo i w sumie wiedziałem o tym wcześniej. Masz egzamin, kolosa, kartkówkę, sprawdzian, wiesz, że nauczyciel ma pytać, a Ty chuja umiesz? Nie oznajmiaj tego całemu Światu. Rozumiem sytuacje, kiedy wywiązuje się jakiś dialog i ktoś zapyta Cię, czy się nauczyłeś. Jak nie, to przecież tej osoby nie okłamiesz, nie? No różnie bywa, ale raczej nie. Rzuć więc proste, lekko niechlujne "nie" na wyjebce i tyle. Zaoszczędzisz stresu sobie i innym, bo nic tak nie wkurwia (a w niektórych przypadkach stresuje) jak sytuacja: Czekasz w kolejce na ustny egzamin. Jak palisz, to na szluga już i tak nie wyjdziesz, bo masz świadomość, że mimo ustalonej listy co do godziny różnych ludzi różni ludzie pytają w różnych przedziałach czasowych - jednego ludzia pięć minut, innego ludzia piętnaście. Za Tobą kolejka już się jakaś ustawia - po niektórych widzisz lekki stres, inni to maskują. Są też tacy, którzy pierdolą, że kompletnie nic nie UMJOM, że się w ogóle nie uczyli, że nie ma szans żeby zdali. Wkurwił się byś? Ja bym się wkurwił. Zwłaszcza, gdy stoisz na szlugu po egzaminie z jakąś trójeczką, trójeczką z połóweczką, a ta osoba, która tak nieznośnie pierdoliła i bała się o swój los, wychodzi. Głupio Ci nie zapytać jak jej poszło. To pytasz jak jej poszło. A ta osoba, z najszerszym uśmiechem, jaki tylko zmieściłby się na jej japie, mówi Ci, że dostała pjontkę. KURWA.

Da się zdać bez nauki.
   Serio. Przez trzy lata studiów tak naprawdę uczyłem się chyba tylko raz, na pierwszy termin z jednego z przedmiotów, którego i tak wtedy nie zdałem. Fajnie, nie? Prawda jest taka, że jeśli potrafisz zapamiętać kilka rzeczy, to tak naprawdę na studiach humanistycznych powinieneś (albo powinnaś) zdać wszystko. Załóżmy, że masz egzamin z literatury (staropolskiej, współczesnej, jakiejkolwiekinnej) - przed egzaminem zapytaj kogoś z roku o ogólnikowe przedstawienie kilku tematów albo przeglądnij notatki (swoich pewnie nie masz, więc patrz w cudze), usłyszysz (albo zobaczysz) kilka terminów, dat, nazwisk i dzieł. Coś z tego na pewno zapamiętasz, a to wystarczy Ci w zupełności do zdania - jeśli nie trafisz w konkretny temat to jest duże prawdopodobieństwo, że ma on coś wspólnego z innym z zagadnień. Warto wtedy do niego nawiązać. Sprawa jest dużo prostsza na egzaminach ustnych, bo humaniści uwielbiają mówić, zwłaszcza jeśli mają uważnego słuchacza. Jesteś na tym wspomnianym egzaminie z literatury - wystarczy, że rozpoczniesz odpowiadać na jakiś temat, a egzaminujący długo bez gadania nie wysiedzi i jest duże prawdopodobieństwo, że będzie dorzucał swoje spostrzeżenia w danym temacie, a na podstawie jego słów Ty coś dopowiesz albo będziesz mu tylko przytakiwać. Czasem można spróbować powtórzyć to, co egzaminujący powiedział kilka minut wcześniej - jeśli odpowiednio zmodyfikuje się jego słowa, to są szanse na to, że wykładowca je doceni i raczej nie zwróci uwagi na to, że po nim powtarzamy. Jeśli jednak towarzyszący egzaminom stres nie daje Wam żyć, to w niektórych przypadkach możecie już przed zdawką mocno zaplusować w inny sposób. Jaki? Czytajcie dalej.

Pisanie.
   Serio. Pisać niby potrafię od dobrych kilkunastu lat, jednak to dwie kompletnie różne rzeczy. To, że ktoś umie stawiać w zeszycie, czy w programie komputerowym litery, nie znaczy, że robi to dobrze. Słuchałem już wcześniej, że całkiem przyjemnie składam słowa i to co zapisuję ma jakiś sens. Sam uważam, że studia humanistyczne zrobiły robotę, że były dla mnie przełomem w posługiwaniu się słowem i pisanym, i mówionym. Pisemne prace zaliczeniowe, działalność w gazecie studenckiej, zajawka na pisanie recenzji w jednym z portali muzycznych, praktyki w redakcjach, licencjat, no i blog. Masa okazji, by wyćwiczyć pióro zaprocentowała i mam świadomość, że piszę całkiem nieźle. Mam również świadomość, że popełniam jednak sporo błędów, głównie tych interpukncyjnych (i literówek...), ale człowiek ponoć się uczy całe życie, nie? To ja też mogę. Też żem człowiek jest. Potwierdzeniem tego, że potrafię pisać jest to, że usłyszałem kilka dobrych słów od ludzi, którzy na studiach mnie uczyli, a jeden z ustnych egzaminów, mimo kompletnego braku wiedzy z wylosowanego przeze mnie zakresu, został mi zaliczony, bo "napisał Pan bardzo dobrą pracę roczną".

Czytanie.
   Serio. Trochę jak powyżej. Czytać umiem od lat, ale dopiero na studiach uświadomiłem sobie, że ta czynność ma sęłs (kolejny ukłon w kierunku moich studiów). I wiecie co? Czytanie jest świetne. Książki są jednym z najlepszych wynalazków ludzkości, zwłaszcza te dobre. Choć te złe też. Bez tych złych trudno by było z rozpoznaniem, które są tymi naprawdę wartościowymi. Czytanie strasznie odpręża, pozwala poznawać nowe rzeczy - kultury, światy, kraje, ludzi - a rozmowy o książkach pokazują jak odmienne, często bardzo zaskakujące odczucia po lekturze mogą mieć różne osoby. Takim mocno przełomowym momentem w moim czytelniczym życiu był początek trzeciego roku. Od tego czasu staram się czytać minimum jedną książkę tygodniowo, choć nawet nie muszę się starać, bo nic w tym trudnego. Czytanie jest trochę jak oddychanie, tylko z książką w dłoniach.

Pijesz? Żryj cytrynę.
   Serio. To robi robotę. A jak nie żresz cytryny, to chociaż wciskaj ją sobie do przepojki. Chyba, że już jest z Tobą źle i nasłuchujesz odgłosów morza dobiegających z muszli, to wiesz co? Żryj cytrynę! Albo ją pij! Ona naprawdę zrobi robotę. Kompletnie nie wiem o co w tym chodzi, bo na maturze z biologii miałem AŻ czterdzieści procent (HEHE). Podstawowej maturze z biologii. Coś w tym jest na pewno. Jakieś witaminki pewnie działają. To tak samo jak z kacem na drugi dzień. Jak mam możliwość, to jedną z pierwszych czynności wykonywanych na kacu jest ojebanie szklanki zimnej wody z wyciśniętą doń cytryną. Pomaga mocno, a na studiach pewnie każdy znalazł się/znajdzie się na jakiejś imprezie, podczas której (albo i po której) przyda się cytrynowy tip.

Rzygasz? Rób to dobrze.
   Skoro już jesteśmy przy spożywaniu alkoholu, to warto zahaczyć o tę gorszą stronę picia. Każdemu czasem zdarzy się przeholować z procentami. Bywają sytuacje, że przesadzimy konkretnie i alkohol chce z nas wyjść szybciej niż powinien. Jeśli już dojdzie do takiej sytuacji, to warto zastosować się do kilku wytycznych, które ja poznawałem zupełnie przypadkiem. Niektóre znałem już wcześniej, ale warto je tu umieścić, byś i Ty nie zrobił(a) sobie siary, bo to już studia, więc warto pokazać, że jest się już doświadczoną moczymordą.
1. Odejdź. Nie rzygaj przy wszystkich. Nie rzygaj pod stół. Nie rzygaj pod siebie. Znajdź jakieś ustronne miejsce. Jeśli jest to domówka, impreza w klubie, czy jakimś innym miejscu, to raczej logiczne, że wymiotować powinno się w toalecie. Najlepiej do kibla. Umywalki się zatykają, a ktoś to musi później uprzątnąć - najprawdopodobniej nie będziesz to Ty, więc nie rób bliźniemu, co Tobie nie miłe. Jak jesteś na zewnątrz, powiedzmy jakiś grill czy ognisko, to oddal się pod jakieś drzewo, czy krzaczka i tam opróżnij swój żołądek. Odradzam wymiotowanie przy ścianie, bo można komuś zachlapać elewację.
2. Weź kogoś ze sobą. Ale nie wszystkich - napisałem wyżej żeby odejść na bok od grupy. Warto jednak zabrać ze sobą wsparcie, najlepiej jedną osobę (nie więcej niż dwie), która będzie kontrolowała nasz stan - podtrzyma, gdy nogi zaczną się plątać albo nie pozwoli zasnąć z głową w muszli.
3. Taki jeden polski raper, Fu się zwie, rapował kiedyś, że liczy się dystans. W rzyganiu też liczy się dystans. Chodzi o to, by był jak najmniejszy, ale nie za mały. Dystans między kiblem/podłożem, a ustami. Im dłuższy, tym większe prawdopodobieństwo, że wymiociny będą odbijały się od podłoża i chlapały na około, a lepiej sobie spodni rzygami nie upierdolić, bo czasem trudno jest je sprać. Poza tym w tych spodniach najprawdopodobniej dotrwamy do końca imprezy, a w takich łaciatych to raczej średnia przyjemność pokazywać się przy ludziach, nawet przy tych, których znamy.
4. No i czasem fajnie jest się wyrzygać, nawet na siłę, po konkretnym chlaniu, bo na drugi dzień słabiej odczuwa się skutki picia.

   Na tym chyba skończę. Nie są to wszystkie rzeczy, których nauczyły mnie studia licencjackie (albo rzeczy, których nauka zbiegła się z moim studiowaniem), jednak uważam je za sprawy warte głębszej uwagi. Może i Wy się czegoś nowego nauczycie po tym co napisałem wyżej. Albo chociaż spróbujecie się nauczyć... Choć w życiu napisałem kilka dłuższych rzeczy, jest to mój zdecydowanie najdłuższy tekst, w luźnej, blogowej formie i mam pewne obawy, czy choć 30% czytających go osób dotrwa do tego momentu. Jeśli to czytasz, to wiedz, że jest mi z tego powodu kurewsko miło i przybij sobie ode mnie piątkę. Jeśli Ci się spodobało to pewnie ucieszy Cię informacja, że jest dość duże prawdopodobieństwo stworzenia kontynuacji tego posta.

   Zastanawiacie się też pewnie "Co teraz, Panie Kac, skoro skończył Pan studia?". Śpieszę z odpowiedzią!
   Studia podobają mi się na tyle, że nie potrafiłbym z nich tak łatwo zrezygnować, więc miejmy nadzieję, że od października rozpocznę drugi stopień.

   A w poprzednim poście macie konkursa. Fajnego takiego. Polecam ja.

   Buzia, Kacątka.

   Tam niżej macie mnie więcej:
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

środa, 6 lipca 2016

Z pasji piszę. (+ konkurs)

  Takie lato to ja lubię w chuj. Fajne jest. Niby słońce, ale wiatr i temperatura spoko, i nie jest duszno, i ogólnie jest w pytkę. A żeby podtrzymać ten klimat to leci nowy Taco (klik).
(Photo credit: crdotx via Foter.com / CC BY)
  Jak każdy superbloger, czyli taki supermen piszący bloga, jestem sobie w kilku grupach blogerskich na fejsbukach (A co do fejsbuka - Ty już mnie tam lubisz? Jak nie to nadrobić to możesz tu [klik]), o czym pisałem już nie raz, nie dwa, a z cztery. No i jestem tam. Patrzę, zerkam, obserwuję. Wrzucę bloga, przeglądnę cudze. Czasem ktoś o radę poprosi, to ja pomogę, bo pomocny ze mnie typ. Czasem.

  Czasem trafią się takie ewenementy, elementy, że za eternit przyjebałbym do dachu ich. Tuzinem bretnali na każdy centymetr kwadratowy, choć możliwe to to raczej nie jest. Takim pierdolonym wielkim młotem. Takim jak te gumowe, ale nie gumowym, a stalowym. Żeby bolało mocno. O kilku takich przedstawicielach już pisywałem wcześniej, o tu (jak tu klikniesz to Cię przeniesie do wszystkich postów, w których napierdalam na ludzi z blogosfery; do tego też pewnie). Dziś będzie o kolejnym.

  Na tych wspomnianych grupach spotykam się czasem z postami w stylu "o czym chcielibyście przeczytać na blogu?", czy "podajcie jakiś temat na notkę". No i co? Wkurwił się byś? Ja się wkurwiam. No bo, kurwa, skoro prowadzisz bloga, to chyba sam najlepiej wiesz o czym pisać masz, nie? No widocznie to nie. Najlepiej zapytać innych, oni wiedzą lepiej o czym powinieneś pisać.

  No i dobre. Powiedzmy, że ktoś podrzuca takiemu elementowi jakiś temat, nie wiem, powiedzmy, że rozkład naturalny odpadów pochodzenia odzwierzęcego. No to pisz, blogerze! Twórz! Przecież w zakładce o mnie napisałeś, że bloga prowadzisz pasji. Skoro pisanie to taki Twój konik, takie hobby, taka życiowa zajawka, to napierdaaaaaaalaaaaaaaaaaj! Ja czekam na efekty. Byle by były dobre, bo przecież to Twoja pasja, więc powinieneś być w tym dobry.

  Moim zdaniem takie pisanie pod tematy podawane przez przypadkowe osoby nie ma większego sensu. Prawdopodobnie żadna z tych osób w życiu tego bloga nie widziała i raczej nie zobaczy. Mnie to by przykładowo zniechęciło do czytania takie wypytywanie o tematykę, aczkolwiek czasem wejdę i zerknę kim ta osoba jest, o ile podała do siebie linka w tym zapytaniu. Dzięki temu sprawdzaniu mam świadomość, że to co tu robię ma jakąś wartość, przynajmniej w moim odczuciu. Co z tego, że nie piszę o tym, o czym ludzie chcieliby przeczytać, przynajmniej piszę szczerze to, co se myślę, nie?

  Z tego co zaobserwowałem, to jestem w stanie, mniej więcej, rozpisać uproszczony profil tematowego żebraka. To zazwyczaj chłopaczek - serio, nie mam pojęcia dlaczego to młodzi chłopcy mają częściej problem z pomysłami na posty - wiekowo jakieś 13-15 lat. We wspomnianej zakładce o mnie nie zawiera za dużo o sobie. Głównie jakieś info w stylu imię, wiek, dlaczego blog (BO TO PASJA!) i kontakt, jakby się jakaś współpraca trafiła - choć zazwyczaj jeśli się trafia, to on jest osobą, która jako pierwsza wychodzi z propozycją zawarcia interesu życia (dla firmy, no bo przecież, kurwa, nie dla niego, HELOŁ).

  Wyprzedzając kolejne takie pytania zamieszczam kilka propozycji na tematy dla pasjonatów blogowania:
- jak dobrać odpowiedni parasol do warunków atmosferycznych panujących w klimacie podzwrotnikowym, odmiana monsunowa;
- wpływ wędrówki pingwinów cesarskich na wielkość plonów pszenżyta w południowych Węgrzech;
- (wspomniany już wyżej) rozkład naturalny odpadów pochodzenia odzwierzęcego;
- poradnik dla początkujących blogerów - jak się wybić, jak dobrze pisać, jak znaleźć dobry pomysł na temat (w końcu świetnie się na tym znacie).

  Jeśli znajdzie się ktoś, kto podejmie się napisania posta na któryś z powyższych tematów to efekty proszę podesłać na mejla, fejsbuka albo w komentarzu poniżej.

  Czas na poważne podsumowanie.
Młody BLOGERZE, przyszły eternicie, hufnalu, nadziejo narodu polskiego, skup się i czytaj. Czytaj uważnie. Jeśli, kurwa, nie masz pomysłu na posta, to go, kurwa, nie pisz. Nie pytaj innych o tematy do TWOICH wpisów. Powinny Ci same do łba przychodzić. Nie przychodzą? To usuń bloga i nie wracaj.

KONKURS!

  Przy okazji - masz pomysł na notkę? Podaj go w komentarzu, bo mi się już kończą. Jeśli któraś z propozycji mnie rozpierdoli, to jej autor dostanie ode mnie książkę Dmitrija Strelnikoffa - Nikołaj i Bibigul (sam ją ufundowałem, nikt mi jej nie podarował, oceniłem na siedem gwiazdek z dziesięciu możliwych [dla cebuli: cena okładkowa to 39,90 zł]). Konkursiwo równocześnie będzie się toczyć u mnie na fejsbuniu (tu - jak bierzesz udział w konkursie na fejsie to polub mój fanpejdż!), więc nie rzucać się, że wygra osoba, która się nie wypowiedziała tu niżej, pod postem. Jak zgłaszasz się tu, to podaj mejla razem z odpowiedzią/odpowiedziami. Odpowiedziami? Tak! Bo każda osoba może podać tyle propozycji na notkę, ile tylko chce. Żeby było trudniej to zgłaszać się można do końca najbliższego poniedziałku, czyli do 11 lipca, do północy!

  No, a jak chcesz dołączyć do grona fajnych człowieków, bo wszystkie fajne człowieki już dawno to zrobiły, to polub lub zaobserwuj mnie tam niżej. Ucieszę się trochę, albo nawet mi trochę dygnie:
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0