
(zdjęcie moje, okładka: lubimyczytac.pl)
Pewnie wielu z Was, moi najcudniejsi Czytelnicy, myśli, że cykl w rozwinięciu będzie zwał się Książki do dupy. Otóż nie, znaczy nie zawsze. Główny zamysł jest taki, że będę w nim prezentował książki do DYCHY, czyli takie, które idzie kupić maksymalnie za 10 zł (bo ja je za tyle kupiłem, więc Wy też dacie radę). No dobra, maksymalnie 15, bo to też nie fortuna.
Książki do d... otwieram Hotelem Pekin, którą napisał Pan Santiago Gamboa. Zapłaciłem za tę pozycję 4 złote i 90 groszy (tarnowski Matras na Krakowskiej, wygrzebana z pudła - ostatnio jak przegrzebywałem to były jeszcze ze dwie, może trzy sztuki, ale nie obiecuję, że nadal będą [w internetowym Matrasie są za nieco ponad 9 zł]).
W ramach opisu tym razem postawię na tekst zamieszczony pod książką w serwisie Lubimy Czytać:
"Frank Michalski, młody Kolumbijczyk żyjący w USA, człowiek interesów, pasjonat globalizacji i pewny siebie yuppie leci do Pekinu prowadzić szkolenia z kultury biznesu dla liderów chińskich przedsiębiorstw. Znacznie starszy od niego Cornelius Bordewich, pisarz i dziennikarz, ma zamiar zbierać materiały do publikacji filozoficznej. Mimo odmiennych poglądów zawiązuje się miedzy nimi nić sympatii. Zatrzymują się w tym samym hotelu i wieczorami popijając whisky, toczą ciekawe dysputy. Do ich grona wkrótce dołącza Li Qiang, chiński biznesmen."
Po tanich książkach rzadko oczekuję wielkiego rozpierdolu, a nawet tego, że w jakimś tam niewielkim stopniu mnie zaciekawią. Pierwszej opcji tutaj nie uzyskałem, drugą jak najbardziej. Mimo słabego początku w ostatecznym rozrachunku jestem zaskoczony, bo książka jest serio niezła. Średnio odpowiada mi język, który momentami brzmi jak pseudointelektualne pierdolenie przez co niektóre wypowiedzi czytałem po kilka razy, zanim wyłapałem to, co autor chciał tak naprawdę przedstawić. Najwięcej takich przypadków jest na - wspomnianym już - początku i mocno mnie zniechęcały. Naprawdę, dałoby się to napisać w bardziej przystępny i przyjemny sposób, ale to raczej wyjątki, które nie przeszkadzają aż w takim stopniu, że odpuściłbym czytanie, pierdolnął książkę w kąt i usiadł na łóżku obrażony na cały świat.
Trochę lipa z wykreowaniem postaci, bo w każdej mi jednak brakowało czegoś. Najgorzej było w przypadku głównego bohatera, Franka Michalskiego, bo raczej średnio sobie mogłem zwizualizować w głowie. Wyobrażałem go sobie jako latynosa, takiego Kolumbijczyka z wąsem, po czym okazuje się, że wygląda jak biały Amerykanin, nosz kurwa. Ten Frank to ogólnie w moim odczuciu taki nijaki bohater. Raz się martwi, że nie przestrzega kodeksu, który z góry narzuca mu firma, a chwilę później stwierdza, że to pierdoli, raz się żyje. No ale spoko, rozumiem, że wydarzenia i rozmowy, głównie z Li Qiangiem, zmieniły jego życie. Z resztą postaci nie miałem większych problemów.
Jakbym miał wybrać swoją ulubioną postać z książki to wahałbym się między Li Qiangiem, a Ming Cheng. Ten pierwszy to w sumie jawi mi się jako taki już mocno zdziadziały typ, który twierdzi, że Chiny nie dadzą się zmienić, bo jak się je unowocześni to wszystko tam pierdolnie, za bardzo się bulwersował, choć w moim odczuciu to biło od niego największe poczucie humoru. Ming Cheng to w sumie postać poboczna i to tak mocno poboczna. Bo niby jest, przewija się przez całą książkę, ale jest z boku i za dużo nie wnosi. Wszystko się zmienia po czasie, no i w sumie to na dobre to wychodzi. A najbardziej wkurwiał mnie Cornelius Bordewich. Mam wrażenie, że można by wypierdolić z książki te fragmenty, w których on staje się głównym bohaterem i pozostawić tylko te, kiedy rozmawiają z Frankiem w barze.
W postaciach brakowało mi takiej wyrazistości. Każdy był taki, kurwa, nijaki, flegmatyczny. Trochę zdecydowania, choć (raz jeszcze) rozumiem, że każdy się tam w jakiś sposób odnajdywał na nowo.
Jakbym miał jednoznacznie określić o czym jest Hotel Pekin to bym powiedział, że o tym wspominanym już odnajdywaniu samego siebie i o stosunkach międzynarodowych. W przypadku Franka Michalskiego doszedłem do wniosku, że jego życiowym mottem powinno być coś w rodzaju: "żeby zrozumieć co w życiu jest tak naprawdę ważne trzeba na to spojrzeć z dystansu, ogromnego dystansu". A w kwestii tych stosunków międzynarodowych to poniekąd nam się to łączy z odnajdywaniem, bo główny bohater sam nie do końca wie kim jest - Amerykaninem czy Kolumbijczykiem. No i cały czas przez książkę przewija się kontekst wpływania amerykańskich standardów na chińską przedsiębiorczość.
Podsumowując - za ten hajs polecam. Krótka pozycja (207 stron), po przebrnięciu przez kilka pierwszy rozdziałów jest z górki, no i można się czegoś dowiedzieć o innych kulturach, a po Krainie wódki Mo Yana miałem jakiś taki niedosyt Chin. 6/10 Zachów bez zastanowienia.

(źródło zdjęcia oryginalnego: nexusmods.com)
Cześć, Kacątka.
Soszal midja: