środa, 27 lipca 2016

Książki na Kacu: Instytut.


  Trochu u mnie grzmi, ale piszę. Najwyżej znów mi wyjebie prąd i spali listwę zasilającą. Nowy Taco (klik).
(foto moje, okładka: swiatksiazki.pl)
  Są książki złe i dobre. Te złe dzieli się na trochę złe, złe, bardzo złe i chujowe. Dobre z kolei dzielimy na całkiem dobre, dobre, bardzo dobrze i genialne, rozpierdalatory, które nie mogą wyjść z głowy przez jakiś czas. Miałem tak po przeczytaniu (między innymi) Walca pożegnalnego Kundery, Norwegian wood Murakamiego, czy Odwrotniaka Małeckiego (tu se recenzowałem nawet, o). I chciałbym tak mieć po każdej książce, ale nieczęsto na taką trafiam. Niestety.

   O czym jest Instytut Jakuba Żulczyka? O kobiecie, o jej znajomych, o jej dziecku, o jej związkach, o jej mieszkaniu, o jej życiu. Tą kobietą jest Agnieszka, lat coś ponad trzydzieści, przeniosła się z Warszawy do Krakowa, do mieszkania po babci, do tytułowego Instytutu. Czemu Instytut? Bo tak było zanim się wprowadziła, to zostawiła, proste. Agnieszka przeniosła się do Krakowa, bo zostawiła ojca Eli (tak o nim mówi), jej córki, swojego męża (pod koniec książki pierwszy raz pada jego imię!), bo złożyło się na to kilka rzeczy (między innymi miłość ojca Eli do alkoholu). Dobre. Agnieszka w Krakowie trafia do baru, w którym poznaje swoich późniejszych współlokatorów (mam nadzieję, że imion nie popierdolę - Igę, Weronikę, Sebastiana i Jacka zwanego Cyganem. Tfu, kurwa, Rumunem!). Pewnego pięknego dnia (albo i nie pięknego) lokatorzy Instytutu zostają w nim zamknięci. Znaczy drzwi są otwarte, ale nie działa winda, schodów nie ma, a mieszkają na, bodajże, czwartym piętrze kamienicy. Trochę przejebana sprawa, zwłaszcza jak się okazuje, że ktoś wypisuje Ci na drzwiach, że masz wypierdalać z nieswojego mieszkania.

   Na początku Instytut przypominał mi Dżozefa Jakuba Małeckiego. Jest jakaś teraźniejszość i jest też odbieganie myślami w przeszłość jednego z bohaterów, tym razem głównej bohaterki - Agnieszki. Różnica jest taka, że w dżozefowej sali szpitalnej zamkniętych było mniej ludzi i kurczyły się ściany. W Instytucie miejsca jest jakby więcej, a z czasem robi się jeszcze luźniej, bo... A, sięgniecie to się przekonacie dlaczego.

   Żulczyk świetnie kreuje swoich bohaterów i świat. "Siedząc w głowie" Agnieszki poznajemy wszystkie osoby razem z ich historiami i nie dziwi to, że na końcu najlepiej znamy właśnie Agnieszkę. Każdy mieszkaniec Instytutu jest inny, to zbiór różnych osobowości, przeżyć, charakterów, pomysłów na życie, doświadczeń, a mimo wszystko mają ze sobą więcej wspólnego niż miejsce aktualnego zamieszkania. A jest to miejsce z historią i z duszą! Z opisów wynika, że mocno specyficznie zaaranżowane przez lokatorów, ale na pewno nie straciło przez to swojego charakteru.

   Na początku rozpisałem podział książek. Do którego z otwartych worów wrzuciłbym Instytut? Zdecydowanie ostatnie rozpierdalatory i nie wrzucił, a powoli i delikatnie położył między innymi książkami, o których wspomniałem. Żulczyk pokazuje w Instytucie swój kunszt w tworzeniu historii, postaci, miejsc. Mieszkanie zwane Instytutem jest jednym z książkowych miejsc, w których chciałbym się znaleźć. Może nie w chwili, gdy zostało zamknięte, ale chciałbym przeżyć jedną z domówek u Agnieszki i całej zgrai, która tam urzędowała. Jestem pewien, że byłoby to wręcz zajebiste przeżycie. Stawiałbym je pewnie na równi z tym przeżyciem, którego doświadczyłem czytając Instytut. Po Radio Armageddon wyczułem, że czytanie książek Żulczyka należy sobie dawkować. Przez masę emocji, które kryją jego Dzieła (specjalnie napisałem to przez wielkie D) uważam, że nie są pozycje, które powinno się wciągać jedno po drugim. Z bohaterami książek Żulczyka nie da się tak po prostu rozstać, a na pewno nie byłoby za bardzo możliwości zastąpić ich tymi z kolejnych powieści - to byłoby bez sensu. Poza tym nie jestem pewien, czy byłoby to możliwe. Ci ludzie zostają w głowie głównie przez zdarzenia, które przeżywamy razem z nimi. Momentami czułem się jakbym autentycznie był w centrum wydarzeń, bo wszystko jest tak świetnie przedstawione, że wyobrażenie sobie tego wszystkiego to za mało. W tę książkę się wchodzi i trudno z niej wyjść. Świadczy o tym to, że po ostatnich słowach przez kilkanaście minut siedziałem na łóżku i zastanawiałem się nad tym, co właśnie się stało.

   A stało się to, że skończyłem wtedy czytać jedną z najlepszych książek, jakie w życiu czytałem. Tyle.

   Ocena:
(źródło zdjęcia oryginalnego: nexusmods.com)

  Więcej Kaców tu: 

https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz