środa, 22 czerwca 2016

Koś jak król.

   Przejebanie ciepło ostatnio. To znów letniak w tło (klik). Tym razem jeden z moich najulubieńszych letnich sztosów.
(Photo credit: Wonderlane via Foter.com / CC BY)
   Koszenie trawy to pozornie bardzo prosta czynność. Bierzesz kosiarkę i kosisz, conie. Gówno prawda. Chyba, że nie chcesz czerpać z tego żadnych przyjemności. Koszenie trawy to proces wymagający odpowiedniego przygotowania, podejścia i techniki. Chcesz wiedzieć co i jak? To czytaj dalej.

1. Sałndtrak.
  Dla mnie praktycznie każda czynność musi mieć odpowiednio dopasowaną muzykę. Czytanie, prowadzenie samochodu, przejazd autobusem, dawniej nawet zasypiałem przy konkretnych płytach - przy niektórych zaśnięcie było niemożliwe. Tak samo jest z koszeniem. Osobiście przy doborze sałndtraku do koszenia kieruję się dwoma kryteriami. Tempem i aktualnością. Aktualność jest prosta - koszę głównie przy muzyce względnie nowej, czyli tej, która wyszła w danym roku. Co do tempa to osobiście wolę kosić przy utworach szybszych, takich bardziej tanecznych. Czasem sobie coś zanucę, czasem wykonam jakiś niekontrolowany ruch biodrem. I zawsze głośno - tak, by w jakimś stopniu zagłuszyć dźwięk silnika. Na ten rok do koszenia trawy polecam nowe albumy Beyonce, Ariany Grande i Drake'a.

2. Strój.
  Szkół ubioru do koszenia jest kilka:
a) na długo - czyli długie nogawy, długie rękawy, wysokie buty i jeszcze jakieś rękawiczki do tego;
b) na krótko - czyli krótki spodzień, jakiś ti-szercik, na nogach trampeczki, czy inne abibaski;
c) na-GO prawie - czyli u facetów bez koszulki, u kobiet w samym cyckonoszu, do tego, albo mega krótkie spodnie, albo same majty i klapeczki.
Ja jestem zwolennikiem opcji drugiej z lekkim, oddolnym dorzuceniem opcji pierwszej. Szercik, krótkie spodnie i do tego nieśmiertelne Najki za kostkę (model Dunk High), które mam od jakichś siedmiu lat (są tak zdezelowane, że na miasto bym już w nich nie wyszedł, ale do koszenia są idealne). Góra zawsze jasna, najlepiej biała i z cienkiego materiału, a spodnie takie żeby sprzęt grający łatwo z kieszeni nie wypadł i za krótkie nie były, takie kończące się za kolanem maks. Jak jesteście wrażliwi na słońce to polecam dorzucić do tego jeszcze czapkę z daszkiem i okulary przeciwsłoneczne.

3. Kondycja psycho-fizyczna.
  Do koszenia to wyspać się trzeba na pewno. Bo na takim niewyspaniu to raczej chujnia z tego wyjdzie. Szybko się upierdolimy (w sensie zmęczymy), odechce nam się wszystkiego, strzelimy wszystko w pizdu i tyle z roboty. Pojeść też trza. Wiadomo, że nie tak do oporu, bo to trudno się ruszać jak bęben pełny. Zwykłe śniadanie wystarczy. Buła z serem albo szynką jest sztosem. Albo parówki. Kaca mieć nie można. Bo kac to gorzej niż na głodzie i na niewyspaniu. Bo kac to wyklucza wyspanie się i nażarcie się, a w dodatku to łeb (a nierzadko i mięśnie) boli, dźwięk kosiarki jest przerażający (bo na kacu to najcichszy dźwięk jest za głośny), rzygać się chce i trudno się otworzyć na świat. Jak masz kaca to lepiej z domu nie wychodź! Ogólnie to fajnie jest jak kosić Ci się chce i nie robisz tego z przymusu. Wtedy jest przyjemniej.

Bonus. Sprzęt.
  U mnie to zazwyczaj zwykła kosiara, którą pchać trzeba. Żyłkówek nie lubię, bo się cały upierdolę (w sensie ubrudzę) trawą i średnio wygodne to to jest.

   Do koszenia jesteśmy gotowi. To teraz kilka rad odnośnie samego procesu zwalczania zbyt długich źdźbeł.

   Kluczowe jest tu posiadanie oczu dookoła głowy. Zwykłe patrzenie przed siebie nie wystarczy, bo nigdy nie wiadomo, gdzie czai się jakiś kamień, konar czy inny pieniek, taki malutki, niewidoczny. Sam najczęściej wpierdolę się w ten ostatni, bo mimo świadomości, że są i mniej więcej nawet wiem gdzie się kryją, to i tak praktycznie zawsze na jakiś trafię i albo w niego wjadę i się zatrzymam, albo na niego najadę i zatrzyma mi się ostrze. Tak źle i tak niedobrze. Wjeżdżać w grubsze kawałki drewna też nie polecam, bo raz tak najechałem i po odbiciu się od ostrza rzeczona część przyjebała mi w piszczel. Niezbyt przyjemny ból. U babci na ogrodzie, gdzie równie często koszę, znajduje się masa krzoków, krzewów róż, czy najzwyklejszych haszczy, których nikt nie ruszał od lat. Przy koszeniu trawy na około tych róż, niejednokrotnie przypierdoliłem sobie kolczastą łodygą w dłoń, a jak cofam to wpierdalam się po kolana w pokrzywy. Taki jestem uważny kosiarz.

   Problematyczne bywają również miejsca, gdzie ziemia jest lekko grząska. Jedziesz sobie, jedziesz, kosiarka sunie jak po dywanie, zwłaszcza jak się jedzie taką z napędem, a tu jeb. Piasek, czy inne grząskie gówno. Zatrzymujesz się, sprzęcior się zakopuje i weź tu się z tym siłuj. Pchasz, to kosiarka wkopuje się jeszcze bardziej. Ciągniesz, to i tak będziesz musiał zaraz przejechać tym samym miejscem. Nosz kurwa, chujufka straszna.

   I najważniejsze! Nie śpiesz się. Nigdy w życiu się nie śpiesz. Jak się człowiek spieszy, to Woland się cieszy, czy jakoś tak. Im szybciej coś robisz, tym szybciej i bardziej się zmęczysz. Poza tym wzrost prędkości jest wprost proporcjonalny do poziomu niedokładności przy koszeniu, co oznacza powtórne przejazdy danymi odcinkami. W ogólnym rozrachunku to powolność jest tutaj kluczem. Powolność jest równa porządności. Chcesz być super kosiarzem? To się, kurwa, nie śpiesz.

   Koszenie trawy to wbrew pozorom naprawdę świetna zabawa. Dwie, może trzy godziny biegania z kosiarką raz na kilka(naście) dni to przyjemny i niewymagający wysiłek fizyczny, który nawet mi - wiecznemu leniowi - sprawia całkiem niezłą przyjemność. Koście trawę! Chyba, że mieszkacie w blokach i działek Wam brak to żałujcie, bo sporo tracicie!

Fejsbuki, tłitery:

https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz