czwartek, 19 stycznia 2017

Rzucam szlugi przez Orbitowskiego.

   Dzieobry. Dziś będzie o tym, jak bardzo impulsywnie czasem postępuję i jak postanowiłem rzucić palenie, a pogoda bardzo zaburzeniowa to macie muzykę (klik).
(Photo credit: xvaughanx via Foter.com / CC BY)
   Na początku warto byłoby trochę scharakteryzować moje życie palacza, więc przedstawię to w takim skrócie mocnym. Jestem już tych kilka lat po osiemnastce, a pierwszego papierosa zapaliłem jakoś na wiosnę w pierwszej klasie liceum, czyli byłem trochę przed siedemnastymi urodzinami. Wiadomo, że jak się zaczyna, to pro się nie jest, więc przy moim "zaciąganiu się" początkowym dym do płuc nie docierał. Wszystko ogarnąłem i zacząłem się powoli wkręcać. Warto tu nadmienić, że jak miałem piętnaście lat, to mówiłem sobie, że "e, nie ma chuja, w życiu papierosa do ust nie wezmę". Taki słowny jestem. Taki godny zaufania ze mnie człowiek. Właśnie taki!

   Bywało tak, że brałem się za rzucanie. Największą przerwę w życiu miałem jakoś po maturach, bo nie paliłem praktycznie cztery miesiące. Praktycznie, bo od czasu do czasu sobie zapaliłem, ale cygaretkę, a to przecież nie papieros, więc się nie liczy (XD) - żelazna logika. Jak poszedłem na studia, to okazało się, że będę studiował z kumplem z klasy, poczęstował papierosem przed zajęciami, zrobiłem wyjątek i podobnie było na każdej kolejnej przerwie. Takie te wyjątki, że na drugi dzień przyszedłem na uczelnię z własną paczką. Od tego czasu rzucać nie próbowałem, a to było ponad cztery lata temu. Od jakiegoś czasu wcale dużo nie paliłem i w sumie nigdy dużo nie paliłem. Zdarzały się niby dni, kiedy wypalałem półtora paczki, ale to tylko wtedy, gdy szedłem na jakąś imprezę, to nie dzień, bo przez cały dzień wcześniejszy i noc bez problemu wypalałem prawie dwie paczki, ale dzieliłem się, bo po alkoholu do częstowania innych jestem pierwszy. Normalnie standardowa, dwudziestuszlugowa rama wystarczała mi bez problemu na dwa dni, a ostatnio to nawet i na cztery. Trochę z braku hajsu, trochę z lenistwa, bo czasem to mi się wyjść nie chce na tego papierosa.

   I tu czas na historię życia. Słowem wstępu - od momentu, w którym zacząłem czytać więcej kupuję sporo książek. Czym dla mnie jest sporo w kontekście książek? Już wyjaśniam. Jak to publikuję, to mamy dziewiętnasty dzień roku 2017. Ja w dwazerojedensiedem kupiłem osiem książek. Za co, skoro narzekam na to, że nie mam pieniędzy? No właśnie nie wiem, ale ostatnio napotkałem w swoim życiu spory dylemat. Jestem w galerii handlowej, konkretnie w Matrasie, przeglądam sobie przecenione książki, znalazłem dwie pozycje, które chętnie bym kupił - jedna za dziesięć, druga za piętnaście złotych. W paczce mam trzy papierosy, w portfelu dwadzieścia dwa złote i ileśtam groszy. Nowa paczka, czy nowa książka? Jak wezmę książkę, to tę droższą, której cena to praktycznie równowartość papierosów. I z jednej strony naprawdę chciałem odłożyć tę książkę, a z drugiej kusiła mnie strasznie. Zwłaszcza, gdy patrzyłem na cenę okładkową, a tam prawie czterdzieści złotych. A nowa cena - czternaście dziewięćdziesiąt. Poszedłem do kasy...

   Stałem się wtedy posiadaczem Nadchodzi Orbitowskiego. W portfelu zostało mi nieco ponad siedem złotych, w paczce dwa ostatnie papierosy, trzeciego trzymałem między palcami, bo nowy zakup trzeba uczcić. W ciągu tego dnia skończyłem tę paczkę i powiedziałem sobie, że to była ta ostatnia. Od tego momentu minął tydzień, a ja jak mam okazję to nadal palę, bo to się uda podpierdzielić mamie, a to ktoś na uczelni poczęstuje. Ale sam paczki nie kupiłem. Zobaczymy na jak długo...

   Jeśli rzucę, to będę dziękował Orbitowskiemu. A za oszczędzony hajs kupię sobie Exodus. I wcześniejsze jego książki. Tak, tak zrobię!

  Więcej Kacowych rzeczy:
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz