sobota, 4 kwietnia 2020

Październik

Mam brudne trampki, kilka szlugów w wymiętej paczce, plecak wypchany przebiegiem życia i chęci, by biegło dalej. Nie mam pieniędzy, perspektyw i – z punktu widzenia potencjalnych pracodawców – doświadczenia. Mam w głowie mętlik, rozpierdol, pierdzielnik.
   Stoję obok przystanku, za sobą mam park, w dłoni papierosa końcówkę, oczy przymrużone, bo słońce jakby o świecie sobie przypomniało i kołnierz postawiony, coby mi w kark poranny chłód nie dmuchał. Powoli dotacza się dziewiątka. Wsiadam ostatnimi drzwiami i na jednym z ostatnich foteli siadam. Przede mną dwie dziewczyny w wieku późnolicealnym lub wczesnostudenckim. Zwykłe. Niczym uwagi raczej nie przyciągają, choć na czarnym najku jednej z nich ostał się helikopterek, śmigiełko, skrzydlak z klonu. A ja się w niego wgapiam, wchodzę, utożsamiam, jestem nim.
   Gdzieś pomiędzy licencjatem a magisterką w moim przebiegu życia trzymanym w plecaku leży Walc pożegnalny Kundery. I mógłbym go teraz wyjąć, czytać po raz czwarty, czy już może piąty. Być Klimą, Franciszkiem, a nawet Różą i każdym innym bohaterem. A ja siedzę w autobusie i patrzę w nasiono na bucie. I jestem nasionem na bucie.
   Nie wiem skąd przybywam, bo w okolicy żaden klon nie rośnie. Nie mam pojęcia, jak znalazłem się w miejscu, w którym teraz jestem. Nie wiem dokąd zmierzam. Niesie mnie życie-czarny-najk, którego trzymam się nibyrączką, ogonkiem. Ogonkiem-pępowiną, która w pewnym momencie się zerwała i odleciałem od drzewa-matki-ojca. W momencie, w którym byłem już odpowiednio dojrzały. A może jeszcze nie. A może to przez to, że wiatr zawiał mocniej i zniósł mnie na chodnik, na skraj. I leżałem pośród innych skrzydlaków, gdzie czekaliśmy na to, co stanie się dalej, na kolejny podmuch wiatru, pędu mknących ulicą samochodów, czy czyjś but, do którego się przyczepimy.
   Mogłem wylądować w cieniu drzewa-matki-ojca i czekać aż pokryją mnie chłód i śnieg, a po odwilży przebudzę się lub nie, nadgnity. A niesie mnie czarny najk, na którego wpadłem przypadkiem, kręcąc się jak śmigło w helikopterze. I nie pytałem sznurówki – dzień dobry pani sznurówko, czy mogę prosić do walca? Po prostu na nią wpadłem, przyczepiłem się do niej i tańczę, choć nie jestem prawdziwym mężczyzną, bo to ona prowadzi.
   Sam już nie wiem dokąd jadę, a właściwie to wszystko mi jedno. Mam czas. I nadal patrzę na but zwykłej dziewczyny, jednej z dwóch w wieku późnolicealnym lub wczesnostudenckim. Dochodzą do mnie śmiechy jej i jej towarzyszki. Założyła nogę na nogę i porusza stopą w czarnym najku. A ja nadal się trzymam. Twardy ze mnie orzech, choć skorupa pokrywająca moje nasionko nie należy do tych bardzo wytrzymałych.
   Równie dobrze mógłbym leżeć teraz między liśćmi w parku. Niezauważalny dla całego świata. Spokojnie grzać się w słońcu. Pogrążyć się w stagnacji. Powoli zapuszczać korzenie. A z sennych-jesiennych marzeń wyrwać by mnie mogły sytuacje nieprzewidziane, choć przewidywalne. Jak dzieciak, który chciałby pooglądać jak kręcę się na wietrze, podrzucając mnie i czekając aż opadnę. A potem znów. I znów. I znów. I znów. Aż do porzygu. Albo pies wpadający w moją kupę liści goniący za patykiem czy dokładający do mojej kupy liści swoją, choć nie liści. Kołyszę się na najku, rozpływam, choć nigdzie się nie ruszam.

   A one wstają. Te dwie zwykłe dziewczyny w wieku późnolicealnym lub wczesnostudenckim. Podnoszę się z nimi jak ja-skrzydlak uczepiony sznurówki jednej z nich. Na przystanku wychodzimy – one pierwsze, a za nimi ja-człowiek, podążam. Ja-szkrzydlak podskakuję razem ze sznurówkami przy każdym kroku. Ja-człowiek nie podskakuję, idę spokojnie. Skręcają one i skręcam ja. Przechodzimy przez pasy. Jeszcze jeden zakręt. Drzwi. Jedna z nich je popycha, wchodzą obie, a z nimi ja-skrzydlak. Ja-człowiek nie wchodzę, zostaję. I nie wiem co stanie się ze mną zaraz, za kilka godzin, za kilka dni, kiedyś. Nie wiem kiedy się oderwę i życie pchnie mnie dalej – na chodnik, w kałużę, w stertę liści, w psie gówno. Czy wypuszczę pędy i będę wielki, czy zgniję zapomniany.
   Z pomiętej paczki wyjmuję jednego z ostatnich papierosów, odpalam go, robię zwrot na pięcie i idę roznosić przebieg mojego życia. Słońce nadal grzeje i chłód zelżał. Podciągam rękawy kurtki i idę w październik. A w głowie mam jeszcze większy mętlik, rozpierdol, pierdzielnik.

_

Jeśli ktoś tu trafił przypadkiem, lub z nadzieją, że wracam do pisania bloga to nie, nie wracam. Odstawiłem Kaca na zawsze. Bawię się formą, roboczo zwę swoje wypociny (jak ta powyżej) miniaturami prozatorskimi. Mam tego więcej, ale wolę je póki co zachować dla siebie, a jak będę miał ich tyle, ile sobie zaplanowałem, to poślę po wydawnictwach. Więc, być może, do zobaczenia w księgarniach.

poniedziałek, 1 stycznia 2018

2017, Ty chuju!

  Dzień dobry w 2018. Dziś będę trochę opowiadał o 2017, narzekał i oświadczał. Muzyka adekwatna (klik).
  Zacznijmy kulturalnie. W minionym roku przeczytałem 65 książek (po cichu planowałem dobić do 70, ale i tak jestem z siebie zadowolony), pięć kolejnych zacząłem, ale jeszcze ich nie skończyłem. Z tych pozycji, które przyswoiłem w 2017 (ale wyszły niekoniecznie w 2017) warto wymienić poniższe (kolejność przypadkowa):
Jeśli zimową nocą podróżny Italo Calvino
Oberki do końca świata Wita Szostaka
Po trochu Weroniki Gogoli
Mikrotyki Pawła Sołtysa
Rejwach Mikołaja Grynberga
Rdza Jakuba Małeckiego
Sońka Ignacego Karpowicza
Wzgórze psów Jakuba Żulczyka
Gnój Wojciecha Kuczoka
Guguły i Stancje Wioletty Grzegorzewskiej
Jestem egzaltowaną lentilką Petra Merki
Nietoperze. Aqua velva Leny Kitsopoulou
Kolonie Knellera Etgara Kereta
Ostatnie życzenie Andrzeja Sapkowskiego
Serce Radki Franczak
Wzburzenie Philipa Rotha
O czymś pewnie i tak zapomniałem.
Filmowo, jak na mnie, było dobrze w chuj - obejrzałem coś ponad 30 filmów, najbardziej siadły mi Odlot, Fanatyk, Paterson, Manchester by the Sea.
Serialowo też nieźle, bo obejrzałem pół Breaking bad, oba sezony Stranger things (które jest moją nową miłością), również oba sezony Belfra (drugi średniawka mocna) i połowę pierwszego sezonu Narcos.

  Koniec z kulturą, czas na prywatę.

  Po 2016 roku byłem kurewsko zadowolony ze swojego życia i do kolejnego roku podchodziłem z zajebiście pozytywnym nastawieniem. Początkowo wszystko siedziało, robiłem rzeczy, pisałem całkiem sporo i wiosną złapałem jakiegoś twórczego doła. Zamuliłem się bardzo i kompletnie nie potrafiłem pisać, a nie chciałem publikować czegoś, z czego nie będę zadowolony. W 2017, prócz tych kilkunastu postów (z czego spora część była podsumowaniami) napisałem może kilka felietonów do studenckiej gazety i... tyle. Pustka, choć cały czas gdzieś z tyłu głowy siedziała myśl, że chcę coś napisać. Chciałem i chcę nadal, a tego posta nie traktuję jako pełnoprawnego posta, raczej jako swego rodzaju informację. Połowę lata spędziłem zagranico robiąc hajs, a przy okazji liczyłem na zebranie weny. Miejscówka i odcięcie od cywilizacji sprzyjały, ale coś nie siadło. W jakimś podsumowaniu po lecie wspominam, że mam pomysły i niedługo wrócę do regularnego pisania. Pomysły zostały, niestety niezrealizowane, bo nadal nie potrafiłem pisać tak, jakbym chciał - podejmowałem liczne próby napisania recenzji, czy czegoś luźniejszego, ale nie wychodziło z tego nic dobrego, a czasem kompletnie nic, pustka, kart blansz, czy coś tam.

  Blog to nie jedyny aspekt mojego życia, w którym trochę siadłem. Odciąłem się od świata również społecznie. Niespecjalnie odczuwam potrzebę głębszych interakcji z ludźmi, a jeśli już, to z takimi, którzy mają mi coś do przekazania, mogą mnie czegoś nowego nauczyć, uświadomić; takimi, którzy w jakiś sposób mnie inspirują. Przez to też chętniej opuszczałem Tarnów na rzecz weekendu na Śląsku, kilku dni w Warszawie i licznych tripów do Krakowa, a nie ukrywam, że od zawsze wolałem siedzieć na dupie niż gdzieś się ruszyć. Poznałem kilka osób, których zajawki podziałały na mnie motywująco, przekalkulowałem sobie wszystko w głowie i doszedłem do wniosku, że warto spróbować czegoś nowego. Jak ktoś śledzi mojego Twittera (klik) to raczej ogarnie o co chodzi.

  Końcówka 2017 była dla mnie jak - kurewsko niewyszukane porównanie, ale najbardziej trafione - rollercoaster. Wyobracało mną na wszystkie strony, byłem mega szczęśliwy, a zaraz popadałem w kilkudniową depresję i tak na zmianę. Trochę się ogarnąłem, zebrałem w sobie jakieś pozytywniejsze aspekty ostatniego czasu, naładowałem się i wpierdalam się w nowy rok z dobrym nastawieniem, choć nie obyło się bez pewnych decyzji.

  Teraz zawiodę tę garstkę ludzi, która mnie opierdalała i czekała, aż wrócę do pisania. Oficjalnie czas to oświadczyć.
 
  Na czas nieokreślony blog zostaje zawieszony.

  Nie potrafię się określić kiedy tu wrócę, ale pewnie wrócę. Jeśli ktoś czuje potrzebę skontaktowania się ze mną, to Kacowy mejl jest regularnie sprawdzany, czasem dam znać o sobie na fanpejdżu (linki u góry), najczęściej jednak udzielam się na tłiterze.

  Na koniec pozostało mi tylko życzyć Wam, by 2018 był dobrym rokiem. Wierzę w to, że dla mnie będzie najlepszym z dotychczasowych, zwłaszcza po mocno średnim 2017.

  No, to trzymajcie się. Mam nadzieję, że do zobaczenia/przeczytania.

środa, 29 listopada 2017

Skacowane targi książki 2017 + suma października.

   Hoł, hoł, hoł! A nie, jeszcze miesiąc do Mikołaja (pisałem to miesiąc temu prawie...). Chciałem Was zrobić w chuja, że niby prezent, bo post, a tu chuj, bo w sumie to tylko podsumowanie. Muzyczka (klik).
(Photo by ** RCB ** on Foter.com / CC BY)
   A gówno, nie będzie podsumowania. Znaczy będzie, ale na końcu. Najpierw sprawy ciekawsze, czyli opowieść o tym, jak postanowiłem pierdolić kolejki.

   Drugi rok z rzędu koniec października staje się dla mnie takim mocnym, książkowym świętem, bo wtedy są targi książki w Krakowie, na których byłem drugi rok z rzędu. Żeby nie było, że jestem jakimś przesadnym bibliofilem, to jeżdżę tam też po to, by zobaczyć na żywo jedną z moich ulubionych twarzy blogowych - Hanię (tu macie Haniowego bloga, wpadajcie, bo ona [w przeciwieństwie do mnie] pisuje pościki - klik). W zeszłym roku nasze targi trwały jakieś trzy godziny, w tym planować zaczęliśmy cały wyjazd już w styczniu. Postanowiliśmy, że wyruszamy już w piątek i już w piątek meldujemy się w krakowskim EXPO, kimiemy u któregoś z moich znajomych i w sobotę o 10 znów jesteśmy na targach.

   Jako że życie plany weryfikuje, to nasze życia nam powiedziały "o, takiego chuja!" i plany chuj ten strzelił. Znaczy nie no, w Krakowie byliśmy w piątek, ja nawet bardzo rano (jak na mnie), bo zaraz po 9, ale to przez to, że punkt 10 miałem zacząć dziarańsko. Plan był tym bardziej zacny, że nocować mieliśmy u mojego wielkiego człowieka, Dejwa (którego wreszcie bym chciał podlinkować, ale nieprzypadkowo napisałem o nim kiedyś, że były drugim Kacem - ogarnianie rzeczy też jest u nas na podobnym poziomie zapłonowym), który w Krakowie pomieszkuje już drugi rok i również wybierał się na targi, toteż logistycznie byliśmy przygotowani zajebiście. Nie przemyśleliśmy tylko jednej rzeczy. Albo dwóch. Albo więcej niż dwóch, w każdym razie one wszystkie połączyły się w jeden spory problem - KORKI. Weekend, koniec miesiąca, w dodatku na dniach miało być Wszystkich Świętych, więc wjazd do Krakowa był tak przekurwiony, że Hania dotarła kilkadziesiąt minut później, niż planowo dotrzeć miała. To w sumie wiele nie popsuło, bo nawet dzięki temu zgraliśmy się w czasie tak, że nie musieliśmy na siebie wzajemnie czekać.

   Jakoś po 17 dotarliśmy do miejsca, w którym mieliśmy spać, rozładowaliśmy się i popadliśmy w stagnację przemieszaną z odpoczynkiem po dotychczasowych trudach, jakie piątek przed nami postawił. Ta stagnacja trwała dłuższą chwilę, przez co zebraliśmy się przed 18 i ruszyliśmy na przystanek tramwajowy, z którego mieliśmy dotrzeć prawie pod samo EXPO. Znaczy do EXPO po opuszczeniu właściwego tramwaju mieliśmy jeszcze dwadzieścia minut piechotą, a samym tramwajem jechać mieliśmy ponad pół godziny. Dopowiem jeszcze, że w piątek i sobotę targi trwają do 19, a po wyjściu z tramwaju poszliśmy początkowo w drugą stronę, więc jak ktoś pomyślał, że nie dotarliśmy w piątek na targi, to tak, ma rację. Gratuluję spostrzegawczości, zasługujecie na cukierka (także jak ktoś tak pomyślał, to może sobie tego cukierka kupić i go opierdolić).

   Jakby tego było mało, to sobotnia pobudka o 7:30 i ogarnianie dup, by o 10 być w EXPO również nie wyszła, bo wstaliśmy po 9 i na targi wbiliśmy jakoś przed 13. Tu się zaczyna w sumie część, w której postanawiam(y) pierdolić kolejki.
   Po pierwsze - razem z Hanną ominęliśmy całą kolejkę, która czekała do poszczególnych wejść, przeszliśmy bokiem i weszliśmy od razu w krótszą kolejkę, bezpośrednio do bramki dla blogerów, autorów i całej reszty uprzywilejowanych ludzi.
   Po drugie - rok temu przyuważyliśmy, że ludzie zostawiający same bagaże nie muszą czekać w długiej kolejce do szatni, więc dzień wcześniej postanowiliśmy, że też tak zrobimy. Spakowaliśmy wierzchnie okrycia do bagaży i przemknęliśmy się bokiem, bezpośrednio pod szatnię. W sumie w tym roku nikt inny tak nie robił, więc wyszło na to, że popierdoliliśmy drugą kolejkę.
   Po trzecie - pod stoiskiem SQN'u zaczęła się tworzyć kolejka do Jakuba Małeckiego, do którego również zamierzaliśmy podbić. Ja wziąłem na siebie zakup książek, bo każdy chciał coś od SQN'u, a tam 3 w cenie 2, więc wziąłem sam całą trójkę na jeden paragon #profit, a moi towarzysze poszli zająć miejsce w kolejce. Sznur ludzi do Małeckiego i sznureczek do kasy się trochę mieszały, więc i tu (PRZYSIĘGAM, ŻE PRZYPADKOWO!) wpierdoliłem się w kolejkę do kasy.

   Na targi pojechałem z przygotowaną listą książek, które chcę bardziej i trochę mniej. Skończyło się na tym, że kupiłem może siedem pozycji z listy, a drugą siódemkę trochę bardziej spontanicznie i impulsywnie, bo czegoś tam nie było, któreś z wydawnictw się chyba wcale nie pojawiło na targach, a kilka rzeczy zapragnąłem mieć po ujrzeniu okładki. Tak to w życiu bywa, c'nie?

   Mimo że targi książki nie do końca poszły po mojej myśli, to uważam je za udane. Zaoszczędziłem kilka dodatkowych złotówek, bo mój zmysł do targowania się okazał się prawdziwym, w co całe życie wątpiłem. Do Kuby Małeckiego zaprowadziłem ludzi, którzy - tak jak ja - czytali książkę, której nikt nie czytał, zebrałem podpisik w Błędach i propsa za stwierdzenie o ludziach, którzy czytali książkę, której nikt nie czytał, które zamieściłem tu (klik). Zbiłem piątkę z Łukaszem Orbitowskim, od którego też zgarnąłem podpisik w Exodusie (jak nic się nie zmieni to wjedzie szlachetny dwugłos recenzyjny odnośnie tej pozycji) i gratulacje za "świeżynkę" na ręce. Ponadto wychodząc już z targów minąłem i przywitałem się z niejaką Panną Sasną (kiedyś blogerką, teraz buktjuberką - klik); szkoda, że się nie udało zgadać wcześniej i chwilę pogadać. Do domu wróciłem obładowany i zmęczony, choć przeszczęśliwy.

   Te targi mi uświadamiają, że w Polsce jednak są ludzie, którzy czytają. Śmieszy mnie natomiast sytuacja, gdy ktoś narzeka na tłumy i przez ten tłok czuje się zniechęcony do przemierzania targowej przestrzeni. Kurwa, serio? Ja drugi rok z rzędu jechałem z nastawieniem, że sobota będzie wyglądała dokładnie tak, jak wygląda. Fakt - ocieranie się o przypadkowych ludzi nie należy do najprzyjemniejszych doznań, ale to jest rzecz, której spodziewać się należy, zwłaszcza na imprezie, która cieszy się takim zainteresowaniem jak krakowskie targi książki.

   No, obowiązek kronikarski spełniony, więc czas na podsumowanie.

KSIĄŻKI
   W październiku skończyłem czytać dziesięć książek, kolejno:
Mock Krajewskiego - trochę głupio, że zaczynam od bodajże siódmej części jakiegoś cyklu, ale wcześniejsze trudno dorwać, a akcja Mocka dzieje się przed całą resztą, to to się wszystko w miarę wyrównuje. Naprawdę przyjemna powieść, kolejna część czeka w kolejce, a poprzednie w miarę możliwości będę starał się zdobyć, bo podoba mi się styl autora i to, w jaki sposób przedstawił Wrocław sprzed stu lat, 7/10.
Sońka Karpowicza okazuje się jedną z najlepszych rzeczy, które przeczytałem w tym roku, a sam autor wpada do mojej prywatnej wiejskiej trójcy, w której znajdują się już Małecki i Szostak. Piękne przedstawienie polskiej prowincji, 9/10.
Opowieści przebrane Kuczoka - selekcja z dwóch wcześniejszych zbiorów Pana Wojtka i zebranie tych opowiadań w jeden zbiorek okazały się strzałem w dziesiątkę, choć dla mnie mocne 8/10.
Serce Radki Franczak - impulsywne zakupy biedronkowe i chwytanie za pierwszą z brzegu książkę z plecaka doprowadzają mnie do świetnych pozycji, jak właśnie ta, 8/10.
Ojciec - zbiór opowiadań autorów różnych: Małeckiego, Szostaka, Orbitowskiego, Witkowskiego, Szczerka, Cichego, Dukaja, Muszyńskiego i Engelkinga. Każdy z nich pokazał własny, unikalny styl. Całość świetna, na największe wyróżnienie zasługuje Michał Cichy, o którym wcześniej nie słyszałem. Zabrakło mi w tym zbiorze Twardocha, Żulczyka i Kuczoka; 8/10.
Jankeski fajter Aury Xilonen - debiut-rozpierdol. Historia niby zwyczajna, ale napisana w genialny sposób, przejebanie dobry język, czekam na kolejne książki tej młodej Meksykanki, 8/10.
Wzburzenie Philipa Rotha - pierwsze spotkanie z Rothem, choć nie ostatnie w tym miesiącu, ale to pierwsze było zdecydowanie lepsze. Autor pisze prosto, ale tak, że aż chce się czytać więcej, 8/10.
8% z niczego Kereta - no mistrz krótkiej formy, 7/10.
Everyman Rotha - kilka punktów wspólnych ze Wzburzeniem, ale jednak ta pozycja moim zdaniem jest nieco gorsza, 6/10.
Mikrotyki Pawła Sołtysa znanego szerzej jako Pablopavo - muzyk, wokalista, tekściarz. świetny, choć miniaturowy w treści i formie zbiór opowiadań, 7/10.

   Z półkowych nowości to wpadły mi targowe: Exodus Orbitowskiego, Po prostu Gogoli, Księga szeptów Vosganiana, obie części Sztuki powieści wydane przez Książkowe Klimaty, wspomniane wyżej Mikrotyki i Everyman, Rzeczy, któych nie wyrzuciłem Wichy, Pozwól rzece płynąć Cichego, nowe wydanie Wyspy Huxleya, Oskarżenie Mroza, Konające zwierzę Rotha, Przyczynek do historii radości Denemarkovej i Rejwach Mikołaja Grynberga. Ponadto przez te ostateczne wyprzedaże Matrasowe zdobyłem masę książek, których nie sposób tu wymienić, skorzystałem z promocji Wydawnictwa Literackiego i kupiłem jeszcze cztery książki Rotha i ogólnie przejebałem masę pieniędzy na książki.

MUZYKA
   Z nowych albumów sprawdzałem Discordię Natalii Nykiel (zdecydowanie lepsza płyta niż debiut), nowe krążki duetu Majid Jordan (sztos) i Yelawolfa (średnio mi podszedł). Ponadto katowałem masę singlowych numerów, głównie Sariusa, na któego nowy album czekam, preorderek zamówiony, podobnie z Pjusem. No i sporo na pętli latał Szprycer.

   Więcej do podsumowania nie mam, październik był dobrym miesiącem, czas na listopad, na który razem ze wspominaną już tu kilkukrotnie Hanną mieliśmy mieć pewną niespodziankę, ale nie wypaliła. Trochu przykro.

   EEEELOOOOOOOO!

 Przypominam, że od jakiegoś czasu można mnie obserwować na insta (klik), no i jak zwykle - tam poniżej.
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0