sobota, 15 października 2016

Per mortuos ad astra.

   Miałem małą blokadę pisarską na tematy nieksiążkowe, ale dziś się to zmieniło. Nie wiem tylko, czy na szczęście, czy raczej, kurwa, zdecydowanie nie. Poza tym mówiłem sobie, że nie będę poruszał tematów trudnych - i ogólnie, i dla mnie - bo to się trochę mija z moimi założeniami - blogowymi i życiowymi. Ale czasem się nie da wysiedzieć w spokoju. Bez muzyki dziś, bo mi muzyka nie pasuje. Tak samo jak i żadne zdjęcie w tło tytułu.
   Jak mieszka się w okolicy miasta, gdzie najpopularniejszym sportem jest żużel, to od pewnych tematów się nie ucieknie, nawet jakby się chciało. Tak jest w moim przypadku, bo ten sport mnie kompletnie nie rusza, nie rozumiem jeżdżenia w kółko i nie zamierzam się wypowiadać w kwestiach technicznych, a raczej typowo ludzkich.

   Kilka miesięcy temu miejsce miała dość głośna sprawa, bo jeden z młodych, perspektywicznych zawodników z pobliskiego klubu miał dość poważny wypadek, a w wyniku odniesionych obrażeń zmarł kilka (albo kilkanaście) dni później. Sytuacja bardzo nieprzyjemna, nie tylko dla rodziny, ale i dla całej żużlowej społeczności - zupełnie pomijana w tych większych, czołowych mediach, co moim zdaniem było bardzo dobrym wyjściem. Zdaniem rodziny - chyba jednak nie do końca...

   Wszystko zaczęło się jeszcze wtedy, gdy zawodnik walczył o życie. Rodzina, głównie za pośrednictwem mediów społecznościowych jego siostry, prosiła o wsparcie, modlitwę - standardy, o których każdy by w podobnej sytuacji pomyślał. Problem jest jednak taki, że rodzina miała pretensje, że jest to temat pomijany w tych szerszych mediach, nie mówi się o tym w telewizji, a o tym, że któryś z polskich piłkarzy strzelił nieważnego gola trąbią wszystkie stacje. Ponadto pojawiały się również wpisy o tym, że nagle wszyscy krewni (nawet ci najdalsi) przypominają sobie o zmarłym kuzynie - ale czy jest coś złego w tym, że ludzie próbują okazać innym wsparcie? No kurwa, nie sądzę. To normalny, ludzki odruch. Po śmierci żużlowca, jego rodzina była odpytywana przez lokalne media w kwestii całego wypadku, jakichś wspominek o zmarłym i tym podobnych spraw. Ponadto w wywiadach poruszany był temat drugiego zawodnika, który brał udział w wypadku, a wyszedł z niego praktycznie bez szwanku - zdaniem rodziny ten, który przeżył był winny całemu zajściu. Zrobiłem sobie dla przypomnienia mały risercz - w całą sprawę mieli zostać wprowadzeni prawnicy klubu, który reprezentował wspominany zawodnik, bo siostra zmarłego na swoim blogu żądała sprawiedliwości. Momentami chyba trochę za bardzo. I tutaj twierdziłem, że sprawa nie jest warta mojej uwagi.

   Całość ucichła. Do czasu. Do czasu, w którym ogłoszono, że powstaje piosenka na cześć zmarłego zawodnika, a wykonywać ją będzie jego siostra, która coś tam sobie śpiewa. Spoko, szanuję, nie oceniam umiejętności wokalnych, bo to nie czas na to i w zasadzie nie ma o czym mówić. Do ballady powstał klip, w którym udział wzięło kilku mniej lub bardziej znanych żużlowców z mniej lub bardziej ścisłej światowej czołówki - szanuję, spoko gest. Kawałek sprawdziłem kilka dni po premierze, miał wtedy jakieś sześćset, może siedemset tysięcy wyświetleń. Nie zdziwiło mnie to, bo skoro sprawą żyje całe polskie (i nie tylko polskie) żużlowe społeczeństwo, to liczby kompletnie nie zaskakują. Zdziwił mnie tylko AdSense włączony pod klipem. Po co? Osobiście bym odradzał od samego początku, bo może to uchodzić w oczach ludzi za próbę zarobienia na rodzinnej tragedii, a za takie próby media są wyzywane od najgorszych. No ale wiadomo, jeśli rodzina sama niejako próbuje uciułać trochę grosza na własnej tragedii, to raczej nic złego w tym nie będzie. Zrozumiałe by to było, gdyby hajs zarobiony na wyświetleniach i sprzedaży plików mp3 (bo i takie są za kilka złotych rozprowadzane w necie) przeznaczony został na jakąś fundację lub wsparcie dla żużlowców po wypadkach, a nigdzie takiej informacji nie ma. Wrzało we mnie trochę, ale opanowałem się, no bo szkoda strzępić ryja.

   Dziś nie wytrzymałem. Nie wiem czemu, ale wstałem dość wcześnie. Na tyle wcześnie, że przeleciałem trochę po stacjach w tv i trafiłem na jeden z programów śniadaniowych. Zazwyczaj poruszane są tam tematy proste - jakieś porady modowe, kulinarni eksperci zapodają propozycje na jakieś wymyślne potrawy, pogodynki prezentują pogodę, ogólnie mówi się w dość luźnym tonie o sprawach codziennych. Po co więc zapraszać do takiego programu rodzinę zmarłego sportowca? No ja nie wiem. Żyję na tym świecie już chwilę i potrafię trochę rozpoznawać ludzkie emocje i zachowania. Początkowo pozorny żal widoczny i słyszalny u wszystkich członków rodziny, po kilku minutach przerodził się w jakąś farsę, która przypominała nieudane przedstawienie - takie, w którym jedną z aktorek dzika fantazja ponosi za bardzo. Niby wspominki, które mogą się wydawać trochę bolesne dla ludzi cierpiących po stracie bardzo bliskiej osoby, a tu córka matce wchodzi w zdanie, uśmiecha się, szczerzy ząbki do kamer, a przed chwilą na jej twarzy widać było smutek. Matka wyglądała, jakby nie wiedziała co ona robi na tej kanapie i w sumie się jej nie dziwię, bo pewnie ma już dość tej całej sprawy. Podobnie z ojcem - oglądałem jakieś starsze wywiady z nim i w dzisiejszej rozmowie słychać było, jak głos mu się łamie, jak język lekko się plącze. Dokładnie tak, jak człowiekowi, który odczuwa wielką stratę, żal i jednocześnie miał dość tego wszystkiego, a sam już w jednym wywiadzie powiedział, że byłoby lepiej, gdyby to on zginął, a nie jego syn. Podejrzewam, że sami raczej by nie brali udziału w programie, ale miłość do córki mogła przezwyciężyć niechęć. Tak, do córki. Bo można odnieść wrażenie, że ona niejako próbuje się podpromować na tragedii, która spotkała tę rodzinę. Razem z liczbą wyświetleń wspomnianego klipu, wzrosła liczba odtworzeń jej innych kawałków na jutubie. Razem z szumem wokół brata, zrobił się szum wokół siostry, która wylewała swe żale i publikuje je w necie - na swoim fanpejdżu, profilu publicznym i blogu. W filmikach dziękuje za wszystkie wyświetlenia zasłaniając się tym, że z takimi odbiorcami pamięć o jej bracie nie zginie. I jeszcze ta udawana skromność i zaskoczenie, gdy we wspominanym programie została poproszona o wykonanie utworu na żywo - zupełnie jakby dzień (czy tam kilka dni) wcześniej nie wrzucała w sieć fotek z podpisami w stylu próby przed niespodzianką. Trochę przykre.

   I każdy dobrze wie, że normalnie pewnie rzucałbym bardziej niepochlebnymi komentarzami, ale dziś tego nie zrobiłem. Jeśli kogoś mimo wszystko uraziłem, to przepraszam i proszę o wybaczenie, bo nie to miałem na celu. Nie rzucałem również żadnymi nazwiskami, linkami, nazwami stacji, a mogłem, bo dzięki temu częściej można by mnie znaleźć w guglu i nabiłbym sobie wyświetleń. A ja tego robić nie chcę, bo głupio by mi było podkręcać sobie liczby na tragedii czyjejś rodziny. Nie zrobiłem tego z szacunku. Z szacunku dla zmarłego i jego rodziców.

   Takich przypadków jest, była i będzie masa. Niektóre na znacznie większą skalę (jak w przypadku jedynego w swoim rodzaju pana prezesa), inne na dużo mniejszą. Powyższy jest tylko jednym z przykładów, choć mi poniekąd najbliższym. I mam nadzieję, że ludzie zrozumieją (wątpię, by panna brana za przykład to przeczytała, więc wierzę, że sama dojdzie do odpowiednich wniosków) to, jak ich zachowanie może być odbierane przez innych. Bo czasem warto zwolnić. Bo ktoś na tym może ucierpieć. A zbędnym szumem życia zmarłym nie wrócicie. Choćbyście nie wiem jak bardzo chcieli.

  PS Jak jesteście dobrymi ludźmi to zróbcie dziś jeden dobry uczynek (lub jeden dobry uczynek więcej). Wypełnijcie ankietę (klik) takiej jednej Hani. Będzie jej miło. Mi będzie miło. Wam pewnie też będzie miło. Niech będzie miło wszystkim.

  Więcej Kacówy:  
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz