środa, 24 sierpnia 2016

Moich *EKHM* pierwszych prac.

  Ostatnio mam tak, że se podśpiewuję kawałki, których ostatnio słucham. Ten (klik) na przykład często. No i teraz śpiewam. I piszę w tej samej chwili. KOMBO.
(Photo credit: Gregg Vandenberghe via Foter.com / CC BY)
  Robię za takiego bardzo niemodnego blogjera, conie. Nikt mnie nie czyta, piszę o rzeczach, które nikogo nie interesują, taki undergroundowiec trochę ze mnie - głębokie podziemie polskiej blogosfery. A mówili, że będę internety podbijał... No to dobra - nie przyszła góra do tego Araba, to ten Arab poszedł do góry.

  Spory hajp jest ostatni na to wypisywanie na blogach swoich pierwszych siedmiu prac. No i ja tak siedzę i myślę sobie, że fajnie byłoby coś takiego napisać. Jest w tym tylko jeden mały, praktycznie nieistotny problem. JA NIGDY NIE PRACOWAŁEM. Znaczy prawie nigdy. Oficjalnie dwie prace w życiu, w tym jedna w pełni legalnie. Ale spoko, dam radę! Zrobię to po swojemu, bo inaczej i tak nie umiem. Polecimy od tych najpierwszych opcji zarobkowych.

PRACE DOMOWO-PRZYDOMOWE
Każdy to kiedyś raczej przechodził. Ja to przechodziłem za małolata. Parafrazując: mama pyta czy chcę dychę, pytam "ale za co?". A za jakieś koszenie, odkurzenie całego domu, umycie okien. Pierdoły, które teraz robię za darmo, bo jak się mieszka dalej z rodzicami, to się powinno dokładać, a że ja jestem mocno leniwym studentem, to czasem wolę odkurzyć, umyć naczynia i okna, czy skosić trawnik niż szukać sobie własnego mieszkania i stałego źródła utrzymania.
Co mi to dało tak bardziej życiowo? Nauczyłem się, że nie warto mówić, że zrobi się coś za chwilę/później, bo ktoś inny zrobi to za Ciebie i będzie chodził obrażony przez kilka dni (już leci chyba czwarty).

ŻYWA REKLAMA
Serio. Znaczy trochę inaczej. Ja byłem ruchomym stojakiem na reklamę. Na transparent konkretnie. A drugą częścią stojaka był mój ziom z liceum i właśnie w liceum to było, jakoś w wakacje po pierwszej klasie, czyli miałem wtedy z siedemnaście lat. Sześć dni pracowałem - od wtorku do niedzieli. Znaczy pięć i pół - od wtorku do połowy niedzieli. Znaczy tak faktycznie to może półtora dnia - czytaj dalej, tam napiszę czemu półtora. Strasznie tam kombinowaliśmy. Pierwszy dzień to była frajernia na grubo, bo zapierdalaliśmy po osiedlu, a później po najbardziej ruchliwej ulicy w mieście i nosiliśmy to gówno. Przysługiwały nam dwie piętnastominutowe przerwy w trakcie sześciogodzinnego dnia pracy, a później to tak naprawdę łącznie z dwadzieścia minut pracy w trakcie sześciogodzinnego dnia przerwy. Fo' real. Od drugiego dnia większość czasu przesiadywaliśmy zaszyci gdzieś pod blokami na osiedlach i wychodziliśmy z transparentem wtedy, gdy nasza szefowa dzwoniła, że właśnie jedzie na kontrolę i zrobić nam jakieś fotki do dokumentacji. A w niedzielę, to nie dość, że się rozpadało po dwóch godzinach, to mieliśmy płatne do końca dnia o połowę więcej niż wtorek-sobota. Prawie trzy stówki wpadło do kieszeni za te sześć dni.
Co mi to dało tak bardziej życiowo? Nauczyłem się kilku rzeczy.
1. Żeby nie nosić Cherry Coke w czarnym plecaku na słońcu.
2. Że zrobienie tanich zakupów parażywnościowych w jedynym sklepie otwartym w niedzielę na osiedlu graniczy z cudem (chodzi o ten sklep z żabą w logo).
3. Że trzeba kombinować, bo inaczej to można się na darmo umęczyć.

POMOCNIK MAGAZYNIERA
Nie mam pojęcia jak nazwać tę fuchę, ale ta nazwa mi najbardziej pasuje, bo najmniej uwłacza temu stanowisku i mi, jako osobie, która na nim była. Z jednej strony to była najlepsza z moich dotychczasowych prac, a z drugiej najgorsza. Dorywczo byłem zatrudniony w jednym z największych supermarketów w Polsce (w tym co to bodajże z JUKEJ pochodzi) przez jakąś firmę pośredniczącą. Głównie ogarniają oni ludziom robotę na kasie albo na wykładaniu towaru. Mi się trafił magazyn i uznałem to za błogosławieństwo, bo hajs trochę większy był. Co miałem tam robić? W sumie to wszystko. Głównie to segregowałem towar po inwentaryzacji na palety według typu - w sensie małe elektroniczne pierdoły razem, naczynia razem, makarony razem, czipsy razem. Oprócz segregowania towaru upychałem kartony, segregowałem skrzynki na piwo, zdarzyło się sprawdzać czy dostawa nie przyszła jakaś wybrakowana, a i ustawiałem zeszyty i inne przybory szkolne na taki jebutnie wielki stojak, co to stoi na środku sklepu, bo to był akurat okres jakoś tak przed szkołą. A jak znalazła się na magazynie ogólnym jakaś skrzynka z magazynu z owocami i warzywami, to szedłem ją tam odnieść. Pracowałem tak trzy dni. Niby dzwonili później co jakieś dwa tygodnie, że jest robota na kilka dni, ale stwierdziłem, że pierdolę robotę, po której boję się, że podczas jazdy samochodem do domu złapie mnie skurcz w nodze, zwłaszcza za niecałe sześć złotych na godzinę. A jeszcze mi zajebali 25 zł z wypłaty na koszulkę, w której miałem pracować, a nawet jej na oczy nie widziałem. Pani mówiła, że mogę sobie po nią podejść kiedy mi tam będzie pasowało, ale na chuj mi ta koszulka była po tym jak już skończyłam tam tę pracę? No kurwa.
Czego się tam nauczyłem tak bardziej życiowo?
1. Jak nie masz co robić, to zacznij segregować drugi raz już przesegregowaną paletę.
2. Jak idzie szefowa, to rób cokolwiek - podnoś jakieś śmieci, rób to co w punkcie pierwszym - bo ona Ci wpierdoli jakąś chujową robotę.
3. Jak robisz dorywczo, to nie ma czegoś takiego jak nadgodziny. Albo są, ale nie dostajesz za nie pieniędzy.

BIZNESMEN
Tak naprawdę to nie, ale to fajnie brzmi. Tak poważnie, trochę tak jakbym darł na tym gruby hajs. A na serio to moje biznesy nie miały dużo wspólnego z pracą. Całość polegała na tym, że szukałem dobrych okazji na kupienie czegoś tanio - od ziomka kupiłem dwie sprawne konsole z grami za połowę ceny tej droższej, grzebałem w koszach z płytami w sklepach, gdzie za 5-10 zł znalazłem nie raz jakąś ciekawą płytę, którą można było sprzedać za 2-3 razy tyle w necie i kupowałem po kilka sztuk, a później wystawiałem to na allegro i miałem jakiś hajs. Konsole wystawiłem oddzielnie, każdą razem z kompatybilnymi grami, i sprzedałem je łącznie z prawie dwukrotnym zyskiem. W czasach, gdy pisywałem do jednego z portali muzycznych dostawałem od czasu do czasu jakieś płyty do recenzji. Co się działo z płytami, które mi się nie podobały? Brawo! Znikały, a ja miałem z tego jakiś hajs. Nie były to duże pieniądze, ale zawsze to dwie, czasem cztery paczki papierosów w miesiącu - zależy czy w koszach były jakieś dobre rzeczy i czy dany okres był płodnym czasem dla wytwórni.
Czego mnie to nauczyło tak bardziej życiowo? Myślenia. Po prostu. No i nauczyłem się dobrze grzebać w pudłach przecenowych.

  Wydaje mi się, że dużo więcej umiejętności jak i doświadczenia wyniosłem z praktyk narzucanych przez uczelnię, ale hajsu na tym nie trzepałem, więc pomijam.

  Czy uważam, że oficjalnie dwie prace po dwudziestu-kilku latach życia to mało? Nie. To tylko kwestia tego, by wynieść z nich jak najwięcej dobrego. Wiadomo, że trochę prześmiewczo wypisywałem swoje wnioski, bo nauczyłem się przez to między innymi odpowiedzialności za własne czyny, a przez to kombinowanie czuję jakbym się zrobił trochę bardziej inteligentny niż kilka lat temu. Minusem jest jednak brak doświadczenia, który prawdopodobnie odczuwam teraz, gdy od czerwca bezskutecznie szukam roboty. Albo to przez to, że mam zbyt duże wymagania. Chuj wie.

  Buźka.

  Więcej Kaców:
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz