sobota, 30 kwietnia 2016

Książki na Kacu: Szacunek ulicy.

   Stresuję się jak niewiemco. Przeczuwam falę hejtu z tej książkowej części blogosfery, ale co tam. Muzyczka (klik).
(zdjęcie moje, okładka: wsqn.pl)   
  W sumie to książka Fiftiego zaciekawiła mnie już ze dwa lata temu, kiedy to zobaczyłem ją pierwszy raz w MM na stanowisku ze słuchawkami sygnowanymi ksywą Curtisa. Ale bałem się. Bo nie wiedziałem jak Te rapery piszo prozę. Po Re:tuszu Kuby Witka stwierdziłem, że Te rapery to w sumie potrafią pisać prozą, więc postanowiłem, że przy najbliższej okazji sprawdzę Szacunek ulicy. No i natrafiła się taka okazja, bo mój znajomy kupił za mały pieniądz, przeczytał, pożyczył, przeczytałem, piszę.

   Przeglądając liczne blogi książkowe zaczerpnąłem trochę informacji co i jak. Teraz przydałoby się nakreślić historię. Albo wrzucić opis od wydawcy. Opis od wydawcy mi się średnio podoba, więc uwaga, nakreślam.

   Jest Buła. Buła ma trzynaście lat. I ten Buła musi chodzić do Pani pedagog, bo wpierdolił swojemu, wydawałoby się, najlepszemu ziomeczkowi. Buła ma mamę. Buła ma tatę. Państwo rodzice Buły są rozwiedzeni. Buła na co dzień mieszka z mamą na przedmieściach. Buła jeździ od czasu do czasu na łikend do ojca, do Nowego Jorku. Buła jest zakochany w takiej jednej dupeczce, co ma na imię Nia. No i po tym jak Buła napierdolił swojemu ziomeczkowi to zostaje przyjęty do paczki i ma wtedy nowych ziomeczków, a ta dupeczka się na niego śmiertelnie obraża. No i tyle. A, no i nie wiem czy to ważne, ale wszyscy bohaterowie, którzy się tam najczęściej przewijają są czarni. Oprócz Pani pedagog.

   Ja wiem, że będę teraz niemiły, ale lubię. Na początku wydawało mi się, że ta książka będzie napisana tak jak ten powyższy opis, ale w sumie to skończyło się na bardzo miłym zaskoczeniu, bo jest lepiej. O wiele lepiej. Historia jest opowiedziana typowo potocznym językiem. Najostrzejsze słowa to "zajebiście" i "srać", a spodziewałem się mocniejszego języka po tej pozycji. Może mam stereotypowe podejście do raperów, nie wiem, nie zaprzeczę, choć rapy towarzyszą mi praktycznie dzień w dzień. Ale skoro to książka, która w pewnym stopniu ma przestrzec małolatów przed byciem pseudo gangsterami to w sumie dobrze, że język jest taki, jaki jest.

   Historia jest w sumie spoko. To taka opowieść o tym jak młody buntownik dostaje kopa w dupę od życia za to co robi, po czym powoli dorasta i zaczyna rozumieć, że jego życie powinno wyglądać trochę inaczej, jeśli chce być szczęśliwym człowiekiem. Tak po prostu. Trochę banalnie, ale konwencja, jaką obrał sobie autor, a raczej autorzy - bo Fifti nie napisał tej książki sam, a z małą (choć nie wiem, czy przypadkiem nie dojebanie wielką) pomocą Pani Laury Moser - nie jest taka banalna i nudna. Umiejscowienie fabuły na amerykańskim przedmieściu to w sumie strzał w dziesiątkę, widać, że w takich klimatach autor czuje się najlepiej. Jestem w stanie uznać, że książka nawet wciąga. Mnie wciągnęła. 318 stron w jedno popołudnie z przerwą na krokiety to jak na mnie zajebisty wynik. Choć te 318 stron to lekka przesada, bo jakby to skompresować, zmniejszyć odrobinę czcionkę i interlinię oraz pozbyć się pustych stron między rozdziałami to byłoby tych kartek góra 250.

   Postacie są bardzo dobrze wykreowane. Z Bułą się trochę utożsamiam i sporo nas łączy, mimo że nigdy nie napierdoliłem żadnemu swojemu ziomeczkowi. Mama Buły to taka typowa matka, która zapierdala żeby nie mieć problemów finansowych, a syn tego nie docenia (do czasu), w dodatku nie lubi jej kumpeli z roboty. Ojciec w oczach dorastającego syna jest Bogiem, a tak naprawdę to jest tragicznym wzorem. Chłopaki z paczki podobnie jak i ojciec - przez cały czas miałem wrażenie, że główny bohater kompletnie do tej grupki nie pasuje. Nia, czyli ta dupeczka co podoba się Bule, to chyba najbardziej ogarnięta postać w książce. No, nie licząc Pani pedagog, ale taka to raczej musi ogarniać życie, conie.

   Zrobię teraz mały spojler, ale muszę rzucić dwoma cytatami, które mi się mega spodobały i genialnie odwzorowują myślenie trzynastolatka o dziewczynach. Jak byłem mniej więcej w jego wieku to miałem w sumie całkiem podobne podejście.

Cytat pirszy, przydługi mocno: "Mogę powiedzieć jedną rzecz na temat bycia grubasem: ma to swoje plusy. Większość dziewczyn nie zwraca na ciebie uwagi albo się wyśmiewa, ale te fajne, jak Nia, są naprawdę miłe, nawet jeśli wynika to tylko z tego, że nie widzą w tobie zagrożenia, które dostrzegają w innych chłopakach. Nie boją się rozmawiać na tematy, których w życiu nie poruszyłyby z chłopakami, którzy im się podobają." (mistrzom dedukcji gratuluję, jeśli odgadli po tym cytacie, że Buła nie jest atletą)

Cytat drugi, krótki: "Tak samo miło było z nią rozmawiać, co milczeć. Z Nią u mego boku po prostu było miło i już."

   Kurwa, czyż to nie jest słodkie?! Jak nie słodziłem herbaty w ogóle, tak teraz nie będę słodził jej jeszcze bardziej (choć jak jest ciepło to praktycznie jej nie piję). A pod koniec książki to poczułem, że się wzruszam. Naprawdę. Taki wrażliwy chłopczyk ze mnie, aco!

  Zrobiłem dziś mały risercz w internetowych księgarniach i tę pozycję można kupić już za dychę. To niewielkie pieniądze, a naprawdę warto zdobyć i przeczytać. Chyba, że znajdziecie gdzieś w bibliotece (których nie lubię mocno), albo będzie miał ktoś ze znajomych i pożyczy. Szacunek ulicy serio daje do myślenia i żałuję, że nie przeczytałem jej wcześniej - tak gdzieś z 4-5 lat przed tym jak w ogóle została wydana w Stanach (2011), bo w Polsce to już w ogóle (2014). Bo to w sumie książka typowo młodzieżowa, ale nawet taki stary buc jak ja wyniósł z niej całkiem sporo. Uniwersalny przekaz, taki lubię. No i w sumie życie młodych Afroamerykanów jest podobne do życia młodych Polaków. Tylko jakieś takie, nie wiem, mocniejsze, konkretniejsze. Ale schemat ten sam. Bunt, kara, wnioski, dojrzewanie. Tak jest.

  Tytuł mi w sumie średnio pasuje. Już lepsze byłoby chyba dosłowne tłumaczenie oryginalnego Playground. Choć z drugiej strony ten Szacunek ulicy brzmi trochę prześmiewczo, jakiś taki zbyt poważny mi się wydaje, ale jest nawiązanie do polskich rapów, więc może tym tropem poszła Pani tłumacz. Można wybaczyć.

  Zastanawiałem się w sumie od jakiej pozycji powinienem zacząć cały cykl książek na Kacu i cieszę się, że padło akurat na Szacunek ulicy. Czuję, że to dobry początek dla owocnych działań. No i na dole jeszcze moja ocena w kacowej skali. Maks to dziesięciu kolorowych Zachów, więc tragedyji nie ma. A całkiem na dole reklama, bo mało Was tam. No i całkiem najniżej się żegnam.

(źródło zdjęcia oryginalnego: nexusmods.com)
Obserwacje poniżej.

  Pa, Kacątka.

10 komentarzy:

  1. Nie mogie! Buła nie zawładnął moim umysłem, tak z Twojej recenzji, ale ona sama w sobie i owszem.

    OdpowiedzUsuń
  2. Taka kacenzja trochę. No powiem Ci, że fajnie serie zaczynasz. Ciekawie jest bardzo i na pewno nie ziewam z nudów. I w sumie po książkę sięgnę, ale no Murakami iiii no wiesz, hehe. Jak się zbiorę w sobie to ogarnę i FIFTJIEGO.
    Pozdrawiam cieplutko!

    OdpowiedzUsuń
  3. Po książkę na pewno sięgnę. Dobrze, że tu zajrzałem. :D

    http://bitchyx18.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. Po tę książkę pewnie nie sięgnę, nie mój klimat, ale Twój blog mi się podoba! Zaskakujący!

    OdpowiedzUsuń
  5. Jak piszesz o książce to strasznie przypominasz mi Mietczynskiego ahahhahaha. Nie uwierzę, jeśli mi powiesz, że go nie oglądasz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oglądam, wspominałem nawet w jednym tekście, że dzięki jego streszczeniu "Nad Niemnem" zaliczyłem semestr z literatury pozytywizmu, Młodej Polski i XX-lecia międzywojennego. Jednakże jak piszę to staram się pisać po swojemu, tak jak uważam za słuszne, nie inspirując się nikim :)

      Usuń
    2. To chyba jeszcze zanim trafiłam na KacKillera, bo czytam każdy post ;) (własnie sie teraz zaczęłam zastanawiać w jaki sposób tu trafiłam...)
      No wiadomo, nie posądzam cię o plagiaty, ale warto zauważyć :D

      Usuń
    3. No coś ponad rok temu ten post był :)

      Usuń
  6. "Trochę banalnie, ale konwencja, jaką obrał sobie autor, a raczej autorzy - bo Fifti nie napisał tej książki sam, a z małą (choć nie wiem, czy przypadkiem nie dojebanie wielką) pomocą Pani Laury Moser - nie jest taka banalna i nudna." - oplułam ekran, głównie ze względu na zawartość nawiasu :D
    Ta książka to chyba nie będzie mój klimat, tak coś czuje, chociaż pewnie tylko tak gadam, a jakbym przeczytała, to pewnie bym się rozpłakała na koniec, tak jak na każdej BAJCE, którą oglądam z chłopakiem :D Nie mniej, na razie próbuję przebrnąć przez "Fabrykę Muchołapek" Barta, ale chyba mam jeszcze kaca po "Instytucie", który połknęłam w kilka godzin :<

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Instytut", z tego co widzę przykrótki jest. Wczoraj wieczorem skończyłem "Radio Armageddon", którym rozpocząłem sprawdzanie twórczości Pana Żulczyka i mam mieszane uczucia - niby mi się podobało, a czuję jakiś taki niedosyt. Lubię to uczucie, bo przez nie chcę czytać więcej rzeczy od danego autora, ale w przypadku powyższego robię przerwę, wciągam "Nieznośną lekkość bytu" Kundery, na którą przygotowuje się od jakichś trzech, może czterech miesięcy, później coś krótkiego, typowo na jeden wieczór i mogę wracać do Żulczyka i "Ślepnąc od świateł", które już czeka na półce :D

      Usuń