http://kackiller.blogspot.com/p/kac-o-kacu.htmlhttp://kackiller.blogspot.com/p/trzezwi-o-kacu.htmlhttp://kackiller.blogspot.com/p/chcesz-cos.htmlhttps://facebook.com/kackillerhttps://twitter.com/kackiller0
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kacenzje. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 października 2017

Suma Kaców: Wakacje 2017.

Od trzech miesięcy nie napisałem kompletnie nic. Od prawie pół roku nie napisałem nic więcej niż podsumowanie miesiąca. Szał, kurwa. Blog mi upada, a ja wykupuję domenę. Na chuj? O tym później. Najpierw muzyka (klik).
(Photo credit: Foter.com)
I podsumowanie wakacji.

KSIĄŻKI
W ciągu ostatnich trzech miesięcy przeczytałem dziesięć książek.
Skończyłem Traktat o łuskaniu fasoli Myśliwskiego, który był jedną z najlepszych pozycji, które czytałem w ramach ogarniania materiału do egzaminu z literatury najnowszej, 7/10.
Kości aniołów Michała Nawrockiego - niezła rzecz, ale jakiś niedosyt pozostawia, 6/10.
Wzgórze psów Żulczyka, czyli jeden z pewniaków do mojego osobistego TOPu 2017, 9/10.
(niepotrzebne skreślić) Engelkinga - całkiem przyjemna pozycja, ale dupy nie urywa, 6/10.
Czarna Madonna Mroza - wielki zawód. Mróz miał tu być polskim Kingiem, ale jak King tak pisze, to ja nie chcę go sprawdzać, 4/10.
Jestem egzaltowaną lentilką Petra Merki - bardzo przyjemne zaskoczenie, co skłania mnie do tego, by posprawdzać pozostałe pozycje z serii Stehlik, 8/10.
Okrutny maszynista Vilikovskyego - kilka niezłych opowiadań, jednak Opowieść o rzeczywistym człowieku siadła mi bardziej, 6/10.
Rdza Małeckiego - najlepsza rzecz wakacji, tu (klik) pisałem o niej nieco więcej, 9/10.
Ośmiościan Cortazara - najlepszy prezent książkowy, jaki w życiu dostałem. Że też taki mały zbiorek pomieścił takie świetne rzeczy... 8/10.
Guguły Wioletty Grzegorzewskiej - czułem się jakbym czytał polskiego Kereta w spódnicy, 8/10.
Podczas moich studenckich wakacji zacząłem czytać Morfinę Twardocha, ale idzie mi strasznie opornie i nie wiem kiedy ją skończę.

Kwestie nowych książkowych zdobyczy pozostawiam bez dokładnych liczb, bo było tego tyle, że trudno mi to wszystko dookreślić. Nadrabiałem braki, kupowałem mniejsze i większe nowości. Z głośniejszych nazwisk czy pozycji wpadli do mnie Dehnel, Papużanka, cała seria z Fostem, Wotum nieufności i ta nieszczęsna Czarna Madonna Mroza, cztery pozycje Karpowicza, dwie Murakamiego, dwie Lauren Groff, z wspomnianych już wyżej - Grzegorzewska, Małecki, Cortazar, Żulczyk; trzy albo cztery książki Szostaka, kilka pozycji Kuczoka. Masa książek - nie mam pojęcia kiedy ja to wszystko przeczytam.

MUZYKA
Rozstrzał muzyczny spory, głównie nowości - Szprycer od Taco, Polon Białasa, Insomnia PlanaBe, Narkopop Kaza Bałagane, producenckie albumy PAFFa i SoDrumatika. Masa pojedynczych singli.

Nadrobiłem trochę zaległości płytowe - wpadł mi przeceniony o 50% Slam Otsochodzi, House of balloons The Weeknda z Biedronki, do tego dokupiłem trzypak Taco (Wosk, Marmur i ta angielska EPka) i Nareszcie Flaszek i szlugów. Z nowości Szprycer i Polon Białasa w opcji limited.

FILMY
Siedem filmów w ciągu pierwszych trzech dni lipca. Przez całą resztę wakacji nie obejrzałem nic.
Norwegian wood - w porównaniu do książki jest mega słabo, choć to nadal całkiem niezły film, 6/10.
Kawa i papierosy (2003) - mega przyjemna produkcja Jarmusha, którego postanowiłem powoli przyswajać, 7/10.
Manchester by the sea - jeden z najlepszych filmów, które widziałem w ostatnim czasie, świetna historia, 8/10.
Hardkor disko - przymierzałem się od dłuższego czasu, żałuję, że tak długo zwlekałem, bo warto obejrzeć, 7/10.
Paterson - kolejny z najlepszych filmów, które widziałem w ostatnim czasie, jak o nim myślę, to do głowy przychodzą mi dwa określenia - spokojny i oszczędny, 8/10.
Broken flowers - znów Jarmush, tym razem w innej formie niż w wyżej wpsomnianej Kawie i papierosach, również bardzo przyjemnie, 7/10.
Loft - niezły, ale bez szału. Nie wiem czemu, ale kojarzy mi się z taką thrillerową wersją Kac Vegas, 6/10.

INTERNETY
Przemilczę.

SUMA SUMY + wyjaśnienia i ogłoszenia
Jak na zapierdol i brak chęci do wszystkiego co wokół to jestem z siebie dumny. Przez większość moich studenckich wakacji przed ostatnim rokiem magisterki siedziałem zagranico i tyrałem. Tyrałem to w sumie złe określenie, ale o tym będzie pewnie osobny post w najbliższym czasie. W międzyczasie byłem przez tydzień w Polsce z czego w domu (nie licząc snu, choć i z tym bywało różnie) byłem łącznie może półtorej doby. Po tygodniu powrót do roboty, a po całkowitym powrocie do domu też średnio stałem z czasem i siedzeniem w tym domu. Przez ten ostatni czas spędzany w Polsce zahaczyłem o Katowice, Kraków, a ostatnich kilka dni spędziłem w Warszawie. Napatrzyłem się na różne rzeczy, spędziłem trochę czasu z ludźmi, których lubię, w pewnym stopniu mnie pozytywnie nakręcają i inspirują. To całe nakręcanie i inspiracje mają związek z przejściem na własną domenę, która w zamyśle ma mnie zmotywować do częstszego pisania, co nie będzie w sumie tak proste, bo priorytetem na ten rok akademicki jest dla mnie jednak napisanie pracy magisterskiej. Przy licencjacie to wszystko dawałem radę pogodzić, więc wierzę, że i przy magisterce nie będzie tak źle.

Z ogłoszeń jeszcze warto napomknąć, że założyłem wreszcie instagrama (klik), którego staram się rozkręcać, a z Hanią z bloga Czymkolwiek (klik) próbujemy pracować nad pewnym projektem, choć co z niego wyjdzie? Tego nie wie nikt.

To tyle. Widzimy się (mam nadzieję) niedługo.

Więcej rzeczy ode mnie znajdziecie tu:
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

niedziela, 4 czerwca 2017

Suma Kaców: Maj 2017.

(Photo credit: Foter.com)
  Maj to jest taki miesiąc, w którym uświadamiam sobie, że niedługo skończy się semestr i odpalam nową karierę w Football Managerze. Tak było i w tym roku. No i spóźniam się z sumą jak nigdy, bo jestem leniem i w sumie to z czasem też nie jest najlepiej.

KSIĄŻKI

  W maju głównie odświeżałem książki, które kiedyś już czytałem, co ma jakiś tam związek z tym, że wypadało mi to zrobić ze względu na studia, choć też nie do końca... Comiesięczne postanowienie spełnione w stopniu minimalnym, więc bez szału:
Jeśli zimową nocą podróżny Italo Calvino chyba był pierwszy w maju i stwierdzam, że to przepiękna rzecz jest. Na chwilę obecną mój numer jeden z przeczytanych w 2017, 9/10.
Pod Mocnym Aniołem Jerzego Pilcha - powtórka, 7/10.
Dygot Jakuba Małeckiego - kolejna powtórka, 9/10.
Ślady Jakuba Małeckiego - i znów powtórka, znów 9/10 (tu przypominam recenzję - klik).
Walc pożegnalny Milana Kundery - kolejna powtórka, choć ta to taka bardziej sama z siebie, w 100% dla przyjemności i to chyba nadal mój numer jeden ever, 9/10.

  Na półkę wjechało pięć nowych pozycji, pierwsza czwórka po 4,99 z Biedry, ostatnią wygrzebałem za dwa zeta w Kerfurze: Milion małych kawałków Freya, Honor i zbrodnia Podlewskiego, Kacastrofa, czyli cośtamcośtam (nie chce mi się sprawdzać całego tytułu) Crawforda, Biegnij chłopcze, biegnij Orleva i Iwo w krainie gandzi Banasia.

MUZYKA

  Jestem, byłem, będę Smolastego to jest absolutny top maja, zdecydowane najwięcej odtworzeń, przesłuchałem całą EP'kę ponad 100 razy. Z albumów ponadto często latały Vafle ryżowe Adiego Nowaka, Myślisz jeszcze? Kubana, nowa EP'ka Nicka Murphy'ego (wcześniej znanego jako Chet Faker). Odświeżyłem Amebę Gedza, Fantasmagorię duetu PlanBe & Lanek, nadal katowałem Dandys flow Dwóch Sławów i miałem chwilową fazę na Nevermind Nirvany.

  Singlowo, tak jak na samym początku napomknąłem, miesiąc zdecydowanie rozjebał Spinache. Czekam na Egzotykę od Que, a właściwie na to co do niej doda, bo przecież praktycznie wszystkie kawałki z właściwej płyty już wyszły w formie klipów i jaram się w opór. Nic więcej mnie chyba nie rozjebało muzycznie.

FILMY/SERIALE

   Założenie serialowe nie zostało spełnione - jestem w połowie czwartego sezonu Breaking Bad, aleeeeeeeeee filmowo-ilościowo jest rozpierdol jak na mnie.
Strażnicy Galaktyki vol. 2, na którym byłem w kinie. Spotkałem się z masą komentarzy, że dwójka nieco gorsza od jedynki albo na równi. Dla mnie Dwójka > jedynka. Drax jakiś taki bardziej znośny mi się wydawał, historia mi się podobała, humor przepiękny. Ogólnie spoko, polecam, 8/10.
Powidoki - dupa nie została urwana, choć po ocenach wcale wielkich oczekiwań nie miałem. Podobał mi się sam klimat filmu, reszta poprawna, 6/10.
  W maju wpadłem na genialny pomysł - postanowiłem obejrzeć wszystkie trzy części Pitbulla - w sumie nie wiem po co tak naprawdę to zrobiłem, ale zrobiłem.
Pitbull - najgorszy z całej trójki, może przez to, że najstarszy. Gniot straszny. Plus za czerwoną katanę Dorocińskiego (XD), 3/10.
Pitbull. Nowe porządki - jakoś tak lepiej, przyjemniej, ciekawiej, choć momentami ciarki żenady czułem na plecach, 4/10.
Pitbull. Niebezpieczne kobiety - jak wyżej, choć pod względem samej historii to chyba najlepsza część, 4/10.

INTERNETY

  Nic nie napisałem, nic nie przeczytałem. Krzyż na barki i spierdalam.

SUMA SUMY

  No maj nie rozjebał raczej, ale to taki miesiąc, co nie rozpierdala. Wierzę, że w czerwcu będzie lepiej, choć z czasem będzie gorzej - jakikolwiek sens ma to zdanie.

PLANY NA CZERWIEC

1. Klasycznie minimum 5 książek (pierwszą już kończę).
2. Klasycznie minimum 3 filmy (w miarę możliwości coś w kinie zobaczyć).
3. Dojść do piątego sezonu BB (bo mi się nie śpieszy z oglądaniem).
4. Napisać wreszcie coś więcej niż podsumowanie miesiąca.

  NARA.

  Wincy mnie jest tam niżej.
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

niedziela, 23 kwietnia 2017

Książki na Kacu: Całe życie.

  A może by tak rzucić to wszystko, przestać pisać (O JAK JA DUŻO PISZĘ!) i wyjechać wiadomo gdzie? Przemyślę, najpierw muzyka (klik).
  Pomysłów na początek mam milion, ale - jak zwykle - nie wiem od czego tak naprawdę powinienem zacząć. Od bycia ignorantem i tego, że nigdy nie słyszałem o autorze Całego życia jak i o samej książce, mimo że to ponoć hicior i zgarnia nagrody? A mógłbym. I tak było - nie słyszałem, nie widziałem. Teraz się to zmieniło, bo trafiła się okazja, by przeczytać wspomnianą pozycję miesiąc przed premierą.

  Dobra, początek mam za sobą. Całe życie zawiera w sobie głównie historię życia Andreasa Eggera, który razem z Czytelnikiem przechodzi przez lata swojego dzieciństwa, młodości, prac, urazów, miłości, wojny, zmian, samotności, starości. Bohatera można nazwać pustelnikiem - mieszka na uboczu, ze wszystkim radzi sobie praktycznie sam, żyje w zgodzie z naturą i świetnie zna okolice. To ostatnie pomaga mu w pracy w firmie zajmującej się budowaniem kolejek linowych, dzięki którym spokojna, górska osada z biegiem czasu zmienia się w alpejski kurort. Na tej urbanizacji, która nieco kłóci się z przekonaniami Eggera, bohater z jednej strony tak naprawdę korzysta, a z drugiej wiele traci.

  Powieść Roberta Seethalera jest mocno minimalistyczna. Autor stara się oszczędzać słowa, nie rzuca zbędnymi opisami, choć nie wszystko wystawia przed czytelnikiem na tacy. Austriak zdaje się przekazywać Czytelnikowi, że on się nie rozpisze, a Czytający ma sam sobie sporo dopowiedzieć i wyobrazić. Nie tylko w kwestii krajobrazów, ale również w budowie Eggera, bo po słowach Seethalera głównego bohatera nie da się od razu pokochać. Do Andreasa trzeba dorzucić coś od siebie, by go uczłowieczyć. Sam z siebie wydaje się nieczułym gburem, a wystarczy kilka worków z trocinami nasączonych naftą, by jego postać stała się cichym i nieśmiałym gościem o romantycznym wnętrzu.

  Choć książka ta nie rozpierdala, to nie da się jej niczego złego zarzucić. Całość jest przyjemna i bardzo poprawna. Całe życie można porównać do leniwego, słonecznego dnia na górskiej, cichej polanie. Jak nie masz, Czytelniku, możliwości pierdolnąć wszystkim i wyjechać w Bieszczady, to sięgnij po książkę Seethalera - to będzie dobry zamiennik. Ocena:
(źródło zdjęcia oryginalnego: nexusmods.com)
  A w ramach potwierdzenia, że to dobra rzecz jest dorzucam cytacik do przeanalizowania w głowie:

- O, nie - odparł Egger i wstał. - Każdy kuśtyka na własny rachunek!

  No i dziękuję Wydawnictwu Otwartemu za egzemplarz recenzencki. I wpadnijcie do Hani (klik), by porównać sobie nasze odczucia co do Całego życia.

  A tu macie moje social media:
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

wtorek, 18 kwietnia 2017

Szlachetnie skacowani: Submarino.

  Dzień dobry, czas na pozorne nowości. Muzyka (klik).
  Nie ukrywam swojej słabości do kupowania i czytania tanich książek, książek do dychy. Czasem książki do dychy okazują się również książkami do dupy. Czasem się jednak trafi taka perła, że klękajcie narody. I dziw bierze, że ta książkowa perła jest w cenie czterech butelek Perły Export... I siedzi po niej człowiek tak szlachetnie skacowany książkowym kacem. Tak, to będzie dobry początek dla nowej książkowej serii (klasycznie - bardzo nieregularnej), bo wierzę, że ten jeden post z typem, którego zwą Metalem Szlachetnym D., zmieni się w serię, a może i coś większego. Coby nas odróżnić - ja klasycznie czarny, mój gość jeszcze bardziej czarny, w sensie czarny pogrubiony.

  Ta. Jak masz, dajmy na to (ach zapomniałem, „Dzieńdobry”, tak mie nazywajo, jak Kac napisał – prawda szczera) ze dwie stówki na wydanie na jakieś swoje rzecza – piwko, papieroski i pochodne (skarpetki?). No. To u mnie priorytety, niestety, to 1)ksiunżki, 1)muzyka, 2)cała reszta (nie, nie jebłem się, mają być dwa numery jeden, bo nie kupuję naraz książki
i płyty, bo bym bez jednego drugiego nie mógł; no bądźmy odpowiedzialni za swoje słowa, przeeż to kurna poważny blog jies nie?).

  Na pierwszy ogień niech pójdzie Submarino Jonasa T. Bengtssona. Książka dorwana za dychę w Matrasie, która przyciąga okładką - jak i cała seria Prozy świata Wydawnictwa Czarnego. Submarino opowiada historię dwójki braci - Nick dopiero co wyszedł z więzienia, żyje w mieszkaniu socjalnym, wspomina Anę, jego byłą dziewczynę; jego brat samotnie wychowuje kilkuletniego syna, Martina, traci kolejne prace, więc postanawia zostać dilerem, a w jego części pojawiają się liczne retrospekcje.

  Submarino mi Kacunio polecił. Wziąłem kupiłem (tysz za dyszkie). Przeczytałem. Dawej Kac fabułę, bo ja tego nigdy nie.

  Bracia, a właściwie bracia przyrodni, wychowują się w domu dziecka. Zostali zaadoptowani przez jedną kobietę, która miała stworzyć im wymarzony dom, a okazała się alkoholiczką - by zaspokoić nałóg wyprzedaje meble, puszcza się za pieniądze, a wkrótce zachodzi w ciążę. Opieka nad dzieckiem spada na braci, którym ciężko było we dwójkę, a co dopiero, gdy na świecie pojawia się kolejna gęba do wyżywienia. Chłopcy kradną, wpadają w nałogi i konflikty z prawem. Po latach sytuacja niewiele się zmienia: Nick uzależnia się od alkoholu, często leje w mordę (nie tylko swoją, ale i cudze), jego dziewczyna - chorwacka imigrantka - zostawia go, a on trafia do więzienia; jego brat staje się heroinistą, wiąże się z narkomanką, której robi dzieciaka, a para postanawia dla dobra dziecka zerwać z nałogiem. Jego partnerka zostaje jednak potrącona przez samochód i umiera. Mężczyzna sam musi wychować syna i zająć się domem. Nie jest to łatwe, bo narkotyczny nałóg powraca i z każdej kolejnej pracy zostaje zwolniony. Za pieniądze z domu, który dostał w spadku po matce kupuje heroinę, którą zamierza handlować.

  Dobra, tera bez żartów. O ksiunżkach poważnie. Autor podjął bardzo trudną grę z czytelnikiem – daje swoim bohaterom pełnię głosu. Narracja pierwszoosobowa jest poprowadzona konsekwentnie i unika (co rzadko spotykane) denerwującej, patetycznej maniery. Język jest prosty. Tylko momentami przybiera na naturalizmie, na dotykalnej plastyczności. Czytacz(ka) dostaje dużo miejsca, które wypełnić ma jego wyobraźnia i zaskakujące, że z taką łatwością podążałem za słowami bohaterów, dodając od siebie jeszcze więcej brudu, narkomańsko chudych ludzi, lubieżnych spojrzeń. Nick i jego bezimienny brat mówią i myślą inaczej, a przez to zdradzają to, czego sami nie chcą przyznać. Nick mówi oszczędnymi, krótkimi zdaniami (jeśli pomyślałe(a)ś o Drodze McCarthy’ego – brawo, dobry trop), koncentruje się na czynnościach, bo pozostając w ruchu (i w rauszu) ucieka od…(zabrzmi to źle) od życia. Życia alkoholika uzależnionego od przemocy, od Any. To, co dręczy bohatera, jest cały czas wokół niego, oblepia go i ograniczając możliwość ruchu, przyczynia się do podejmowanych przez Nicka fatalnych decyzji. Podobnie z resztą postępuje jego brat – zdefiniowany tylko przez heroinę i przez synka Martina, któremu tak obsesyjnie chce zapewnić dzieciństwo inne, niż swoje. Jednak jego język pełen jest przeszłości, czasu, kiedy po lepsze życie wystarczyło zaledwie sięgnąć (lub nie sięgnąć po heroinę). Współczułem mu, ale też wiedziałem, że tego człowieka nie ma tu i teraz – tu i teraz jest ćpun, któremu wydaje się, że wszystko będzie dobrze. Jakby głęboki oddech pod wodą miał pozwolić żyć…

  Bengtsson świetnie snuje historie braci umieszczając je w brudnych duńskich uliczkach, gdzie roi się od bezdomnych, porozbijanych butelek i zużytych strzykawek. Czytelnik nie ma większych problemów z tym, by wyobrazić sobie miejsca po źle wkłutych igłach heroinistów, obecny wszędzie syf i ubóstwo. Postacie Nicka, jego brata, a także poboczne, jak Ivana, czy Martina, są genialnie opisane. Przez narrację pierwszoosobową nie ma trudności z tym, by Czytelnik odnalazł się w skórze głównych bohaterów, przez to też łatwiej wyobrazić sobie życiowe trudności, przed którymi wyżej wymienieni stawali.

  Nie mógłbym napisać tego tekstu z nikim innym – bo i po lekturze towarzyszyło mi odczucie kaca (hyhy). Mógłbym pisać o determinizmie, wzdychać do umiejętności pisarza, czy narzekać na momenty, gdzie narracja zdaje się zaciemniać (zwłaszcza w segmencie Ivan), a gdzie nie mam pewności czy tak miało być… Ale i tak, nie zmieni to faktu, że Submarino to porządna książka realistyczna, która umoczy czytelnika
w gównie. A ten jej jeszcze za to podziękuje. I to jest coś.

  Submarino to powieść, w której łatwo się zatopić i cierpieć razem z nią, z jej bohaterami. Całość, mimo tego że niezbyt przyjazna, pochłania się jednym tchem. Bengtsson to kolejne z moich do-dychowych odkryć i naprawdę chcę czytać tego gościa więcej, bo jedna powieść to zdecydowanie za mało. Zwłaszcza, że jest tak dobra. Tak dobra, a jednocześnie tak zła i nieprzyjemna. Ocena:
(źródło zdjęcia oryginalnego: nexusmods.com)
  Trza zapolować na Baśń, co Kac? A! Jest jeszcze film, zrobiony całkiem w porządku. Możecie zerknąć, ale ale! Książka koniecznie wcześniej! A teraz czas na słowa co drugiego blogjera książkowego: dobrzesięczytao. A teraz słowa moje: STAY METAL!

  Aha, moja ocena:
(źródło: http://www.adl-dl.pl/)
  No i ten, stej tjund, widzimy się następnym razem, nara.

  Wbijcie jeszcze na social media: 
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

niedziela, 12 marca 2017

Książki do d...: Siedem dobrych lat.

Dzień dobry. Nazywam się Kac Killer i jestem strasznym leniem. A to jest nowa recenzja-kacenzja, którą przemyślałem w łóżku (do czego odnosi się ten tłit - klik). Muzyka (też klik).
(Kac photography & graphic design XD)
O Etgarze Kerecie mówi się, że to jeden z najbardziej znanych - a może i najbardziej znany - pisarzy izraelskich, a właściwie polsko-izraelskich, bo to syn Polki i Izraelczyka, którzy przeżyli II WŚ. Nazywany jest mistrzem krótkiej formy. Serio. Gdzie się nie spojrzy, tam przy nazwisku Kereta stoi "mistrz krótkiej formy" - w książkach, na wikipedii, w biogramach, wszędzie! I niezaprzeczalnie jest to prawdą - potwierdzają to wszystkie jego trzy książki, które do tej pory przeczytałem - Rury, Nagle pukanie do drzwi i najnowszy zbiór zatytułowany Siedem dobrych lat. Styl Kereta można scharakteryzować jaki minimalistyczny, ale bardzo konkretny. Mam wrażenie, że to mimo wszystko pisarz w Polsce nie do końca doceniony i często przemilczany, a najwięcej w mediach mówiło się o nim w kontekście jego polskiego domu - instalacji artystycznej autorstwa Jakuba Szczęsnego (więcej o Domu Kereta tutaj - klik). 

Siedem dobrych lat to trzydzieści sześć krótkich tekstów, których jednoznacznie nazwać nie można. Bo - łopatologicznie parafrazując i mocno upraszczając słowa autora z jednego z ostatnich fragmentów zbioru - z artystą nigdy nie ma pewności, bo wszystko może opowiedzieć zupełnie inaczej. Siedem dobrych lat to międzygatunkowy twór, połączenie opowiadań, felietonów i pamiętnika, w których Keret napisał - no zaskakujące - historie, które wydarzyły się na przestrzeni siedmiu lat w jego życiu. W zbiorze przeplatają się opowieści o jego relacjach z żoną i kilkuletnim synem, chorym ojcu, trudnej przeszłości rodziców autora, spotkaniach z różnymi, często przypadkowymi osobami i strachu o to, czy pisarz i jego rodzina dożyją dnia jutrzejszego - proza życia.

Wszystkim tym zdarzeniom towarzyszy charakterystyczny styl Etgara Kereta, który mimo sytuacji często nieprzyjemnych, podbramkowych, czy nawet tragicznych, zawsze pozostaje jakby luźny, prześmiewczy, ironiczny. Autor świetnie potrafi oddawać emocje, a zbiorowi towarzyszy częsta zmienność nastrojów, taki trochę emocjonalny rozstrzał. Czytelnik może poczuć się tak, jakby siedział na mocno rozbujanej huśtawce, gdzie przeciwległe punkty jej maksymalnego odchylenia odpowiadałyby skrajnym emocjom - radości i smutkowi. Bo tak właśnie pisze Keret, że raz trudno powstrzymać się od śmiechu, a zaraz łzy same cisną się do oczu.

Rury i Nagle pukanie do drzwi nie wzbudzają w czytającym aż takich emocji jak Siedem dobrych lat. Przyczyną może być to, że w tym zbiorze, który wymieniłem jako ostatni, pierwszoplanowe role odgrywa sam Etgar Keret i najbliższe mu osoby - syn, żona, ojciec, matka, rodzeństwo, przyjaciele - ludzie, którzy naprawdę istnieją. I mimo że nie ma pewności co jest prawdą, a co fikcją literacką, to emocje autora i bohaterów z łatwością udzielają się czytającym. Brawo Panie Keret - robota odjebana świetnie, życzę jeszcze większego fejmu i czekam na kolejne książki. Ocena:
(źródło zdjęcia oryginalnego: nexusmods.com)
Na koniec jedno wyjaśnienie. Czemu ta pozycja znalazła się w Książkach do d... skoro wszędzie w internecie jest blisko ceny okładkowej? Proste - bo udało mi się dorwać stacjonarnie pierwsze wydanie za małe pieniądze.

Cze.
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

poniedziałek, 9 stycznia 2017

Książki na Kacu: Opowieść o rzeczywistym człowieku.

  Leci dziewiąty dzień nowego roku, a ja złamałem dopiero jedno z moich pseudopostanowień na 2017. Jest nieźle. Muzyka (klik).
(Kac fotopstryking)
  W podsumowaniu grudnia napisałem, że w styczniu ukaże się jedna recenzje, więc słowa dotrzymuję i lecimy z pierwszym książkowym postem w nowym roku. Na pierwszy ogień pójdzie książka, którą zamykałem 2016, czyli Opowieść o rzeczywistym człowieku Vilikovskiego.

  Bohaterem Opowieści... jest najzwyklejszy czterdziestolatek - mąż, ojciec, pracownik, socjalista, człowiek naiwny. Na swoje czterdzieste urodziny od syna - Zdena - dostaje dziennik, a od żony - Edity - pióro. Postanawia prowadzić zapiski ze swojego życia, które w przyszłości, być może, przeczyta jego jedyny potomek. Początkowo nie pisze o niczym konkretnym - o pracy, awansie, o planowanym zakupie samochodu, który próbuje wymusić na nim żona, a ułatwić ma mu to szef. Proza życia codziennego. Słowem - nuda. Wszystko zmienia się po firmowym oblewaniu czterdziestki bohatera Opowieści..., podczas której to między solenizantem, a tajemniczą V. dochodzi do, wydawałoby się, niewinnego zbliżenia.

  Forma książki - dziennik - to dla mnie coś, za czym średnio przepadam. Vilikovsky napisał Opowieść o rzeczywistym człowieku tak dobrze, że sposób, w jaki pozycja ta została napisana, kompletnie mi nie przeszkadzał. Dużą zaletą tej formy jest to, że bohaterów poznajemy dużo lepiej, niż w przypadku powieści, bo zagłębiając się w cudzy diariusz naruszamy prywatność danego człowieka. W tym przypadku człowieka rzeczywistego. Człowieka, który niewątpliwie czuje ból, do czego odnosi się cytat Gombrowicza zamieszczony zaraz za stroną tytułową, niejako kluczowy dla całej Opowieści. Bo bohater - jak już wspomniałem - jest osobą naiwną, która niekiedy ponosi konsekwencje swojego zbyt frajerskiego zachowania. Snuje on marzenia, których spełnienie graniczy z cudem, choć wydają mu się one rzeczywiste. No bo skoro kobieta, z którą w tajemnicy się spotyka, wydaje się być chętna na pogłębianie znajomości, to czemu coś miałoby nie wyjść? No bo skoro szef obiecał, że pomoże załatwić samochód, to czemu miałby tego samochodu nie zdobyć? No wszystko wydaje się takie proste. A, niestety, nie jest. Bo bohater Opowieści... to człowiek trochę zniewolony, trybik w socjalistycznej maszynie zamknięty w biurze, a po godzinach pracy w przydzielonym przez pracodawcę mieszkaniu z synem-buntownikiem i żoną, z którą wszystkie zbliżenia odbywają się mechanicznie i według ustalonego harmonogramu. Pozornym urozmaiceniem i poczuciem wolności mogą być dla czterdziestolatka wyjścia ze znajomymi z pracy. Klatka. Zamknięta na kluczyk. A kluczyk gdzieś zaginął.

  Pierwsze spotkanie z Opowieścią o rzeczywistym człowieku, pierwsze przeczytane słowa, to było dla mnie wkurwienie. No bo jak w książce po korekcie może znaleźć się data "20 styczeń"? No jak? I każda inna jest w takiej samej formie. Dalej trafiamy na "se" zamiast "sobie", "tą" zamiast "tę" i kilka innych błędów. Od pierwszej strony widać, że był to zabieg, który ukazuje prosty, trochę chłopski, język autora dziennika. Mnie to trochę razi, bo jestem wyczulony na takie błędy i w internecie od lat Grammar nazi reprezentant (któremu również zdarza się błędy popełniać), ale starałem się w Opowieści... na te "błędy" przymykać oko, bo jednak one oddają prawdziwość bohatera, czterdziestolatka, zwykłego, rzeczywistego człowieka.

  Opowieść o rzeczywistym człowieku ma swoje plusy, ma też nieliczne minusy. Książką wybitną nazwać jej nie można. Pozycją, którą czyta się przyjemnie - jak najbardziej. To taka książka, z którą można zakopać się w łóżku w zimowy wieczór i w ten jeden wieczór ją pochłonąć w całości i na raz, z przerwami na parzenie kolejnych herbat. Zdecydowanie uważam ją za przyjemny akcent na zakończenie minionego roku i wielki plus mojego braku pohamowania w czarny piątek (kiedy to zamówiłem cztery książki z Książkowych Klimatów). Ocena:
(źródło zdjęcia oryginalnego: nexusmods.com)
  No, i tyle. Nara.

  Więcej Kacowych rzeczy:
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

piątek, 11 listopada 2016

Rap na Kacu: AŁA.

  Rzecz, na którą czekałem długo długo długo, bo od premiery ostatniej płyty Mesa, nadejszła. Dokładnie czwartego listopada. Znaczy do mnie drugiego, bo wiadomo, że jak się zamawia płytki w przedsprzedaży, to czasem trafiają do zamawiających wcześniej. I do mnie tak właśnie trafiła. No to wiadomo o czym dziś będzie, to muzyka (klik)!
(na zdjęciu, które sam se zrobiłem, jest AŁA. w wersji limited, więc okładka nieco różni się od płyt, które można dostać w sklepach)
  Ten Typ Mes - raper, producent, dj, felietonista, wydawca. Człowiek, z którego dokonań artystycznych można by pisać prace naukowe [( ͡° ͜ʖ ͡°)]. Postać nietuzinkowa, swojego rodzaju fenomen na polskiej scenie hip-hopowej, a i muzycznej. AŁA. Dziesiąty album Mesa. Piąty solowy (no bo tego z Lepszymi Żbikami ponoć nie powinno się uznawać za album solowy). Niepierwszy, który okazuje się muzycznym eksperymentem. No ale czego można było spodziewać się po człowieku, po którym należy spodziewać się niespodziewanego? No właśnie TEGO.

  Bardzo eklektycznego brzmieniowo materiału, na którym nie ma dwóch takich samych bitów. Produkcje to przemieszanie stylówek i gatunków. Bo mamy mocno klubowy i jeszcze mocniej zróżnicowany Unisex, który buja banią, wprowadza stopę w tryb tupanka, a wcześniej... Zdecydowanie bardziej minimalistyczne, balladowe Jak nikt, w którym połączenie basu i kilku klawiszy wycisza i też buja, ale znacznie wolniej i na boki, a nie jak poprzednik - w opcji przód-tył. Co jeszcze można odnaleźć w tym miszmaszu? Trapy, cloudy jazzy. Najbardziej hip-hopowym bitem, na tym bardzo niehip-hopowym albumie jest chyba ten z Czy ty to ty? i bonusowego Wiedzą. Muzycznie najbardziej do gustu przypadł mi numer W sumie nie różnią się, gdzie dźwięki syntezatorów kojarzą mi się z jakimiś oldskulowymi, rozpikselowanymi grami komputerowymi.

  Mesowi udała się jedna rzecz, o którą w takim muzycznym rozpierdolu byłoby bardzo trudno. Chodzi o spójność. Bo AŁA., mimo tych bitów, w których nie sposób odnaleźć jakiekolwiek podobieństwo (oprócz syntezatorów), jest albumem naprawdę spójnym. Padały słowa, że dziesiąty album Mesa to zbiór singli, zbiór numerów, które można niezależnie zapętlać, zbiór oddzielnych utworów, taka składanka trochę. Coś w tym jest, bo każdy zasługuje na oddzielną uwagę, każdy na tym samym poziomie. Jednak całościowość i słuchanie AŁA. od deski do deski (patrząc na twarde okładki, to ma to sens!) oddaje, moim zdaniem, jej prawdziwe oblicze - płyty osobistej, życiowej i nieco gorzkiej.

  Przyznam, że Mes ma nosa do singlowej selekcji, czego ostatnio brakuje większości jego kolegów z rapowej branży. Nie wiem czemu, ale większość hip-hopowców jako przedpremierowe single puszcze najlepsze kawałki z danego albumu. A to nie powinno tak działać. Singlami powinny być te numery, które są dobre, która potrafią zaciekawić, zaskoczyć, ale nie będą najlepsze na całej płycie. I tak właśnie robi Mes. Bo Nieiskotne, Czy ty to ty?, Wiedzą, czy Jak nikt to numery dobre, ale są na AŁA. lepsze. Najmocniejszy dłuższy moment tej płyty wchodzi razem ze wspominanym już W sumie nie różnią się. Po nim mamy Świeżaka z gościnną zwrotką RAUa, Jeden mail ze świetnym refrenem i mega klimatyczny, samochodowy Ride. To taka czwórka moich głównych faworytów, choć nie uświadczyłem na tym krążku kawałka, który miałbym ochotę przeskipować. Bo każdy jest świetny.

  Kolejny plus dla Typa za dobór gości. Dawid Podsiadło - bardzo przyjemny refren w numerze otwierającym całą płytę. VNM - jego akurat wybrała większość, z którą ja się nie zgadzam, bo głosowałem na wersy Rasa, ale jest bardzo spoko. Ifi Ude - miłość za chórki i ten refren. RAU - moim zdaniem to największy kot z tego jeszcze stosunkowo świeżego narybku w Alko i jeszcze mnie nie zawiódł. Iza Lach - idealne dopełnienie w Nieiskotne. Panie Kinga Miśkiewicz i Monika Borzym - potwierdzenie, że kilka podśpiewanych słów robi robotę i nikt nie powie, że jest inaczej. Instrumentaliści - świetne podkręcenie podkładów. Producenci - rozpierdol, ale o tym już pisałem.

  Mam tak, że każda kolejna solówka Mesa podoba mi się bardziej od poprzedniczki. No każda. Ale teraz to już przesadził. Otworzyłbym okno i przez megafon krzyknął, że AŁA. to najlepsza płyta Tego Typa Mesa - muzycznie, lirycznie, wokalnie; w każdym możliwym aspekcie (ale nie mam megafonu). To samo myślałem wcześniej o TBZD, to samo myślałem o Kandydatach na szaleńców i Zamachu na przeciętność. Ale to, co stało się na AŁA. pokazuje, że nie warto daleko wybiegać w przyszłość i poprawię się trochę. AŁA. to, na chwilę obecną, najlepsza płyta Tego Typa Mesa. Dlatego też dyszki nie dostanie, bo wierzę, że w przyszłości czeka mnie coś lepszego. Ocena:
(źródło zdjęcia oryginalnego: nexusmods.com)
  I jeszcze jedno. Panie Mes, dobrze, że nie został pan dresiarzem.

  A ja to jakoś tak czuję, że wypadłem trochę z rytmu pisania o muzyce. Trzeba to chyba nadrobić i poprawić.

  Jeszcze jedno! Ostatnio na blogu Kai, którą już powinniście dobrze znać, pojawił się post, w którym pojawiam się razem z kilkorgiem blogerów bardziej znanych ode mnie. Polecam zajrzeć na Do kawy blog (klik), bo całkiem ciekawy i nieźle napisany tekst z tego wyszedł.

  Więcej Kac-kontentu:
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

wtorek, 11 października 2016

Książki na Kacu: Ślady.

   Jesień niewątpliwie stwarza genialny klimat do czytania książek, a zwłaszcza, gdy doprawimy ją sobie dobrą, typowo jesienną muzyką. Na przykład taką (klik).
(fot. Kac fotomejka')
   Zacznę dziś mocno osobiście i sentymentalnie. Na swoim blogu wspominałem już nie raz, że do pewnego czasu nie czerpałem zbyt dużej przyjemności z książek, czytałem znacznie mniej niż teraz i raczej rzadko. Wszystko zmieniło się mniej więcej rok temu - w październiku 2015. Postanowiłem sobie, że spróbuję czytać minimum jedną książkę na tydzień. Spróbowałem i teraz tego nie żałuję. Pewnie sobie pomyślisz, że pierdolę od rzeczy, bo co to ma do kolejnej mojej recenzji, nie? A ma, nawet bardzo dużo. Jednym z autorów, którzy zmienili moje podejście do książek był właśnie Jakub Małecki, którego Dżozef był jedną z pierwszych książek w moim małym postanowieniu czytania jednej książki na tydzień. Teraz historia zatoczyła koło, bo październik 2016 otworzyłem Śladami - najnowszą książką wspomnianego już autora, Jakuba Małeckiego.

   Wbrew temu, po czym mi dał się poznać Małecki, Ślady to zbiór opowiadań, a ja jestem bardziej przyzwyczajony do niego w znacznie dłuższych formach - powieściach. Na kartach tego zbioru poznajemy historie przeróżnych ludzi, którzy pozornie wydają się nie mieć ze sobą kompletnie nic wspólnego, no ale pozory, jak to pozory - mylą i to bardzo. Życia bohaterów wszystkich opowiadań zawartych w Śladach przeplatają się - cytując fragment opisu, który znalazł się na rewersie okładki: Tadeusz Markiewicz ginie na wojnie, ale nie umiera cały. Pada na ziemię z rozerwaną głową, aby od tej pory trwać w życiach innych. Jego daleka krewna, Bożena Czerska, zostaje po wojnie światowej sławy modelką i uciekając przed samą sobą, odciska ślad na każdym, kogo spotka. Jej ojciec, Ludwik, każdego dnia budzi się, nie wiedząc kim jest, a jednak próbuje być kimś. Kolejne życiorysy przeplatają się coraz gęściej, tworząc niepokojącą mozaikę radości, tęsknoty i strachu. Jeśli wydaje Ci się to pokręcone, to cóż, masz rację - jest pokręcone, ale kurwa, kto spodziewał się po Małeckim miałkich historyjek, które bez problemu zrozumie każdy średnio rozgarnięty pierwszoklasista składający litery w pełne słowa, potrafiący wybadać z nich właściwy kontekst. Każde z opowiadań ma jednego głównego bohatera i kilku pobocznych. Nieprzypadkowo tak ciągnę o tych bohaterach - oni są tu kluczowi, bo każdy z nich zostawia po sobie jakiś ślad, a sam autor ukazuje w nich swój kunszt. Dajcie mi innego pisarza, który w kilkunastostronicowym opowiadaniu potrafi tak skleić i przedstawić bohatera, że wydaje się on prawdziwy do tego stopnia, że widzimy go przed swoimi oczami. Umie tak któryś? No to niech rękę podniesie i udowodni, bo ja nie uwierzę.

   Opowiadania to jednak nie tylko bohaterowie. To również akcja, miejsca, historie. Ja nie wiem jak to możliwe, ale Małecki pisze tak prawdziwie, że ja się często czuję jakbym sam znalazł się gdzieś obok bohaterów albo przeżywał te historie razem z nimi. Powtórzę to jeszcze raz i będę to powtarzał tyle razy ile będzie trzeba - ten gość jest niesamowity. Nie wiem, może to przez to, że przeczytałem jeszcze w życiu za mało, ale nie spotkałem się dotychczas z książką, która powodowałaby we mnie tak duże emocje. Ze Śladami czytelnik się zżywa, bo inaczej nazwać się tego nie da. Albo da. W Ślady się wchodzi w nich się zanurza. W całości. Ginie w ich odmętach. Tonie. Ale tak tonąć, to ja bym mógł codziennie.

   Na osobny akapit zasługuje samo wydanie. Okładka jest jedną z najlepszych jakie zagościły na mojej półce i chętnie zamieściłbym na swojej ścianie oprawiony plakat przedstawiający okładkową twarz, tylko znacznie powiększony. SQN - pomyślcie o tym, bo pewnie znalazłoby się więcej osób chętnych na taką rzecz! Pomysł na mapy pokazujące miejsce akcji - strzał w dziesiątkę, choć z czytelnością niektórych miałem lekkie problemy. Autentycznie - jedna z najlepiej wydanych książek, jakie w życiu widziałem.

   Autor - jak wydawca informuje na okładce - głośnego Dygotu nie należy do tych prostych w odbiorze. Ślady i ich poprzednik nie są książkami, które po przeczytaniu postawisz na półce i o nich zapomnisz. To takie pozycje, które wwiercają się w głowę, wchodzą głęboko między zwoje mózgowe i tam zapadają w półsen - zostają w pamięci na zawsze. Nie dziwi mnie wcale wspominanie o Dygocie przy okazji wszelkich wypowiedzi na temat Śladów, bo to książki niejako podobne. Spotkałem się z opiniami, że najnowsza książka Małeckiego może być uważana za swego rodzaju kontynuację ostatniej jego powieści. Czytałem nawet słowa, że Ślady to kilkanaście mniejszych Dygotów. Nie da się nie zgodzić z tymi opiniami, bo są bardzo trafione. Ale po co zamykać się tylko na takie skojarzenia? Przecież w Śladach można odnaleźć również punkty wspólne z innymi powieściami Małeckiego - z Odwrotniakiem i Dżozefem, o których praktycznie wszyscy nie tyle zapominają, co nigdy o nich nie słyszeli. Trochę to smutne.

   Ślady są idealnym przykładem na to, że Małecki potrafi zachwycać i robi to, no bo czemu miałby tego nie robić, skoro potrafi? Ten gość na stałe zasiadł między czołówką najlepszych polskich pisarzy młodego pokolenia i jeśli będzie nadal trzymał taki poziom, to może być pewny, że za jakiś czas będzie polskim numerem jeden. Bo moim prywatnym, to chyba już jest. Ocena:
(źródło zdjęcia oryginalnego: nexusmods.com)
   Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu SQN, a Ty czytaczu idź do sklepu i to kup. Albo zamów sobie przez internet. I delektuj się jak najlepszymi świeżymi pierogami prosto z gara w domu babci. Albo czymś innym co lubisz jeść.

  Więcej Kaca:
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0