poniedziałek, 7 listopada 2016

10 faktów o Kacu - Liebster Award.

  Dzień dobry. Ostatnio się zacząłem z powrotem rozkręcać trochę i bardzo mi się to podoba. Tak samo jak nowy Taco (klik).
(Photo credit: Michael Fötsch via Foter.com / CC BY-SA)
  Normalnie zlałbym tę nominację jak każdą inną. Ewentualnie wrzucił w komentarz zniesmaczonego/wkurwionego Zacha (klik) i link do jednego z moich postów (konkretnie to tego - klik). Coś mnie jednak tknęło do tego, by sobie popisać - nominacja padła ze strony Kai z Do kawy blog (klik), a z Kają mi się świetnie współpracuje przy okazji naszych wspólnych, mroźnych recenzji, więc odmówić jej nie mogłem. Poza tym miałem względnie gotowy post, w którym napisałem o moich życiowych pojebaństwach, a to się trochę łączy. Dopiszę więc do nich kilka rzeczy mniej pojebanych, przemieszam to wszystko i akurat będę miał dziesięć skacowanych niby-faktów. No bo ja nie wiem, czy te pierdoły, które tu powypisywałem, to je w ogóle można za jakiekolwiek fakty uznać. Ja nie wiem. Ja się nie znam. Nie muszę. Nie chcę nawet. Ostrzegam jednak - stężenie popierdolenia może momentami być wyższe niż jakakolwiek ustawa przewiduje (o ile taka jest). No to niech będzie - Libster Ełord a.k.a. 10 faktów o Kacu.

NIE PIJĘ KAWY
Czujecie ten paradoks? Gość, który nie piję kawy, a właściwie to jej nie lubi, pisze sobie wspólne posty z kobietą, której blog traktuje o rzeczach dobrych do kawy. Taki właśnie jestem. Student i bloger, który nie pije kawy, to jak student i bloger, który nie pije kawy - zdaniem jednych, to trochę bez sensu; moim raczej nie ma to nic do rzeczy. Trochę mi to jednak ogranicza pole do wychodzenia z propozycją wspólnego wyjścia na kawę ze znajomymi, czy jakąś tam potencjalną Panią Kac, bo co? Zaproszę kogoś na kawę, a ja kawy nie piję. Tu się nie ma w sumie nad czym rozpisywać, więc podsumuję to cytatem. "Kawa mi nie smakuje. Kawa mi nic nie daje. Kawa chuj." - tu cytuję samego siebie, bo pisałem te trzy zdania w jednym z pierwszych postów na Kacu, ale nie pamiętam, w którym konkretnie. Nie tyczył się on kawy, ale był tam taki kawowy wątek.

NIE OGLĄDAM FILMÓW
Taki niby jestem kulturalny chłopak, a filmów to ja nie lubię. Taki właśnie jestem. Niby mógłbym, ale po co mam robić coś, co mnie najzwyczajniej w świecie nudzi? Przecież to bez sensu. Czasem coś obejrzę, ale bardzo rzadko. Odpalam sobie coś na kompie, czy zalegam przed telewizorem i się gapię w ten ekran. Po jakimś czasie zaczynam ziewać, rozpraszać się, przeglądać internety na telefonie - robić wszystko, by średnio skupiać się na oglądanym filmie. Czasem, gdy trafię na coś, co autentycznie mnie ciekawi, to się skupię i obejrzę całość bez żadnych rozproszeń. Ale to bardzo rzadko się dzieje.

CHCIAŁEM OPATENTOWAĆ SAMOŁADUJĄCE SIĘ SILNIKO-WIATRAKI W MOTORÓWKACH
No pisałem kiedyś, że miałem być inżynierem. Niestety studia inżynierskie rzuciłem w pizdu po pierwszym roku. Znaczy one mnie rzuciły, choć nie powiem, swoim bumelanctwem i ogólną wyjebką znacznie się do tego przyczyniłem. Jak już byłem na wykładzie to grałem w starą Fifę na lapku albo Pokemony na emulatorze w telefonie. Albo inne gry smartfonowe. Było fajnie. W czasie tych studiów inżynierskich wpadłem na genialny pomysł. Pomysł taki, że HOHO. Pomysł taki, że klękajcie narody. Pomysł taki, że ojapierdolę. Pomysł taki, że postanowiłem ubić na nim miliony. Chodziło o stworzenie łódki albo motorówki, której silniki ładowałyby się dzięki takim wiatrakom, które pod wpływem wiatru, który by przez te wiatraki przelatywał podczas płynięcia i wszystko działoby się na bieżąco. To byłoby takie samowystarczalne pływające coś. Przedstawiłem ten pomysł kumplowi, on powiedział, że idziemy w to, a chwilę później ja wylądowałem na studiach humanistycznych, a on w robocie zagranico. Takie z nas inżyniery właśnie.

PRAKTYCZNIE NIGDY NIE MAM HAJSU
No serio. Czasem mam, ale jak mam to zaraz rozpierdolę prawie wszystko co mam. I wtedy już nie mam. I wszystko wraca do normy. Niby zawsze znajdę te kilkanaście złotych na paczkę szlugów, ale tak grubiej to raczej rzadko bywa. Jak dostaję stypendium z uczelni to sobie kupię jakieś książki, płyty, pierdoły, które planuję kupić od jakiegoś czasu i nic nie mam. W sumie to chyba każdy student ma tak jak ja. Chociaż nie, nie każdy. Nie każdy student może rozpierdalać hajs na pierdoły, bo nie każdy może sobie jednak na to pozwolić. Zwłaszcza, gdy utrzymuje się sam albo z niewystarczającym wkładem finansowym rodziców. Ja niby mogę rozpierdalać, bo nie jestem takim normalnym studentem, bo...

MIESZKAM Z RODZICAMI
I nie widzę w tym żadnego powodu do wstydu. Niby robię już magistra i powinienem się już usamodzielnić, ale mi pasuje takie rozwiązanie. Na uczelnię dojeżdżam w jakieś dwadzieścia, może trzydzieści minut dwoma autobusami miejskimi, po zajęciach wracam i mam co zjeść, mam ciepło, nie płacę za nic i mam względny spokój. Dla mnie to naprawdę świetne rozwiązanie, zwłaszcza, gdy uwzględni się w tym wszystkim mój brak organizacji czasu i własnego życia. A żeby nie było, że w domu nic nie robię i tylko żeruję na rodzicach, to napiszę, że jest to gówno prawdą - czasem to ja gotuję, sprzątam, odkurzam, myję okna, jak trawa rośnie to ja ją koszę, jak jest zimno to palę w piecu, jak trzeba to drewno rąbię i w miarę możliwości staram się odwdzięczać rodzicom za to, że jeszcze ze mną wytrzymują. I polecam takie rozwiązanie wszystkim, którzy w swoim mieście (albo w mieście obok) mają uczelnię z kierunkiem, który chcą studiować i satysfakcjonującym poziomem.

MIAŁEM WYIMAGINOWANEGO PIESEŁA
Miałem kiedyś wyimaginowanego (w sensie takiego, że sobie go wyobraziłem [to dla tych, którzy mają kurewsko niski zasób słownictwa]) pieseła. Pieseł był bardzo mały, czyli taki bardziej piesełek niż pieseł. Mój piesełek był bardzo mądrym i ułożonym piesełkiem. No nikt takiego piesełka przechuja nie miał w życiu. Ja miałem. Ale skąd? No wymyśliłem go sobie przecież. Ale jak go wymyśliłem? No głową, mózgiem. Ale czemu? Bo - naprawdę, nie mam pojęcia skąd - miałem w ręce wstążkę i po prostu z nią stałem. I przechodziła taka bardzo w porządku pani, co to miałem z nią zajęcia (takie na studiach) takie jedne i takie drugie i stwierdziłem, że zrobię jej psikusa, a co! Ona przechodzi, ja trzymam tę wstążkę i nagle mówię: "Pani uważa, bo mi pani psa rozdepcze!". No i tu jest miejsce na fejspalma (w sensie takie klapnięcie dłonią w czoło, a nie takie drzewo, którym trzeba sobie w twarz przyjebać) albo miejsce na pociągnięcie beki dalej - ofkors ze strony pani doktór. Załóżmy, że fejspalm to odpowiedź A., a beka to odpowiedź B. I teraz ja jestem Pół-Hubert Pół-Urbański, a to są Pół-Milionerzy (bo zamiast czterech odpowiedzi są dwie i można wygrać tylko pół miliona [ale to tak na niby, żeby nie było]). I jako ten Pół-Huber Pół-Urbański pytam ja cię pół-uczestniku, którą odpowiedź byś wybrał w pytaniu: Co zrobiła pani doktór? No i jakbyś odpowiedział, że A, to byś stracił możliwość wygrania tej połowy miliona (tej na niby), a jakbyś powiedział, że B (jak beka, śmiesznie to dopasowałem, conie?), to mógłbyś grać dalej, bo poszła beka. Ta pani udawała, że się przestraszyła i powiedziała żebym trzymał pieseła, bo pieseł na nią szczeka i ona nie wie czemu. Na co ja odparłem, że to przez to, że widocznie wyczuł w niej coś troszeczkę niedobrego. A ona się zaśmiała pod nosem i poszła sobie. Taki ze mnie żartowniś trochę.

MAM KIWI
Nie jestem do końca pewien, ale był to najprawdopodobniej ten sam dzień (lub tydzień) co w przypadku tego pieseła. Ktoś ode mnie z roku jadł jakąś bułkę, kanapkę lub coś innego, co opakował wcześniej w folię aluminiową, a ja zabrałem tę folię i zacząłem w niej rzeźbić. Rzeźba wyszła mi super, bo wyrzeźbiłem kiwi, w sensie takiego ptaka małego włochatego, tylko mój kiwi nie był włochaty, a aluminiowy. Kiwi dostał również imię. A imię jego to Kiwi, w sensie jak taki owoc mały i włochaty. No i kiwi siedział ze mną na wszystkich zajęciach i każdy kto go poznawał mówił, że to najfajniejszy kiwi jakiego w życiu widzieli. Kiwi dostał również smycz po moim piesełku (którego zapomniałem - piszę to, by nikt nie myślał, że go tak po prostu zabiłem czy coś tam) i bardzo się z tego powodu cieszył. W przeciwieństwie do pieseła - Kiwi towarzyszy mi do dziś. Cały czas noszę go w plecaku i choć trochę się spłaszczył i z jego smyczy została sama obroża, która wygląda trochę jak krawat, a trochę jak muszka, to nadal jesteśmy ziomeczkami i czasem jemy razem owoce, a czasem pijemy kompot.

MAM SKLEROZĘ
Znaczy taką niestwierdzoną. Podobnie ma pewnie sporo osób na świecie. Często zapominam o rzeczach, które są bardziej istotne. Za to o wszystkich pierdołach pamiętam latami. Pamiętam jak porzygałem się truskawkami z przejedzenia jak miałem kilka lat, a nie pamiętam o tym, że mam przygotować jakąś prezentację czy coś na uczelnię. Często zapominałem sobie włączyć budzika, o tym, że mam sprawdzian czy kolosa, a pamiętałem o tym co śmiesznego powiedział nauczyciel trzy tygodnie wcześniej na lekcji albo gdzie PaniUznam (klik - tu jest beka życia, bo napisałem klik, a zapomniałem na początku podlinkować) była na pierwszej randce i co piła. No pojebane to jest. Dobrze, że nie mam młodszego rodzeństwa, bo pewnie zapominałbym odbierać je ze szkoły, czy coś tam...

MIEWAM ABSTRAKCYJNE TEORIE NA RÓŻNE WYJAŚNIONE SPRAWY
Bo często myślę o różnych pierdołach, które są nieistotne. I czasem wymyślę jeszcze większe pierdoły. No i jedną zaprezentuję. Na tę akurat wpadłem stosunkowo niedawno. Wymyśliłem pewną teorię trzęsień ziemi wszelakich i wydaje mi się ona bardzo prawdopodobna (XD). Otóż ziemia nie trzęsie się dlatego, że nachodzą na siebie płyty tektoniczne, czy co tam innego dzieje się według naukowców. Trzęsienia ziemi występują wyłącznie z powodu śpiewających ziemniaków. Proszę nie przecierać oczu ze zdziwienia i przytrzymać opadnięte szczeki, bo muchy i inne robaczki lubią takie ciepłe i ciemne miejsca. Tak właśnie jest. Młode ziemniaczki zaczynają śpiewać - zupełnie jak harcerze. Nie od dziś wiadomo, że wspólny śpiew ułatwia integrację, a jak jeszcze druh ziemniak wyciągnie gitarę z ziemniaczanego futerału, a na ognisku skwierczą skwierczą kiełbaski, to robi się naprawdę niebezpiecznie. Śpiewa młodych ziemniaczków wprowadza ziemię w drgania i w momencie, kiedy one bawią się naprawdę świetnie, świat jest zagrożony, bo ziemia się trzęsie! Z jednej strony rozumiem wykopywanie młodych ziemniaczków, bo ich śpiewy są bardzo niebezpieczne, a jednocześnie są bardzo smaczne, a z drugiej strony to płakać mi się chce. Zawsze jak jem młode ziemniaczki, takie z kefirem, to łzę uronię, bo mi smutno się robi, bo myślę o tym, jak jeszcze niedawno siedziały przy ognisku na obozie i śpiewały, a później grzecznie szły spać do namiocików z ziemi. No przykro.

KIEDYŚ POKAŻĘ WAM SWOJĄ MORDĘ
Tak, zrobię to. Jeśli wytrzymamy ze sobą jeszcze niecałe dwa lata to zdradzę swoją tożsamość. Planuję zrobić to po obronie pracy magisterskiej. Chyba, że coś się zmieni, to zmieni się również termin mojego ujawnienia się.

FAKT BONUSOWY!!!
Mimo tych popierdolonych pomysłów, to tak naprawdę jestem całkiem normalnym gościem. Mam tylko strasznie duży dystans do życia i całego świata. A chodzenie z tak zwanym kijem w dupie uważam za najgłupszą rzecz, jaką można uprawiać.

  Kai, mimo wszystko, dziękuję za nominację i ze swojej strony nie nominuję nikogo. Wiem, że w tym wszystkim chodzi o to, by promować inne blogi, ale noszę się z zamiarem stworzenia zakładki, w której umieszczę wszystkie blogi, które uważam za warte uwagi. I posta o nich pewnie też napiszę. Albo kilka postów, bo tych blogów jest całkiem sporo. I to będzie lepsza promocja niż wypisanie tych ludzi tutaj.

  No to nara.

  Wincy mnie:
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz